Wrzesień 2007
Miesiąc
Książka Papieża
Dziwi mnie dość słaby rezonans, jaki wywołuje „Jezus z Nazaretu” Benedykta XVI. Ojciec Święty z ogromnym osobistym zaangażowaniem głosi w niej prawdy wiary, zaatakowane przez modernizm u progu czasów współczesnych. Już sam tytuł książki, pozornie oczywisty, jest znaczący: „Jezus z Nazaretu” to człowiek, noszący konkretne imię, urodzony w określonym miejscu i czasie; ten człowiek był i jest Bogiem. Papież nie pisze, że będzie zwalczał modernizm, ale spokojnie, z życzliwością i determinacją broni prawdy stanowiącej drugi artykuł przysięgi antymodernistycznej: że prawdziwość religii chrześcijańskiej znajduje potwierdzenie przede wszystkim w cudach, których dokonał Zbawiciel, potwierdzających zapowiadające Go od wieków proroctwa.
Teoretycznie powinno to wywołać poruszenie – zarówno wśród zwolenników „nowego podejścia” do wiary, jak i tradycjonalistów. Nieszczególnie jednak widać by pierwszych martwiły, a drugich cieszyły rozważania i racje podnoszone przez Papieża. A przecież Benedykt XVI wręcz zachęca do reakcji, skoro prosi, by pamiętać, że książkę tę podpisał Józef Ratzinger, a rzecz stanowi osobisty głos w dialogu ze współczesną teologią i jest w pełni otwarta na krytykę.
Słabe zainteresowanie tą wielką książką to zaskakujący ślad kryzysu religii, ujawniającego się również w środowiskach intencjonalnie nastawionych na obronę wiary. Kryzysu wyrażającego się w słabnięciu passion de convaincre, namiętności przekonywania. A właśnie to misyjne nastawienie jest zaprzeczeniem zimnego muru obojętnej wrogości, który obalił Chrystus (por. Ef 2,14).
Polska najbliższa i nieznana
Nie będę pisał dziś o polityce, bo wróciłem do domu – po pobycie w Okręgu i w Sejmie – prosto na mecz, a teraz już niedziela.
Ale parę słów o moim okręgu – Ziemi Nadpilickiej. Zapewne wielu z Was często przejeżdżało trasą katowicką, do Warszawy, do Częstochowy albo na Górny Śląsk. Jedzie się wygodnie i szybko, ale przejeżdżający podróżny najczęściej nie podejrzewa jak wiele cudów kryje się po obu stronach drogi, wystarczy zjechać w bok nie więcej jak 30 km. Na północy piękna Puszcza Bolimowska, nekropolia prymasowska w Skierniewicach (bo to dawna rezydencja, zamienna z Łowiczem), ruiny zamku w Rawie i Lipce Reymontowskie. W centrum – wspaniały Inowłódz z kościółkiem będącym wotum za narodzenie Bolesława Krzywoustego, wspaniałe barokowe sanktuarium w Studziannej i przede wszystkim Piotrków ze swoim starym rynkiem, kolebka polskiego parlamentaryzmu. Na południu Bełchatów z wdzięcznym stadionem GKS-u, wicemistrza Polski i przepiękny Przedbórz, który miałby pełne prawo kandydować w konkursie o tytuł najpiękniejszego miasteczka w Polsce – przeciw Kazimierzowi, Gniewowi i Tykocinowi. A tyle jeszcze miejsc pominąłem – i Radomsko, i Opoczno, i Gidle, i Sulejów, i Zalew Sulejowski, i jeszcze wiele innych. Warto zjechać w bok co jakiś czas, choć na godzinę.
A mecz? Warto wierzyć w sukces. I piłkarze muszą wierzyć w siebie – obie bramki dzięki strzałom spoza pola karnego. Beenhakker zostanie bohaterem narodowym, jak Ketling. I dobrze – bo trzeba nam wiary w siebie i to nie tylko w tej najważniejszej pośród spraw nieważnych.
Przed rozwiązaniem Sejmu
Za parę godzin Sejm zdecyduje o zakończeniu kadencji. Nasze stanowisko w tej sprawie jest zaskakująco odosobnione. Opozycja z natury dąży do zmiany władzy. Zaskakująco oryginalne jest stanowisko rządu, który bez próby rekonstrukcji większości parlamentarnej, bez próby zakończenia negocjacji traktatu europejskiego i innych zobowiązań sprzed dwóch lat, oddaje władzę i odpowiedzialność. Zasadniczym motywem tych wyborów są nie względy państwowe, ale kalkulacje wyborcze, założenie, że teraz się opłaca. Ale duża ilość mandatów to jeszcze nie prawdziwa wygrana wyborów. Wybory wygrane to możliwość stworzenia rządu, w którym realizuje się program. Wczoraj jeszcze pokazaliśmy, że w tym Sejmie jest większość za prawami rodziny. Również zdecydowane stanowisko w sprawie traktatu europejskiego w tym Sejmie może liczyć na poparcie. W przyszłym tego już może nie być – niezależnie od tego czy będzie rządził PO-PiS, PO-LiD czy będzie dalej trwał polityczny kryzys. Destrukcyjny konflikt w tym Parlamencie to nie wynik wyborów’2005, ale rezultat rozbicia porozumienia, które w sprawach zasadniczych w opozycji rozciągało się od PO przez PiS po LPR.
Wybory wywołane walkami między Lechem Wałęsą a braćmi Kaczyńskimi w roku ’93 otworzyły okres dwunastoletniej dominacji postkomunistów w życiu politycznym. Teraz też będą wybory, bo decyzja faktycznie już zapadła. Zdecydował pragmatyczny układ PO-PiS – elektryzujący społeczeństwo swoimi konfliktami, a po cichu zgodnie sabotujący konstytucyjne gwarancje prawa do życia i zgodnie porzucający oficjalne poglądy w sprawie Konstytucji Europejskiej. Decyzja faktycznie zapadła. Najwygodniej byłoby się do niej przyłączyć. Ale takie poddanie się fałszywemu fatalizmowi odebrałoby nam prawo do mówienia o odpowiedzialności – która jest sensem polityki.
Zmniejszyliśmy podatki dla rodzin
Profesor Gilowska jest poirytowana wczorajszą ustawą zmniejszającą podatki dla rodzin wychowujących dzieci. Jak widać – liberałowie nie zawsze popierają ograniczanie fiskalizmu. A przecież mniejsze podatki dla rodzin to akt zwykłej sprawiedliwości – było to oczywiste na przykład dla Margaret Thatcher. Wraz z wychowaniem każdego dziecka rodzice płacą coraz większe podatki przy każdych zakupach. Zmniejszenie podatków bezpośrednich to tylko zwykła korekta nadmiernych podatków VAT dla rodzin. To również akt solidarności i odpowiedzialności w czasach, gdy dzieci rodzi się mało: na każde statystyczne cztery kobiety w wieku macierzyńskim przypada ich jedynie pięcioro. I z reguły większość tych dzieci rodzi jedna spośród tych czterech kobiet. Czy nawet jej i jej mężowi nie należy się ograniczenie podatkowego nacisku? Przecież wychowując dzieci już świadczą dla społeczeństwa.
Od czasu do czasu Dyskutanci kwestionują zasadność utworzenia Prawicy Rzeczypospolitej. Właśnie wczoraj raz jeszcze (skutecznie!) potwierdziliśmy celowość naszej decyzji. Zmniejszenie podatków trzeba jeszcze obronić w Senacie – ale jeżeli się uda, to już zostanie, jako jedna z uznanych publicznie swobód rodziny. A właśnie po to – dla budowania trwałych instytucji – prowadzi się politykę.
Święto w domu
Przekraczam dziś próg w życiu, więc trudno pisać o czymś innym. Moja córcia – Marysia, Mania, Manita, Marunia, Maronita, Maniek Jurek, Pszczoła – kończy 18 lat. Do dorastania najmłodszego dziecka (a szczególnie córki) trudno się przyzwyczaić, bo zawsze się zdaje, że jest dzieckiem, choćby nie wiem ile razy przypominać sobie, że to prawie dorosła kobieta i niezwykle odpowiedzialny człowiek. Z najstarszym dzieckiem to prostsze, Zosia już wiele lat wcześniej była pierwszą po rodzicach. U Marysi w rodzeństwie skupiły się cechy mazowieckich przodków. Jak prawdziwy Mazur: pobożna, pracowita, umie się złościć, uczynna, z wielkim sercem, nie lubi chłopaków-mazgajów. Dziś jest już dorosła, jak jej rodzeństwo; więc wszyscy. Rodzicami jest się zawsze i nie czujemy, by od dorosłości dzieci przybyło nam z Izą lat. Zresztą Dziadkowie też są ciągle młodzi. Ale doprowadziliśmy dzieci do pełnoletniości, przekazując im to co otrzymaliśmy. I jak tu nie wierzyć, że w świecie jest jednak postęp…
Kryzys straszy w Forum
Byłem wczoraj pierwszy raz od prawie dwóch lat w „Forum” TVP1. Zaskoczyła mnie nie tylko zmiana scenografii. Naprzeciwko zobaczyłem chimerę – LiSa o dwóch głowach – Romana Giertycha i Mateusza Piskorskiego. Jedna głowa chrześcijańska, katolicka, druga – pogańska, „rodzimowiercza”. Potem w zasadzie głowy mówiły dość zgodnie, nawet o rzeczach niewidzialnych (podglądy, podsłuchy itp.), lecz omijając dzielące kwestie duchowe. W studio było jednak mniej zgody niż między głowami LiSa. Permanentna awantura, argumenty poniżej porozumienia nie co do faktów, ale samej rzeczywistości – montowane sondaże, animowane dowody prokuratorskie etc. A co najgorsze – zupełna atrofia dyskusji, tylko deklamacje nieomylnych stanowisk partyjnych. Politycy zawsze prezentują stanowisko swoich partii, dlaczego dziś jest to już tak mechaniczne – i w recytacji, i w zderzeniach? Chyba dlatego, że wzrost agresji wytrzymać może tylko wspólnota cynizmu (w umownym traktowaniu swoich stanowisk), ale nie wspólnota odpowiedzialności (zmagania się z tą samą materią mimo dzielących różnic).
Jedno jest pewne – bez głębokiej reformy politycznej, bez wprowadzenia ordynacji większościowej, która jednocześnie wzmocni społeczną kontrolę polityków i siłę parlamentarnego mandatu – nie wyjdziemy z kryzysu polityki polskiej.
Po telewizyjnym przemówieniu premiera
A teraz uwagi o telewizyjnym przemówieniu Jarosława Kaczyńskiego, którego wysłuchałem dopiero w sobotę późnym wieczorem w internecie, w drodze z Żywiecczyzny. Potwierdziło, podobnie jak poprzednie przemówienia premiera, że PiS redukuje swój program do orędzia antykorupcyjnego. Oczywiście walka z korupcją zasługuje na polityczne wsparcie. Prawica chrześcijańsko-konserwatywna zawsze go udzielała. Nie można jednak sprowadzać interesu publicznego do reakcji na jedną z patologii.
W swych przemówieniach premier nie mówi w ogóle o cywilizacji życia, prawach rodziny, kryzysie demograficznym, obronie wartości chrześcijańskich w Europie, nowym Traktacie UE, reformie polskiej polityki. Przez długi czas nad sprawami tymi pracowali w PiS konserwatyści, póki PiS się od nich nie odciął. Dziś Jarosław Kaczyński nie przyjmuje w tych kwestiach żadnych realnych zobowiązań. Wybory przeprowadzone na temat polityki demaskacyjno-kompromitacyjnej oznaczać mogą zupełne zwolnienie PiS ze zobowiązań wobec opinii chrześcijańskiej. Tym bardziej, że o ile w obecnym Parlamencie może je realizować nawet rząd mniejszościowy PiS, w przyszłym – z prawdopodobną większością lewicowo-liberalną – nie będzie ich mógł prowadzić nawet w ewentualnym rządzie PO-PiS. Choć jest to wariant mało prawdopodobny, tym bardziej że premier już ostrożnie zaczął usprawiedliwiać oddanie władzy.
Nie piszę tego przeciw PiS, ale dla wyjaśnienia odrębności naszego stanowiska. Prawica Rzeczypospolitej nie zgadza się na unieważnienie spraw, które stanowią istotę odpowiedzialności katolickiej w polityce. Nie chcemy, wbrew temu co twierdził np. Cezary Michalski, budować wokół nich konfliktu. Przeciwnie, przez lata dbaliśmy o to, by były częścią programu szerokiej centroprawicy w PiS (póki kierownictwo PiS ich nie odrzuciło), i więcej – skutecznie staraliśmy się o to, by cały czas wzbogacały narodowy consensus. To nas wyróżniało i odróżniało, na przykład od polityki Romana Giertycha.
Blog and Religia
2 wrz 2007
Tradycja buduje jedność
List Papieża Summorum Pontificum, potwierdzający prawa tradycyjnej liturgii rzymskiej, już przynosi owoce jedności. Oprócz niewidzialnych (pokoju w sercach i braterskiego otwarcia serc tysięcy katolików) również widzialne, sięgające poza granice jedności Kościoła. Z wielkim uznaniem o decyzji Benedykta XVI wypowiedział się prawosławny patriarcha Moskwy Aleksy II. „Przywiązujemy wielkie znacznie do tradycji. Bez wiernego zachowania tradycji liturgicznych Rosyjski Kościół Prawosławny nie byłby w stanie stawiać oporu w latach 20-tych i 30-tych ubiegłego wieku. W tamtych czasach ilość nowych męczenników osiągnęła rozmiary porównywalne z męczeństwem Kościoła pierwotnego”. W ten sposób Aleksy II przypomniał mało u nas znaną sprawę tzw. Żywego Kościoła, który – propagując uwspółcześnienie prawosławia – stał się najsilniejszą grupą nacisku na ujarzmienie religii przez władzę sowiecką. Wówczas obrona liturgii stała się najprostszą i ostateczną formą obrony wiary – przez księży i świeckich wiernych.
Istotnie bowiem – liturgia, którą ostatni Sobór ekumeniczny nazwał źródłem i szczytem życia chrześcijańskiego, jest również mową Kościoła milczenia. Sama liturgia może przekazywać najpierwotniejsze orędzie chrześcijańskie bezpośrednio do serc. W liturgii tradycyjnej już sama orientacja modlitwy wskazuje na Boga, który jest celem naszego życia. Modlitwy przedołtarzowe wyrażają tęsknotę do Boga, od którego oddziela nas grzech, ale nie oddzielą prześladowania, a Bóg przyjmuje z miłością człowieka, którą to miłość kapłan wyraża od pierwszego pocałunku złożonego po przystąpieniu „ad altare Dei”. Liturgia wyraża ducha służby, ale Bogu – przed którym mamy klękać i pochylać głowę, i poświęcenia; sposób w jaki kapłan układa ciało przy konsekracji, nie przypomina ukrzyżowania, ale ma jego ducha – to gest Jana Chrzciciela, który kładąc głowę pod topór – ostatecznie się umniejsza, aby On wzrastał (por. J 3,30). Wreszcie liturgia tradycyjna umacniała chrześcijan swym realizmem moralnym, świadomością, że (choć tego nie chcemy) mamy nieprzyjaciół – od których jednak będziemy wybawieni (modlitwa mszalna przy komunii). Tego ostatniego kapłani Kościoła milczenia na ogół głośno obiecywać nie mogli.
Dziękuję za wszystkie – miłe i krytyczne – głosy Czytelników, którzy podjęli lekturę tego bloga. W tygodniu odpowiem na główne wątki dyskusji, a przede wszystkim skomentuję wydarzenia sobotniego popołudnia. Na razie jednak korzystajmy z pokoju niedzieli.
Wrześniowe nauki
Rok temu rocznicę wybuchu wojny spędzałem na obchodach w Wieluniu, mieście, gdzie rozpoczęła się II wojna światowa. W tym roku byłem na Śląsku Cieszyńskim i Żywiecczyźnie, na uroczystościach w Węgierskiej Górce, Westerplatte południowego pogranicza. Tam mała załoga zatrzymała niemiecką dywizję, umożliwiając tym samym odwrót Armii Kraków. Nieugięta („bezsensowna” wg kryteriów pacyfistów) obrona uratowała południowy front wojny i – również – życie wielu żołnierzy osłanianej Armii, którzy inaczej znaleźliby się w okrążeniu. Myśląc o Wrześniu często wracamy do zdrady sprzymierzeńców i słusznie. Ale ich odpowiedzialność nie zmienia konieczności polityki przymierzy. Osamotniona, neutralna Polska podzieliłaby – szczególnie po wojnie – los państw bałtyckich. Wojna wypowiedziana przez naszych aliantów nie przyniosła nam pomocy wojskowej, ale trwale umiędzynarodowiła sprawę polską.Ale to wszystko byłoby niemożliwe bez obrony – bez Westerplatte, Wizny, Węgierskiej Górki.
« Poprzednia strona