Lady Thatcher pisze w swoich „Latach na Downing Street” o prawicowych zwolennikach idei wolnej woli, „którzy uważają, że dzieci nie zasługują na uwagę w ramach systemu podatkowego i zasiłków bardziej niż artykuły trwałego użytku”. A sama deklaruje pogląd, że „podatek, który ktoś zapłacił od swojego dochodu, powinien obejmować także zobowiązania tej osoby względem rodziny”.

Żelazna Dama broniła tego stanowiska, bo była konserwatystką. Cel, jaki sobie stawiała, definiowała krótko: „ożywienie gospodarki i ducha narodu brytyjskiego”. Przekonywała, że „nie należy obawiać się państwa narodowego”, bo tylko państwa narodów mogą budować ich skuteczną współpracę. Jeżeli jednak państwa „będą dążyły do wyparcia tego narodowego elementu, z pewnością zakończy się to ich upadkiem, gdyż nie będzie nikogo, kto poczuwałby się do najmniejszych ofiar w imię obrony swego kraju”.

Nagłego wybuchu odpowiedzialności budżetowej po zmniejszeniu podatków dla rodzin nie zwiastowały jakiekolwiek rozterki o przychodową stronę budżetu podczas żadnej z wcześniejszych debat na temat ograniczenia fiskalizmu. Jeżeli się mylę – chętnie zobaczę analogiczne przykłady. Rzecz stanowi ciekawe zagadnienie dla psychologa społecznego. Mam wrażenie, że przez chwilę pokazało się skrywane zazwyczaj źródło naszego kryzysu. Czy chcemy być jeszcze narodem?