Wczoraj odebrałem nagrodę Polskiej Izby Handlu za wspieranie polskiej przedsiębiorczości handlowej w poprzedniej kadencji Sejmu. Istotnie, nadzorując proces ustawodawczy, pilnowałem, by uzgadnianie projektów z prawem europejskim nie polegało na zestawianiu ich z opiniami naszych krajowych eurocenzorów, ale z realną praktyką silnych (politycznie i gospodarczo) państw Unii wobec własnej przedsiębiorczości. To metoda, która znacznie lepiej pozwala ustalić realne standardy ochrony konkurencji i rynku krajowego. Bo wbrew potocznym wyobrażeniom jest to możliwe również na wspólnym, otwartym rynku, który oczywiście jest wartością, czyniąc Europę swego rodzaju przymierzem gospodarczym, gdzie każdy z uczestniczących krajów ma otwarte pole dla swojego eksportu. Instruktywny jest tu przypadek Irlandii, która przez pierwszych kilkanaście lat po wejściu do EWG rzeczywiście była peryferium, płacącym cenę niekonkurencyjności swojej gospodarki. Ale potem, po reformach gospodarczych, potrafiła wykorzystać swoje szanse.