W swoim exposé premier Tusk cytował Jana Pawła II i Norwida, i powiedział kilka rzeczy, które parę lat temu pozwalały mieć nadzieję, że PO może być partnerem polityki dobra wspólnego. Ale już pozytywny konkret – podtrzymanie sprzeciwu wobec Karty Praw zasłonił zastrzeżeniami licznych środowisk społecznych, które respektuje, ale z którymi się nie zgadza. Najważniejsze, że sprzeciw podtrzymał. 

Oczywiście całe wystąpienie mieściło się we współczesnym paradygmacie liberalnym. Ideał społeczny nowego rządu to „skok cywilizacyjny”, a miarą postępu cywilizacji zachodniej w ostatnich dziesięcioleciach jest ilość wybudowanych dróg. Rzecz sama w sobie bardzo ważna – sam jestem bardzo aktywnym kierowcą, a w budowę dróg ekspresowych byłem (i będę) zaangażowany. Ale trudno to uznać za ostateczną miarę dobra wspólnego i charakterystykę stanu naszej cywilizacji. 

Pozytywna deklaracja o polityce na rzecz urodzeń była poparta zapowiedzią nieokreślonych ulg dla rodzin wychowujących dzieci, powiązanych z podatkiem liniowym. Nie wiadomo jakie „ulgi” i jakie relacje między ich zakresem a prawdopodobnie uliniowionym VAT. Niestety, może być to kropla pomarańczy do łyżki tranu dla naszych dzieci. W polityce mieszkaniowej deklaracje Tuska niepokoją, bo bez zaangażowania państwa może rozwijać się budownictwo jednorodzinne i samorządowo-socjalne, ale dobry rozwój mieszkaniowego wymaga przede wszystkim wieloletnich kredytów, które młode rodziny będą w stanie spłacać z przeciętnych dochodów. A tu wsparcie publiczne, w fazie uruchamiania systemu, jest potrzebne. 

Mamy rząd PO-PSL, w interesie Polski jest, by miał poczucie interesu publicznego – w tym zdolność przyjmowania argumentów opozycji i krytyków. Czas pokaże, czy będzie to rząd liberalny, czy post-liberalny, zdolny do przekroczenia barier własnej ideologicznej poprawności.