Uwag o polityce pro Christianitate c.d.
Tak jak zwieńczeniem chrześcijańskiego ładu społecznego jest dobro wspólne, tak jego podstawą są prawa właśnie określane jako podstawowe, fundamentalne, a w naszej tradycji – kardynalne. Benedykt XVI użył też określenia zasady nienegocjowalne. Trzeba ich bronić zawsze, bo w nich najbardziej konkretyzuje się dobro publiczne. Ich przyjęcie dobrze orientuje politykę, ich odrzucenie (albo nawet zgoda na odrzucenie) nieuchronnie powoduje zło i szkody społeczne. Od obrony praw kardynalnych nie zwalnia ani niepopularność, ani – tym bardziej – konieczność cierpliwego przekonywania współobywateli. A pierwszym wśród tych praw, kamieniem węgielnym samego porządku społecznego, jest prawo do życia. Dlatego tak ważny jest porządek konstytucyjny, dający oparcie sprawiedliwości, i opinia publiczna, podlegająca mniejszym zmianom niż demokratyczna władza. Dwie rzeczy bowiem w demokracji mają polityczną trwałość: normy konstytucyjne i narodowy consensus.
Polityka dobra wspólnego musi przede wszystkim stać na straży owych praw kardynalnych, zawsze mając przed oczyma ład na nich oparty i zawsze reagując na ich otwarte bądź milczące odrzucenie.
Skuteczność w polityce wymaga przede wszystkim świadomości celu (a polityka rezygnująca z najważniejszych składników dobra wspólnego jest z zasady nieskuteczna) i na wytrwałym, realistycznym dążeniu do jego realizacji. A podstawowym warunkiem rzeczywistej skuteczności (zorientowanej na skutki społeczne, a nie ambicje osobiste) jest zdolność działania na rzecz poglądów, które są atakowane, odrzucane – i przemilczane przez tych, którzy ich bronić powinni.
Dlatego też jeśli PIS:
1. odrzucił poprawki konstytucyjne w sprawie wzmocnienia ochrony zycia
2. wycofał się z wielu zapowiadanych zmian dotyczących ustawowych np. wolnych niedziel itp.
W tej sytuacji Należy spojrzeć obiektywnie i zastanowić się czy partia, która rezygnuje z oczywistych zapisanych w swoim programie spraw jest formacja uczciwą wobec własnych wyborców!
Głoszenie nauki Chrystusa wbrew opinii większości jest najwyższym świadectwem wiary i miłości. Wiary, bo jeśli ktoś nie przyjmie do tej nauki jako swojej, nie zaufa Bogu, to musiałby być głupcem, żeby się narażać. Miłości, bo narażając się ze względu na napomnienia, czyni to z myślą o szczęściu osoby napominanej. Trzeba jednak, oczywiście, napominać umiejętnie z miłością. Urazy jakie sie z tego tytułu otrzymuje są tym bardziej dotkliwe, że wplata się w moralne wątki emocje i ukazuje napominaną jako ofiarę a napominającego jako bezdusznego kata. Tak jest chociażby z kobietą płaczącą, że bezlitośni fanatycy nie chcą jej pozwolić dokonać wyboru (czyt. zabić dziecka) bądź odwrotnie mieć dziecka (czyt. dokonać za publiczne środki zapłodnienia in vitro). Taka sytuacja osób prawdziwie wierzących staje się coraz większym wyzwaniem, coraz cięższą próbą wierności Ewangelii.
W pełni popieram.
Zawsze należy pamiętać, że wolność nie jest wartością najwyższą. Wartością najwyższą jest prawda. I podobnie, wolność nie jest pozbawiona ograniczeń. Ograniczeniem dla wolności jest sumienie i wolność drugiego.
Stąd, nawet liberałowie powinni uznać konieczność zachowania praw kardynalnych. Jeśli tego nie czynią, trwają w wewnętrznej sprzeczności.
Ukłony.
Jest dokładnie tak jak Pan Marszałek zauważył:
“Skuteczność w polityce wymaga przede wszystkim świadomości celu (a polityka rezygnująca z najważniejszych składników dobra wspólnego jest z zasady nieskuteczna) i na wytrwałym, realistycznym dążeniu do jego realizacji. A podstawowym warunkiem rzeczywistej skuteczności (zorientowanej na skutki społeczne, a nie ambicje osobiste) jest zdolność działania na rzecz poglądów, które są atakowane, odrzucane – i przemilczane przez tych, którzy ich bronić powinni.”
Pozwolę sobie odnieść moją wypowiedź do PIS-u,który jest partią, z którą bardzo wielu wyborców wiązało ogromne nadzieje,ale niestety w kardynalnych sprawach na obietnicach się skończyło!
Sprawy dotyczące podstawowych wartości takich, jak np. prawo do życia zostały wyeliminowane z działań polityków PIS-u!
Mamy moralne prawo oczekiwać uczciwości od polityków, a jeśli nie są oni w stanie docenić zaufania,którym obdarzyło ich tak wielu wyborców, to płynie z tego wniosek, iż ludzie Ci nie zasłużyli na mandat zaufania i naprawdę nie warto dawać im kolejnej szansy!!!
Dobrze,że są jeszcze politycy, tacy jak Pan Marszałek!
Dzięki takim ludziom w Polsce jest nadzieja,że nie wszystko jeszcze stracone…
Oby tylko PR jak najszybciej “rozwinęła skrzydła”!!!
Klaudia
Kalisz
Brawo Pani Klaudio, brawo!
Ukłony dla Pani…
Dziękuję Panie Jakubie za Pana komentarz do mojej wypowiedzi.
Cieszy mnie fakt, że jest więcej osób, które widać mają na względzie prawdziwe dobro Polski.
Nie można wciąż chodzić na kompromisy i wybierać mniejszego zła, w Polsce potrzeba prawdziwego dobra, a tym samym ugrupowania politycznego,które odważy się o to dobro walczyć,a nie przyjmować “metodę na strusia”!!!
Być może największą nadzieją, także dla PR są młodzi…:-)
Pozdrawiam
Klaudia
Kalisz
Pytanie tylko – dlaczego ład społeczny ma być chrześcijański?
Prawo do życia nie jest wcale wartością fundamentalną. Jest to dość ogólnikowe stwierdzenie. Podstawowymi wartościami być powinny: własność życia (możliwość decydowania o swoim losie) oraz wolność. Formułuje to prawo do życia, ale nie pozwala na stosowanie relatywizmu pozwalającego skłaniać się w stronę ideologii jaką kieruje się dana władza.
Polityka łatwym rzemiosłem nie jest…papież Benedyk XVI, mimo posiadania zasad nienegocjowalnych, okazuje się pragmatykiem w polityce i jak donosi Catholic World News: Pope will not meet with Dalai Lama (http://www.cwnews.com/news/viewstory.cfm?recnum=54945).
W tym samy czasie nie kto inny, tylko bardzo znany polityk europejski zaliczany do obozu konserwatystów, przywiózł z Chin kontrakty wartości 20 mld. euro, wzywając przy tym demokratyczny Tajwan do zjednoczenia się z komunistycznymi Chinami (http://news.xinhuanet.com/english/2007-11/26/content_7147244.htm).
Czy, wobec tego, istnieją jeszcze prawa fundamentalne???
Moim zdaniem i owszem, tyle że we współczesnej polityce należy do ich realizacji dochodzić małymi krokami, nie popełniając przy tym wielkich błędów, i ‘ewangelizując’ społeczeństwo, czyli ciągle tłumacząć, dlaczego prawa fundamentalne są ważne i dlaczego należy dążyć do ich wprowadzenia/utrzymania. O ile rozumiem więc decyzję papieża, gdyż chodzi o los katolików w Chinach, a poprzez to o zdobywanie pewnego skrawka autonomii dla wyznania katolickiego i tym samym dla wolności wyznania w państwie komunistycznym w ogóle, o tyle nie rozumiem wypowiedzi Sarkozy’ego, który z powodu 20 mld. euro popełnia gigantyczny błąd, pchając demokratyczny Tajwan w ręce chińskich komunistów.
Pan, Panie Marszałku, popełnił też błąd polityczny i zapłacił Pan za to najwyższą cenę. Pan chciał zrobić zbyt duży krok, a zbyt duży krok grozi rozkrokiem. I wcale nie chcę bronić PiS-u, bo PiS przez ostatnie dwa lata zachowywał się bardzo nieudolnie i to nie tylko w sprawie przez Pana poruszonej. Ale proszę uczyć się od papieża Benedykta XVI. Słowo rzadko staje się ciałem. Słowo należy jednak głosić, gdyż częste głoszenie Słowa przynosi bardziej pożądany efekt, niż próba przemiany Słowa w ciało. Nie można jednak głosić sprzecznych słów, tak jak to robi Prezydent Sarkozy, bo jest to hipokryzja, a hipokryzja za pieniądze jest prostytucją.
Dlatego zachęcam Pana i popieram w głoszeniu idei cywilizacji życia (ze swojej strony dodaję do tego niezbędny pierwiastek ekologiczny), natomiast przestrzegam przed zbyt dużymi, zbyt odważnym krokami w realizacji takiej polityki. Obecność Słowa w dyskusji społecznej, może przynieść dużo więcej pozytywnych efektów, niż jego materializacja w postci ustaw. Nie chiałbym, żeby doszło do marginalizacji Pana i Prawicy RP.
Natomiast, żeby do tej marginalizacji nie doszło, musi Pan i Prawica RP otworzyć się na szersze grupy społeczne, tak jak tego swego czasu dokonał PiS. Nadchodzi dobra okazja, moim zdaniem, żeby w oparciu o Prawicę RP i parę osób wyrzuconych z PiS, a być może i w oparciu o Marszałka Płażyńskiego, stworzyć szerszą formułę, niż Prawica RP na chwilę obecną.
Z takimi nazwiskami jak Dorn, Płażyński, Ujazdowski, Zalewski, a może i Rokita uda się nie tylko wejście do Parlamentu Europejskiego, ale i do Parlamentu RP. Mam nadzieję, że zacznie Pan w tym kierunku działać, pamiętając jednocześnie, że strategia małych kroków i wielkich słów może bardziej sprzyjać utrwalaniu praw fundamentalnych niż fundamentalizm.
“Oby tylko PR jak najszybciej rozwinęła skrzydła!!!” Klaudia i Kalisz
Piekielne smoki też mają skrzydła…
M.J. pisolcom wchodził bez mydła.
Tu wypisuje hasełka wytarte…
Za sobą zostawił Narodu pogardę.
Historia takim go zapamięta.
A dziś, to postać przeklęta!
Na wskroś zakłamana,
co jednego ma Pana
– Szatana!
W ogóle należałoby zaktualizować dane dotyczące rzeczywistej ilości katolików w Polsce. Najlepszym sposobem byłby obowiązkowy podatek kościelny, czyli każdy pracujący wyznawca odprowadza składkę na swój kościół, zbór, czy inną swoją sektę. Zapewne doszłoby przy okazji do masowej apostazji, ale warto znać prawdę i o tym.
Mial pan marszalkowska laske zeby bronic nienegocjowalnych wartosci.To co pan zrobil jest najwiekszym politycznym skandalem w ostatnich dwoch latach.Zamiast bronic wartosci
i uzyc palki marszalkowskiej oddal pan wladze.Skandal.
Kto powierzy panu swoje sprawy jest stracony.
Ebenezer nie zgadzam się z Tobą. Czy nie uważasz, że podatek kościelny może zagrozić niezależności Kościoła. Czemu moje pieniądze, które daję na Kościół miałyby przechodzić przez ręce urzędników państwowych. A, że u władzy bywają różni ludzi to nieciekawie mogłoby się to skończyć. Poza tym podatek kościelny to w moim przekonaniu tani chwyt ludzi negatywnie nastawionych wobec Kościoła. Jest to granie na najniższych ludzkich pobudkach, a mianowicie chęci posiadania materii. Zresztą jak widać Kościół z powodzeniem utrzymywany jest bezpośrednio przez wiernych, i to zapewne tylko przez tych praktykujących.
Jan Paweł II pokazał całemu światu że serce które pokochało Boga jest w stanie poświęcić dla miłości bliźnich każde włókno swojego jestestwa.
Zgadzam się z Panem że o prawo do życia od poczęcia trzeba walczyć na pohybel tym co głoszą hasła wolności wyboru. Odpowiedzialność za obdarzenie życiem jest bowiem w rozmiarze personalnym tak istotna że nie można o niej nie mówić.
Tym wszystkim “małej wiary” rzucę mały kamyczek.
W mijającą niedzielę na kanale ABC w cotygodniowym programie o polityce poruszono temat niedawnych odkryć w dziedzinie biologii molekularnej dotyczącej modyfikacji genów w komórkach ludzkiego naskórka umożliwiającej powstanie komórki o cechach komórki macierzystej. W panelowej dyskusji pięciu dziennikarzy (różnych proweniencji) nikt powtarzam NIKT nie podważył wagi tego odkrycia i co więcej podkreślali oni że spór o tzw. stem cells już wkrótce może skończyć się sukcesem konserwatystów.
Podatek kościelny z powodzeniem stosowany jest w innych państwach i nie zagraża on w niczym kościołom. Natomiast wiedza jaki jest rzeczywisty majątek kościoła i jak uzyskane środki są wydawane należy się obywatelom państw, w których są takie instytucje religijne, które nie powinny być uprzywilejowane w tym względzie wobec innych organizacji i instytucji, na które łożą obywatele z własnej kieszeni.
Ebenezerze, jak to nie zagraża. Zawsze to spowoduje uzależnienie od państwa. Ja daję ofiarę, ale podatku bym nie chciał, ponieważ nie ufam urzędnikom pństwowym. To by był wzrost fiskalizmu.
Za czasów komuny Kościół był główną siła opozycyjną, ponieważ był niezależny. I tak powinno pozostać.
Na państwo obywatele też łożą z własnej kieszeni, a co dzieje się z pieniędzmi? Nie wiadomo. M.in.z moich podatków finansowanie są partie, których nie popieram. I z jakiej racji, kto mnie pytał o zgodę?
Ad Ebenezer (10. & 14.):
Opierasz sie na blednych zalozeniach, co moze prowadzic do nieprawdziwych wnioskow.
Zalozmy, ze dla pewnej_organizacji_wyznaniowej “i” wplywy_z_podatkow w okresie “t” [T(i,t)] pozwalaja okreslic ilosc_wiernych w czasie “t” [W(i,t] poprzez relacje:
W(i,t) = f[wT_it * T(i,t), wX1_it * X1(i,t), wX2_it * X2(i, t), ..., wXk_iT * Xk(i,t)]
Gdzie X1, … Xk to inne zmienne pozwalajace wyjasnic ilosc_wiernych – na przyklad wplywy w zeszlych okresach [T(i, t - j), j > 0], wplywy z ofiar w roznych okresach [O(i, t - j), j >= 0], ilosc osob na mszy [I(i, t - j), j >= 0], etc…
Najwyrazniej uznales, bez podania dowodu, iz W(i,t) =(?)= f[wT_it * T(i,t)] – czyli wyzerowales wspolczynniki wX1_*, …, wXk_*. To bardzo ekstremalny postulat – jesli cos takiego zakladasz, wypadaloby to udowodnic, zanim zaczniesz wyciagac dalsze wnioski (jak naprzyklad takie, iz cos jest “z powodzeniem stosowane” – co, jak zreszta sam (implicite) przyznales, wcale nie musi dotyczyc Polski, gdyz zaraz dodales “w innych panstwach”) – inaczej rozumowanie z logicznego punktu widzenia jest bezwartosciowe (zas implikujac z falszywych zalozen bez problemu mozna dojsc do falszywych wnioskow).
Wykaz sie rzetelnoscia. Podaj dowod.
Matt, przeintelektualizowałeś. Z powodzeniem, to znaczy, że wierni go płacą, a jeśli nie to są wypisani z kościoła. Stają się od razu bezwyznaniowi i szlus. W Niemczech podatek na religię wprowadził jeszcze Hitler i do dziś dobrze spełnia tam swoją rolę. Polacy, którzy tam pracują i go nie chcą płacić są wypisywani z kościoła i takie informacje przysyłane są do polskich parafii, z których pochodzą.
Zulusie, nikt nie zabrania nikomu dawać na dodatkowo tacę, jeśli zapłaci należny podatek.
Nooo… jesli “powodzenie” definiujemy jako minimalizacje ilosci_wiernych danej_organizacji_wyznaniowej przy maksymalizacji poziomu_obciazen_podatkowych, to mamy dosyc ‘oryginalne’ spojrzenie na swiat… To takie dwa w jednym – gnebienie organizacji_wyznaniowych i gnebienie podatnikow na raz – nie dziwne, ze Hitler na to wpadl
Jakos mi sie wydaje, ze Hitlera nie warto nasladowac, nie uwazasz?
Cóż. Wzrost fiskalizmu jest zbieżny z socjalizmem.
Polski Kościół dzięki obecnym zasadom jest niezależny od państwa.
Przykład: w Hiszpanii Kościół był finansowany przez państwo (czyli podatników). Pojawił się szalony premier Zapatero i zaczyna zmniejszać finansowanie Kościoła. Tamtejsza lewica twierdziła,że jest to działanie w obronie świeckości państwa. Ale okazało się,że z takich pieniędzy korzystają tam muzułmanie. Cóż, widocznie Zapatero usiłuje sie przypodobać swoim przyszłym panom. Taka lewica może pojawić się u nas. To nie bedzie, może i skorumpowany, może cyniczny, ale w rzeczywistości pragmatyczny Leszek Miller. Młoda lewica w Polsce też marzy o wielkiej obyczajowej rewolucji. W tym celu trzeba uderzyć w chrześcijaństwo.
Ebenezer, rzeczywiście ten podatek jest stosowany w innych państwach, ale moim zdaniem na pewno nie z powodzeniem dla samego Kościoła. Wiedza na temat wydatków Kościoła pewnie sie nam należy, ale z własnego doświadczenia wiem, że najbardziej zainteresowani tymi wydatkami są ci, którzy na Kościół nie dają nic albo bardzo mało. A przeważnie rzadko tam zaglądają. Poza tym słuszny jest zdrowy rozdział Kościoła od państwa, więc w moim przekonaniu lepiej nie mieszać instytucji państwowych do zarządzania pieniędzmi przekazanymi przez wiernych na swój Kościół.
Oczywiście, że taki podatek nie byłby kościołowi na rękę i pewnie zwiększyłaby się kontrola społeczna nad pieniędzmi, które łożą wierni na swoje instytucje religijne. A to moim zdaniem byłoby bardzo dobre. Instytucje religijne są dla członków, a nie odwrotnie. To księża są dla wiernych, pełnią wobec wspólnoty funkcje służebne, a nie wierni dla funkcjonariuszy kościoła. Jednak w kościele wszystko stoi na głowie. Taki podatek mógłby przywrócić nieco właściwe relacje.
Takie donosy byłyby oszczędzone wiernym:
http://praca.gazeta.pl/gazetapraca/1,74785,4516548.html
Ebenezerze. Nie kontrola społeczna, a panstwowa. A to duża różnica. Jaką ja mam kontrolę na to, na co idą moje podatki.
Jasne, opodatkujmy wszystko. Kontrola nad Kościołami, nad rodzinami. Wcześniejszy wiek szkolny. Bo państwo wie lepiej, jak wychowywać dzieci niż rodzice.
“Takie są rzeczpospolite jakie ich obywateli kształcenie.”
Oczywiście, że obowiązkiem państwa jest kształcenie obywateli najlepiej jak można, w zgodzie ze współczesną najlepszą wiedzą o rzeczywistości. Dlatego państwo nie może dopuszczać do jakiejkolwiek indoktrynacji ideologicznej, w tym religijnej) młodzieży w miejscach jej kształcenia.
Edukacja jest dobrem ekonomicznym – najlepsza i najefektywniejsza metoda alokacji dobr ekonomicznych jest wolny rynek (First Fundamental Theorem of Welfare Economics – twierdzenie udowodnione juz jakis czas temu, wiec to nie jest kwestia dyskusyjna, ale fakt ktory mozna przyjac za dany jak prawo grawitacji). Nie bez przyczyny najlepsze uniwersytety na swiecie sa prywatne.
W trosce o jak najlepsze wyksztalcenie obywateli nalezy wiec calkowicie sprywatyzowac caly system edukacyjny – jesli NAPRAWDE zalezy nam na najwyzszej jakosci edukacji, a nie na politykowaniu, indoktrynacji i decydowaniu, ktorej to ideologii przyznac “panstwowe” (czyt. zabrane podatnikom) pieniadze.
Dopoty edukacje bedzie kontrolowalo panstwo, dopoki nie ma mowy o wolnosci mysli akademickiej. Pora wyzwolic sie od totalitarnego sposobu myslenia o obywatelach jak o sztukach bydla ktore nalezy scisle kontrolowac i zmuszac do tego co dlan “dobre” – obywatele wiedza lepiej jak, kiedy i na co wydac wlasne pieniadze. Zas z Twierdzenia Arrow’a wiemy, iz nie jest mozliwe aby panstwowa kontrola byla nieideologiczna – definicja tego co “dobre” zawsze bedzie scisle subiektywnym przedstawienienm preferencji danej grupy i bedzie nosila odcien dyktatury wobec reszty spoleczenstwa. Systemy glosowania maja pewne (nieusuwalne) wady, stad urzednicy panstwowi wybierani tymi metodami nigdy nie beda w stanie zrealizowac preferencji spoleczenstwa. Twierdzenie Arrowa zostalo opublikowane i udowodnione w 1950 roku, w 1972 zostal on laureatem nagrody Nobla. Nie jest wiec to kwestia dyskusyjna, ale niezaprzeczalny fakt – panstwo nigdy nie zrealizuje preferencji spoleczenstwa. Dla odmiany edukacja zapewniana przez wolny rynek jest wolna od tych wad.
Silnym argumentem na rzecz szkół neutralnych religijnie jest nieprzezwyciężalny konflikt pomiędzy współczesnym poglądem naukowym na rzeczywistość a ideami religijnymi, które wykształciły się w epoce żelaza i do dziś są przez religie uznawane za prawdziwe. Konflikt ten rozgrywa się w dziecięcych umysłach, niezbyt doświadczonych i nie potrafiących rozpoznać fałsz i go trafnie ocenić.
To wszystko sprawia, że wprowadzenie religii do szkół było wielkim błędem. Nie tłumaczy tego ani fakt, że szkoła była wcześniej miejscem innej indoktrynacji, ani tradycja wcześniejsza. Szkolnictwo wymaga pilnej nowoczesnej, głębokiej i postępowej reformy.
Nie ma wielkiego znaczenia czy szkoły będą prywatne czy nie. Ważniejsze jest kto naucza, czego i jak to robi.
Ateizm czy sekularyzm takze sa forma swoistej religii – i potrafia przyjac forme niezwykle intensywnej indoktrynacji (jak we Francji, gdzie fanatyczni wyznawcy sekularyzmu atakuja w imie swojej religii wolnosc slowa, zakazujac m. in. Chrzescijanom, Muzulmanom oraz Zydom publicznego przyznawania sie do swojej religii; w Szwecji, gdzie fanatyczni sekularysci nawoluja do anty-chrzescijanskiej cenzury; czy w Wielkiej Brytanii, gdzie pragna zakazac noszenia przez nastolatkow… obraczek/pierscionkow /widocznie dostrzegli w nich bluznierstwo dla fanatycznie wyznawanego przez nich sekularyzmu/).
Fundamentalne znaczenie ma prywatyzacja – gdyz jest ona koniecznym, niezbednym warunkiem do wolnosci akademickiej, rozwoju nauki, oraz edukacji najwyzszej jakosci.
Wszystko inne – spory o programy, sylabusy, etc… nie ma przy tym znaczenia – to tylko tematy zastepcze, latki, ktore maja naprawic cos, co jest fundamentalnie nie-naprawialne.
Panstwowa edukacja jest niewydajnym wstecznictwem, tkwieniem w czasach totalitarnych, na wzor “formowania mlodych przez panstwo” via Hitlerjugend.
Juz dawno nadeszla pora na to, by odebrac kontrole nad edukacjom urzednikom, politykom i biurokratom; juz dawno nadeszla pora, by decyzja wrocila w rece indywidualne – rodzicow, dzieci, nauczycieli, kazdego szczerze zainteresowanego wyzszym poziomem wyksztalcenia.
Jedynym rozwiazaniem ktore na to pozwala jest calkowita prywatyzacja – jesli naprawde zalezy nam na tym, by przyszle pokolenia byly wszechstronnie wyksztalcone i by cywilizacja rozwinela sie i poszla naprzod!
Errata: “edukacja” a nie “edukacjom”
Musiala zadzialac jakas wersja Prawa Skitt’a
Na dziś w Polsce szkoły prywatne, zwane czasem społecznymi, prezentują się gorzej od państwowych. To samo dotyczy prywatnych uczelni. Normalna popelina.
Natomiast to, jak będziemy kształcić młodych obywateli, co im wklepiemy w głowy, to problem znacznie przekraczający mechanizmy rynkowe.
Póki edukacja jest pod czujnym społecznym okiem, a powinna pozostać, to należy kierować się racjonalnymi przesłankami i nie dopuszczać do ideologizacji szkół, nie zależnie pro, czy anty religijnej. Jakakolwiek ideologia jest dla dzieci i młodzieży bardzo szkodliwa. Dorosłość jest okresem, w którym każdy świadomie może dokonać osobistych wyborów dotyczących wyznawanych idei, światopoglądów itd.
Niedawno przeglądałem książkę abp. Życińskiego “Bóg i ewolucja”. Żałosny obrazek. Nie ma już kwestii czy cuda były prawdziwe, ale jak wcisnąć Boga do współczesnej nauki. Jak to, czego nie sposób dowieść, wymyślone przez prymitywnych wyznawców pustynnych bóstw uznać za naukowe.
Co do sytuacji w PL, to obecnie szkoly prywatne zmuszone sa do nieuczciwej konkurencji, ich wlasciciele, ich nauczyciele, oraz ich klienci (rodzice i uczniowie) zmuszeni sa do subsydiowania konkurencji.
Wyobraz sobie sytuacje, w ktorej prowadzisz firme taksowkarska, ale jednoczesnie musisz placic podatki na utrzymanie konkurencyjnej sieci “panstwowej”, ktora zabiera Ci pasazerow? To jest wlasnie obecna sytuacja w Polsce.
Pomimo to, niektore prywatne (spoleczne oraz religijne) LO w Polsce stoja jednak na poziomie wyzszym od tych panstwowych. Globalnie zas nauka Polska sie niemal nie liczy – wlasnie przez to, co nazywasz “spolecznym okiem”, a co w istocie jest niewydolna panstwowa biurokracja zagrazajaca rozwojowi nauki.
Zgadzam się z Mattem. Szkoły państwowe są niewydolne (tak samo jak państwowa służba zdrowia). Działalność prywatna jest efektywniejsza od państwowej.
Ebenezerze. Ciągle mylisz pojęcie kontrola społeczna z kontrolą państwową.
Poza tym nie docenia się jeszcze w Polsce tzw. edukacji domowej, która świetnie sprawdza się w USA i moim zdaniem powinna być dopuszczona na równych prawach. Ale państwo współczesne woli wychowywać “janczarów” podatnych na medialną manipulację. O kierunku kształcenia, czy to religijnym,czy świeckim powinni decydować rodzice, a nie władza państwowa.
W państwowych szkołach nie brakuje miejsc dla wszystkich chętnych do nauki. Do prywatnych zapisują się najczęściej dzieci najzamożniejszych rodziców. Znam przypadek, że w wyniku konkursu dostał się do takiego społecznego liceum bardzo dobry uczeń . Nagrodę stanowiło stypendium. Jego równorzędni pod względem zdolności koledzy dostali się do państwowego, acz dość renomowanego liceum. Matura zweryfikowała poziom obu szkół na korzyść tego drugiego. Zdolny uczeń, w społecznym był prymusem, ledwo dostał się na wymarzony kierunek, a pierwszy rok był dla niego prawdziwą gehenną. Dziś jest już na drugim i z wolna dobija do reszty peletonu. Sam twierdzi, że gdyby chodził do państwowego liceum, to byłby znacznie dalej i z mniejszym stresem przeszedłby pierwszy rok studiów.
Nie mam jakiejkolwiek pewności, że prywatne zawsze znaczy lepsze. Wykształcenie powinno być powszechnie dostępne dla każdego chcącego się kształcić, a to może zapewnić tylko państwo. Co nie wyklucza istnienia innych form, np. prywatnych.
Ebenezer, jest wrecz dokladnie odwrotnie od tego, co mowisz. To wlasnie w panstwowych szkolach “brakuje miejsc dla wszystkich chętnych do nauki” – osoby ktore dostaja sie na tzw. “dzienne” czesto wczesniej chodzily na platne korepetycje, etc… Zas osoby ktore musialy wybrac “wieczorowe” lub studiowanie na prywatnych uczelniach czesto pochodza z rodzin niezamoznych – wystarczy popytac pare takich osob. Faktycznie wiec, przy “panstwowej edukacji”, mamy do czynienia z sytuacja, w ktorej niezamozne rodziny nie moga wspomoc swoich pociech (ktore musza pracowac zeby utrzymac sie na studiach), a w dodatku zarowno ci sami niezamozni rodzice jak ich dzieci sa zmuszeni finansowac z podatkow edukacje dzieci z zamozniejszych rodzin. Gdzie tu sens?
Do prywatnych szkol, szczegolnie w U.S., dostaja sie czesto najzdolniejsi, czesto najbiedniejsi, czesto osoby_spelniajace_jakiekolwiek_inne_kryteria – nie bedzie przesada gdy powiem, iz na kazdy prywatny uniwerek istenieje mniej-wiecej PARESET stypendium “na lebka” – w zaleznosci od osiagniec, nagrod, pochodzenia, statusu socjoekonomicznego, etc… Jak zauwazyles, w Polsce tez cos takiego sie pojawia – choc, ze wzgledu na wspomniana wyzej nieuczciwa konkurencje, u nas to dopiero raczkuje i rozwinie sie dopiero w sytuacji pelnej prywatyzacji. Skoro wspomniany przez Ciebie uczen dostal do LO z powodu konkursu, to chyba jednak byl wtedy lepszy
A co do dalszych osiagow – brak zaskoczenia – efekt “spoczywania na laurach” jest w edukacji znany i czesto opisywany, czytalem tez badania ktore wykazaly slaba (o ile nie negatywna – musialbym odszukac i sprawdzic) korelacje pomiedzy osiagami_jako_licealista a osiagami_jako_student – a wiec wszystko sie zgadza.
Co do ksztalcenia na poziomie podstawowym, a nawet szkoly sredniej (o ile wyksztalcenie rodzicow pozwala), home-schooling, o ktorym wspomnial wczesniej Zulus, to takze moze byc swietne rozwiazanie. Badania pokazuja, iz osoby po home-schoolingu czesto cechuja sie wyzszymi osiagami w przyszlosci, lepszymi szansami na znalezienie dobrze platnej pracy, etc… w stosunku do innych osob – cos w tym moze byc
Takze wydaje sie to korzystne dla rozwoju emocjonalnego dziecka – gdy moze byc blizej kochajacych rodzicow, niz odosobnionej zimnej “instytucji panstwowej” (czym wlasnie sa “panstwowki”)…
Matt, nie jest dla mnie ważne, czy szkoły będą prywatne czy nie, jeśli będą powszechnie dostępne dla wszystkich chcących się kształcić. Szerzej zakrojone systemy stypendialne też nie biorą się z powietrza. Ktoś na nie musi zapracować. Jeśli nie tzw. darmocha z podatków, to z innych źródeł są one finansowane. Natomiast czy rekrutacja-selekcja będzie pozytywna czy negatywne, to problem odideologizowania oświaty. I to jest rola państwa, by o to dbać i pilnować by program nauczania i kształcenie były neutralne ideologicznie.
Ebenezer jest “ukaszony Heglizmem”.
Matt ma rację. Ja w szkole średniej nie byłem “orłem. Taki typowy średniak. A na studiach (państwowych, przyznaję) miałem wyniki bardzo dobre. Rzeczywiście więc, nie ma znaczenia, iż ktoś był dobry w liceum.
A w Polsce inicjatywy edukacyjne prywatne są tłamszone. Nawet chcą wcześniej posyłać dzieci do szkoły. Byleby tylko państwo mogło manipulować większą grupą społeczną.
Ebenezer:
Jesli wazna jest dla Ciebie dostepnosc, to tak naprawde wazne jest tez dla Ciebie, by szkoly byly prywatne – gdyz to zwieksza dostepnosc – zarowno dla osob zdolnych jak i tych z rodzin niezamoznych.
Jesli ponadto wazne sa dla Ciebie rozwoj nauki, poziom wyksztalcenia, jakosc edukacji, to prywatyzacja powinna dla Ciebie byc wrecz fundamentalna – gdyz jest niezbedna do osiagniecia wszystkich tych celow. Biorac pod uwage to, ze w chwili obecnej (w sytuacji upanstwowienia edukacji) uczelnie nie sa “powszechnie dostepne dla wszystkich chcacych sie ksztalcic” (przyklad: wyzej wspomniana ograniczona il. miejsc na studiach dziennych) rozumiem, ze jestes przeciwnikiem edukacji panstwowej, i mam nadzieje, ze w zwiazku z tym takze popierasz prywatyzacje.
Owszem, zrodla finansowania takze sa wazne. Znane sa badania pokazujace “wypychanie” (crowding-out) prywatnej dobroczynnosci poprzez wydatki panstwowe – mechanizm dziala na roznorakie sposoby, m. in. poprzez generowanie znieczulicy spolecznej (i usprawiedliwien w rodzaju “panstwo ‘zadba’, wiec ja juz nie musze”). Im wieksze podatki (i wydatki), tym mniej organizacji dobroczynnych i mniej funduszy na stypendia. A biorac pod uwage to, ze stypendia sa zawsze (z definicji) lepiej dostosowane do indywidualnych potrzeb osob, do ktorych trafiaja (zdolne, niezamozne, etc…), to wzmacnia negatywny efekt dzialalnosci panstwowej, czyniac edukacje jeszcze mniej dostepna.
W sytuacji prywatnej edukacji dbalosc o programy nauczania i ksztalcenie lezy w interesie szkol i uczelni – i efekt konkurencji jest tu jeszcze silniejszy niz w innych branzach gospodarki. O ile wiekszosc konsumentow i tak nie kupuje zwykle zgnilych jablek w sklepie – o ile nie pedzi na ostatnia chwile do pracy i da sobie wcisnac pojedyncze sztuki z powodu pospiechu – to praktycznie nie ma szans by kochajacy rodzice podjeli pochopnie decyzje o wyslaniu swojej pociechy do szkoly na wiele dlugich lat przed poczynieniem szczegolowego rozpoznania, zasiegniecia opini u znajomych, specjalistow i roznorakich zrodel informacyjnych, etc… Dla porownania, w przypadku “panstwowek”, ‘pomylki’ zdarzaja sie masowo i z definicji ze wzgledu chociaby na rejonizacje. W przypadku prywatnej edukacji smialo mozna powiedziec, iz dzieci wreszcie zyskalyby szanse na edukacje, na ktora zasluguja.
Ebenezer,będąc socjalistą nie zrozumie Matta.
Matt, dziś w Polsce szkoły i uczelnie, niezależnie od swego statusu konkurują o uczniów i studentów, a i tak są jeszcze miejsca. Najlepiej kształcące uczelnie i szkoły w Polsce są jednak nadal państwowe. Sprywatyzowanie ich wydaje się trudne i może okazać się dla nich zabójcze. Nieliczne tylko prywatne szkoły dorównują państwowym.
Jeśli zaś chodzi o program nauczania, to nie rozwiąże go mechanizm rynkowy. Tu decydujący jest interes społeczny, a o ten ma obowiązek zatroszczyć się państwo. Gdyby wyłącznie rynek decydował, to mogłoby się nagle okazać, że pojawiłyby się szkoły koraniczne, które miałyby wielkie wzięcie, gdyż każdy uczeń dostałby na własność mercedesa i darmowe paliwo.
Ebenezerze. Dlaczego prywatne według ciebie znaczy gorsze? Nie wiesz o czym piszesz. Ja jestem nauczycielem szkoły państwowej i wiem czym nauczyciele, poza dydaktyką, się zajmują. Wg ciebie najlepiej wszystko upaństwowić.
W Polsce przez PRL, nie mogło się rozwinąć szkolnictwo prywatne. Konkurencja jest nieuczciwa, gdyż państwowe szkołe są promowane.
Nie ma nic trudnego w prywatyzacji – to juz zostalo przerobione na calym swiecie, w roznorakich branzach. Program nauczania jest w stanie rozwiazac wylacznie mechanizm rynkowy – jak pokazuje rozwoj nauki akademickiej, uczelnie prywatne (z prywatnie ustalanym programem i prywatnie konkurujace w materii realizacji nauczania) w skali swiatowej zostawiaja archaiczne “panstwowki” w tyle. Nie ma czegos takiego jak “interes spoleczny” – jest za to interes uczniow i rodzicow. I interesowi uczniow i rodzicow sluzy najlepiej wolny rynek. Zdanie o szkolach koranicznych dajacych kazdemu Mercedesa jak rozumiem bylo zartem
Matt, to był żart, ale mimo tego przedkładam interes społeczny nad interesem dzieci i rodziców. Coś w tym rodzaju:
http://ces.net.pl/content/view/359/59/
http://www.mazowsze.ngo.pl/x/254891;jsessionid=6CEAA218F9A92480448AA324B25EF144
Czym według ciebie jest interes społeczny? Czym jest społeczeństwo? Czyż nie zbiorem jednostek,m.in. dzieci i rodziców? Chcesz wychowywać janczarów politycznej poprawności?
Ebenezer: przejrzalem, “ekonomia spoleczna” jest wewnetrznie sprzeczna – mozna znalezc wiele przykladow, podam dwa – jeden z nich ogolny, drugi w odniesieniu sytuacji o ktorej mowimy.
1. Otoz, przede wszystkim: ZYSK JEST DOBRY!
Gdy dwie jednostki dokonuja na rynku dobrowolnej wymiany handlowej, gdzie jedna (A) wrecza pieniadze, dostajac w zamian towar drugiej (B), to monetarny zysk jednostki B odzwierciedla przyrost szczescia / satysfakcji/ wypelnienia_potrzeb jednostki A. Im wiecej zyskow – tym wiecej szczescia, satysfakcji, spelnionych potrzeb ludzkich. Maksymalizacja zyskow oznacza wiec zarazem maksymalizacje tychze. Ci, ktorzy wypowiadaja sie przeciwko “maksymalizacji zyskow” wypowiadaja sie za smutkiem, frustracja i niespelnionymi potrzebami ludzkimi. Wybieram troske o ludzi = wybieram maksymalizacje zyskow.
2. Co do “prymatu celów indywidualnych i społecznych [...]” – to juz ten fragment zawiera sprzecznosc. W zyciu czesto trzeba dokonac wyboru – ALBO cele indywidualne ALBO cele “spoleczne” (co do drugich jest pewien problem, o ktorym wspomnialem, ale moze zbyt skrotowo, a moze mnie nieuwaznie przeczytales, wiec zaraz powroce). Zauwazyles to osobiscie – i dokonales bardzo smutnego wyboru. Otoz, mowiac “przedkładam interes społeczny nad interesem dzieci i rodziców” oznacza to, iz chcialbys krzywdzic dzieci i rodzicow; dlaczego?
Widziesz, mi zalezy na dobru dzieci i rodzicow. Mam tez swiadomosc, iz z jednostek i z rodzin sklada sie narod. Dobro jednostek to dobro narodu – zawsze. Implikacji (falszywej) w druga strone probowal Hitler – nie skonczylo sie zbyt ciekawie…
Co do “celow spolecznych” – widzisz, na swiat warto spojrzec z punktu widzenia nauk scislych; warto przypomniec, iz nauki przyrodnicze (jak np. biologia) takze podzielaja wspolna metodologie. Zanim zacznie sie rozwazac charakterystyki danego obiektu, wazne sa:
- jego jasna definicja
- dowod istnienia
- (ew. dowod unikalnosci).
Inaczej nie mozna rozumnie rozwazac danego obiektu – a wiec nie ma wtedy o czym mowic.
I tutaj lezy wlasnie zasadniczy problem z “celami spolecznymi” – NIE sa one zdefiniowane! Co wiecej – mozna dowiesc, iz NIE jest mozliwe ich okreslenie – a wiec NIGDY nie beda. Co wiecej – dowiedziono juz tego. Patrz:
http://en.wikipedia.org/wiki/Arrow_impossibility_theorem
A wiec nie jest to kwestia Twojej czy mojej opinii, lecz udowodniony fakt. Gdyby ktos z nas probowal go podwazyc wygladaloby to jak dyskusja ze stwierdzeniem iz “1 + 1 = 2″ lub upieranie sie, sie Ziemia jest plaska.
W tym momencie cala “ekonomia spoleczna” upada jako teoria, gdyz jeden z fundamentalnych obiektow na ktorym sie opiera nie jest (i nie bedzie) zdefiniowany. Radzilbym wiec zainteresowac sie teoriami ekonomicznymi ktore maja oparcie, chociazby na samym poziomie teoretyczno-metodologicznym – gdyz nie mozna budowac wiedzy bez solidnych fundamentow. Na weryfikacje empiryczna tez przyjdzie czas…
Matt, na poziomie świadomości racjonalnej zysk jest pojmowany jako dobro, a strata jako zło. Na poziomach świadomości wyższej, transracjonalnej zysk i strata są tym samym. Nie jest więc on nie tylko ani dobry ani zły, ale jest wręcz bez znaczenia.
Znaczenie ma natomiast współpraca przy tworzeniu powszechnie pożytecznych dzieł, obiektów, urządzeń, instalacji, systemów. Dlatego nie ma powodów zajmować się interesami jednostek, lub ich wybranych grup, czy gromad – dzieci, rodziców, dżokei, pingwinów itp. Nikt też nie jest skrzywdzony.
Oczywiście, że może pojawiać się ktoś prymitywny, kto chce mieć zysk i to kosztem innych. Jeśli nie zrealizuje tego egoistycznego zamiaru, to może poczuć się pokrzywdzony jak złodziej, któremu nie udało się nic ukraść.
W każdym bądź razie ekonomia społeczna nie tylko wpływa na mechanizmy ekonomiczne czy rynkowe, radykalnie je zmieniając, ale sprzyja powszechniejszemu podnoszeniu świadomości. Bez tego ludzkość raczej nie przetrwa, a wtedy nie będzie już problemu zysku i straty.
Jak widzisz ja przedkładam cele społeczne nad prywatnymi. Jestem wolny od chęci posiadania czegokolwiek ponad to, co niezbędne do normalnego życia i wcale nie czuję się z tego powodu nieszczęśliwy. Natomiast znam ludzi, dla których zysk jest główną ich troską. Są bardzo zamożni, ale i niezbyt zadowoleni. Nie mogą zrozumieć dlaczego ja zawsze jestem zadowolony, mimo że nie mam prawie nic, a ni dużych pieniędzy, ani strachu. Właśnie brakuje im tej świadomości, którą warto rozwijać. Ja ją już mam.
Ebenezer:
Stwierdzenie, iz “nikt tez nie jest skrzywdzony” nie jest prawdziwe – sam przeciez wczesniej powiedziales, iz “ekonomia spoleczna” przedklada (niezdefiniowane) “cele spoleczne” nad dobro dzieci i ich rodzicow.
Kazda decyzja ma swoje konsekwencje – gdy zabiera sie dzieciom mozliwosc lepszego wyksztalcenia, zas rodzicom mozliwosc wyboru, w dodatku czyniac wszystko to pod przymusem kary wiezienia, jest to w konsekwencji wyrzadzanie krzywdy dzieciom i rodzicom.
W esencji “ekonomia spoleczna” oznacza krzywdzenie jednostek (w tym dzieci i rodzicow) na skale masowa. Kolektywizm nigdy nie jest dobry.
OT: A skadze Ci wyszlo, iz “swiadomosc” jest poset’em i istnieje (chociazby czesciowy) porzadek (ktory okresliles mianem “poziomu”)? Zdefiniuj porzadek i udowodnij jego istnienie, inaczej cale rozwazania dot. “swiadomosci” pozbawione sa, delikatnie mowiac, sensu