Odchodząc z partii rządzącej wielokrotnie mówiłem, że pora, by po bezwarunkowym poparciu opinii katolickiej dla PiS przyszedł czas warunkowej współpracy. Największą stratą ostatnich miesięcy jest to, że Jarosław Kaczyński zdołał przekonać prawicową opinię, że wsparcie dla jego partii musi być bezwarunkowe. A to oznacza faktycznie milczącą zgodę na wyłączenie z polityki spraw cywilizacji życia.

Jak w praktyce wygląda taka milczącą negacja, można było usłyszeć w ostatni wieczór kampanii w Radio Maryja. Premier zapytany, co rząd zrobi dla ochrony życia, odpowiedział, że wprawdzie to sprawa Parlamentu, a nie rządu, ale w Polsce mamy wystarczający poziom ochrony życia.

Deklaracja Jarosława Kaczyńskiego była bardzo jednoznaczna; szła o wiele dalej niż dominująca do tej pory koncepcja „kompromisu życia” (co zakłada jednak kontrowersję). Poziom wystarczający, a więc niewymagający uznania praw nienarodzonych za prawa człowieka ani w polskiej Konstytucji, ani w wykładni Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (którego jurysdykcję uznajemy), i niewymagający ochrony karnej na przykład dla życia dzieci chorych przed urodzeniem. Ta jasna deklaracja Premiera nie wywołała polemiki czy dodatkowych pytań ani ze strony uczestniczących w debacie studentów, ani prowadzącego ojca-dziennikarza.

Evangelium Vitae (art. 73) uczy, że nigdy nie wolno uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej prawu zezwalającemu na zabijanie nienarodzonych. Do tego, by reagować, nie trzeba zresztą umocnienia w Magisterium Kościoła, wystarczy traktować zobowiązująco swoje przekonania. Choć Magisterium zobowiązuje bardziej.