Ruszył Sejm VI kadencji. Z pewnym wzruszeniem słuchałem, jak kolejni posłowie prosili, by Bóg pomógł im wypełnić powinności, które ślubowali. Kto z nas wie, na co kogo stać? Oby każdy zdobył się na to, co zrobić może.

Szybko jednak nastrój się rozwiał. Wielokrotne przerwy już na początek, zamiast poważnego wyboru Marszałka w obecności korpusu dyplomatycznego – to nie służy ani autorytetowi Państwa, ani polskiej racji stanu. Znów potwierdza się, że Sejm – w obecnym systemie wyborczym, z partiami, których charakter w znacznym stopniu z tego systemu wynika – musi stać się polem nieustającej kampanii i to bynajmniej nie parlamentarnej, ale prezydenckiej. Nawet jeśli zawsze miałaby istnieć taka tendencja, ustrój polityczny powinien ją hamować, a nie wzmagać.

Jarosław Kaczyński desygnował na kluczowe funkcje (wicemarszałka i szefa opozycji w Parlamencie) Przemysława Gosiewskiego i Krzysztofa Putrę, „wiernych” z Porozumienia Centrum. Odpowiedzią był kryzys frustracji liderów i dymisje wiceprezesów Dorna, Ujazdowskiego i Zalewskiego. Prezes PiS najwyraźniej zawiesił koncepcję partii zjednoczonej prawicy na rzecz neo-PC. Oczywiście, jest to zapewne taktyka etapowa, na czas opozycji. Ale polityka oprócz propagandy potrzebuje jeszcze wiarygodności. Odrzucona jedność prawicy może już nigdy w tej formule nie zostać zrekonstruowana. A jeśli miałaby być odtworzona dzięki propagandzie i zaspokajaniu ambicji polityków, którzy będą chcieli być jej statystami – to dla jedności realnej, nie propagandowej, jeszcze gorzej. Szkoda, bo choć ruch chrześcijańsko-konserwatywny musi zbudować swą siłę poza PiS-em, trudno cieszyć się z tak złego stanu partii, która powinna być ważnym składnikiem większości prawicowo-centrowej.