Zulus twierdzi, że jestem chadekiem, Rothstein pyta, czy jestem faszystą. Wyjaśniam, że nie jestem ani jednym, ani drugim. Jestem konserwatystą. Jako konserwatysta wierzę zarówno w prawa podstawowe, na których opiera się porządek społeczny i wolność narodów, jak i w prawo oporu, przysługujące narodom, których wolność jest zagrożona.

Rothstein domagał się wyjaśnień „jak to było z krwawym dyktatorem Pinochetem”? Chodzi chyba o mój wyjazd do Wentworth. Był w więzieniu, nie tylko odsądzony od czci, ale osaczony moralnym przymusem potępień. Chciałem moje odwiedziny u więźnia, dobrowolne przyjęcie na siebie oskarżeń, które jeszcze dziś powtarza Rothstein, zrealizować w klimacie powagi moralnej, nie demonstracji. Byłemu prezydentowi Chile zawiozłem swój przetłumaczony na hiszpański esej, w którym pisząc, że każda wojna jest brudna, pokazywałem tragizm chilijskiej kontrrewolucji. Miałem nadzieję, że o moich motywacjach opowiem (przyjmując na siebie grad kierowanych przeciw gen. Pinochet zarzutów) na konferencji prasowej po powrocie.

Niestety, towarzyszący mi w podróży Michał Kamiński zrobił z tego kabaret, zwołując dziennikarzy już do sali odlotowej, prowokując burdę z ultralewicową młodzieżą i chwaląc się, że wiezie w prezencie ryngraf, jaki nosili żołnierze NSZ.

Jeden z moich wybitnych oponentów ideowych, człowiek, którego bardzo szanuję, odwiedził w więzieniu Adriano Sofriego, oskarżonego o komunistyczną działalność terrorystyczną. Sofri twierdził, że jest niewinny, ale poza sporem jest, że trzydzieści lat wcześniej wzywał do zabicia jak „faszystowskiego psa” oficera policji, który w końcu przez terrorystów został zamordowany. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby na osobę, o której piszę, rzucać gromy, oskarżać ją o moralne wspólnictwo z Sofrim, poddawać wiwisekcji sumienia. Prędzej potępiłbym uwolnienie Sofriego niż to, że po ludzku odwiedzano go w więzieniu.

A zulusa i Rothsteina – jako gości forum tego bloga – proszę o spokojne prowadzenie sporu.