Wygrana Platformy zaskoczyła rozmiarami. 

W swoim przemówieniu 7 września, w debacie nad przerwaniem kadencji Sejmu, nazwałem tamto głosowanie – decyzją o zamknięciu budowy IV Rzeczypospolitej. Kolegom z Prawa i Sprawiedliwości przypomniałem, że wygrane wybory to nie zachowanie ich mandatów, ale taka większość parlamentarna, która pozwala na realizację deklarowanego programu. I – parafrazując Jarosława Kaczyńskiego – powiedziałem im, że głosując za wcześniejszymi wyborami biorą całą odpowiedzialność za wszystko, co po nich nastąpi. O tym samym Prawica Rzeczypospolitej mówiła już w Oświadczeniu z 12 sierpnia. 

To nie był żaden nieuchronny proces. Zamiast uwodzić politycznie Nelly Rokicinę – można było rozmawiać z jej mężem. Można było – gdy mówiłem wyraźnie, że PiS jest naszym naturalnym partnerem, bo odrębność nie oznacza wrogości – nie przeszkadzać w odejściu z PiS posłów katolicko-konserwatywnych. Po takim „aksamitnym rozwodzie” przystąpiłoby do nas (i pozostało w większości rządowej) wielu posłów LPR. Można było rozmawiać z PSL. Można było w ogóle rozmawiać. Wybrano strategię podwójnie wyborczą – dążenia do wyborów i propagandy wyborczej.  

Przy naszych ograniczonych siłach, robiliśmy, co było można, by uświadomić tę groźbę i by jej zapobiec.