Jestem w Gnieźnie, gdzie udzielam właśnie wsparcia kandydatom Ligi Prawicy Rzeczypospolitej z Wielkopolski. Rozmawiamy też z działaczami Prawicy o organizacji naszych struktur.

Moja decyzja o kandydowaniu do Senatu wywołała poruszenie, mimo że mediom mówiłem o tym wielokrotnie wcześniej; oficjalna deklaracja, wczoraj w Piotrkowie, jest tylko potwierdzeniem znanego już stanowiska. Otóż porozumienia Ligi Prawicy nie zawierałem dla siebie, ale dla współpracy całej mojej partii w nadchodzących i gwałtownie przyspieszonych wyborach. Wierzę, że to porozumienie jest szansą co najmniej na zapobieżenie lewicowo-liberalnej większości w Sejmie. Jeśli to osiągniemy – zmienimy wynik wyborów. Natomiast ja sam, po namyśle, postanowiłem pozostać przy wcześniejszej decyzji, tym bardziej, że Prawica nie wystąpi w tych wyborach w formie, którą zakładaliśmy dla „terminowych” wyborów. Nie zmienia to (jak pokazałem na początku tego wpisu) ani mojego poparcia teraz, ani poparcia dla naszej współpracy w przyszłości.

 

Ebenezer w jednym ma rację – wybory (szczególnie większościowe) mają zawsze wynik otwarty; zawsze są trudne. Dlatego w nich startuję. Decyzje, które musiałem podejmować w tej kadencji też były trudne i dlatego od wielu tygodni chciałem je poddać ocenie tych, którzy mi powierzyli mandat. Nie ma natomiast racji ani tam, gdzie deprecjonuje Senat, ani tym bardziej tam, gdzie pisze, że w polityce najważniejsza jest władza.

 

Cały czas czekam na wynik głosowania w Senacie nad ustawą o obniżeniu podatków dla rodzin, ale po porannych telekonsultacjach z senatorami jestem dobrej myśli.