Grudzień 2007
Miesiąc
Między starym a nowym czasem
W polityce międzynarodowej nietrudno wskazać najważniejsze wydarzenie roku. Przyjęcie Traktatu Europejskiego to radykalne zwiększenie władzy Unii Europejskiej, włącznie z (formalnym) prezydentem Unii i (nieformalnym) ministrem spraw zagranicznych. To również nowe zdefiniowanie celów i wartości jedności europejskiej, zawarte w Karcie Praw Podstawowych. Niestety, w tej sprawie władze Rzeczypospolitej zadecydowały odwrót bez walki – choć polskie votum separtum w sposób jeszcze bardziej zrozumiały można było złożyć po poważnej moralno-ideowej debacie na temat charakteru Unii.
W planie narodowym najważniejszym wydarzeniem były prace na rzecz potwierdzenia w Konstytucji ludzkiej godności od poczęcia. Zostały podjęte w samą porę – bo już dziś widać, jak sprawy zabijania ludzi w embrionalnej fazie życia oraz „odszkodowań” za życie chorych dzieci domagają się normatywnego potwierdzenia, na poziomie wyższym niż ustawowy, przysługującej człowiekowi od początku godności i realnych praw, które z niej wynikają. Polski Sejm – dużą większością głosów – przerwał milczącą zgodę na fatalizm cywilizacji śmierci, choć tych głosów zabrakło na zmianę Konstytucji. Machinacje wielkich partii politycznych stanęły w poprzek wielkiej koalicji sumień.
Wydarzenia życia Kościoła nie narzucają się tak brutalnie opinii publicznej, co w niczym nie umniejsza wielkości ich znaczenia. Tu najważniejsze w tym roku było ogłoszenie przez Ojca Świętego listu Summorum Pontificum, w obronie praw tradycyjnej liturgii katolickiej. Najcelniej określił jego znaczenie Paweł Milcarek, nazywając go przywróceniem pokoju między nowoczesnością a Tradycją Kościoła. Przy czym nie chodzi tylko o spory w Kościele (bo te, gdy toczone są w prawdzie i miłości, są w pełni uprawione), ale o pokój w ludzkich sercach. Deo gratias!
Co niesie nam nadchodzący czas? Przyjęcie Traktatu jest kwestią otwartą, szczególnie w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Czechach. Donald Tusk kiedyś obiecywał umierać za Niceę. Teraz niech chociaż spokojnie poczeka na rozwój debaty w innych krajach. Po drugiej stronie Atlantyku wielkie znaczenie będą miały amerykańskie wybory prezydenckie.
Nasz eurocentryzm przysłania nam znaczenie wydarzeń poza horyzontem naszej cywilizacji. Tymczasem zabójstwo Benazir Bhutto to kolejny sygnał wzrostu antyzachodniego radykalizmu w krajach Islamu; i jego naporu na państwa chcące współpracować z Zachodem. Nachodząca Olimpiada w Pekinie to gwarancja spokoju w polityce zagranicznej Chin; obejrzymy demonstrację sukcesu najszybciej rozwijającego się państwa świata, którym… rządzi komunistyczna dyktatura. Życie potwierdza trafność geopolitycznych analiz Paula Brackena; niestety.
Jak każdy Nowy Rok trzeba i ten powierzyć Bogu i Maryi, która jest prawdziwą Arką między starymi i nowymi czasy. Nadziei, radości i pomyślności życzę Wszystkim Czytelnikom tego dziennika!
Oczyszczanie pamięci dziś
W Summorum pontificum Ojciec Święty pisze wyraźnie, że Mszał Bł. Jana XXIII nigdy nie został odwołany (por. art. 1). Czy to jasne stwierdzenie, nawiązujące do wezwania Jana Pawła II, aby zagwarantować szacunek dla słusznych życzeń wiernych tradycji łacińskiej (por. Ecclesia Dei 5c), nie zobowiązuje po prostu do zadośćuczynienia za lata krzywd wyrządzanych przede wszystkim całości liturgii Kościoła?
Rzecz się wydaje oczywista w czasach, gdy tak wielką wagę przywiązujemy do oczyszczania pamięci Kościoła, by nie obciążały jej błędy popełnione przez jego sługi i dzieci. Jednak po lekturze artykułu Ewy Czaczkowskiej w wigilijnej „Rzeczpospolitej” wielkiej nadziei na szybkie postępy takiej refleksji po ogłoszeniu papieskiego motu proprio nie nabrałem. Bo zadośćuczynienie można rozumieć dwojako – jako zadośćuczynienie sprawiedliwości (która gwarantuje prawa nawet tego, dla którego sprawiedliwości nikt się nie domaga); ale również jako zadośćuczynienie oczekiwaniom i roszczeniom świata, z którym lepiej się jakoś ułożyć.
Jak pisał Liebert: „Uczyniwszy na wieki wybór,/ w każdej chwili wybierać muszę”.
Jeszcze o sentencji niewyrokowania w sprawie Samoobrony
Wyrok Trybunału o nierozstrzyganiu zgodności z Konstytucją działalności Samoobrony wywołał powszechną konsternację. Jednak są również prawnicy, którzy go bronią. I tak na przykład Ryszard Piotrowski, konstytucjonalista, twierdzi, że dyskontynuacja stanowi powszechną zasadę konstytucyjną. Mam wrażenie, że dr Piotrowski nie przeczytał uzasadnienia wyroku, którego broni. Sędziowie Trybunału sami przyznają, że nierozpatrywanie wniosków marszałków Sejmu po zamknięciu kadencji, w której pełnili swe funkcje, stanowi inwencję wyprowadzoną w tym właśnie wyroku, przez analogię z dyskontynuacją procesu ustawodawczego i towarzyszących mu wniosków poselskich do Trybunału.
Czasami mam wrażenie, że władza ekspertów polega nie tyle na ich wiedzy, co na niewiedzy tych, do których adresują swoje ekspertyzy.
Trybunał uroczyście zamilkł
Dowiedziałem się dziś, że Trybunał Konstytucyjny już dwa tygodnie temu po cichu zamknął sprawę zgodności z Konstytucją wekslowych praktyk Samoobrony. Opinia publiczna dowie się o tym dopiero teraz, bo dopiero po publikacjach w „Dzienniku” na temat sprawy rzecznik Trybunału poinformował, że sprawy już nie ma. O tej decyzji nie wiedział również marszałek Komorowski.
Szczęście w nieszczęściu: Trybunał sformułował zasadę dyskontynuacji wniosków marszałkowskich, więc w ogóle nie odniósł się merytorycznie do sprawy. Lepsze to niż otwarta lub milcząca zgoda na zamianę partii politycznych w przedsiębiorstwa wyborcze, pomagające chętnym w karierach, w zamian za polityczną dyspozycyjność pod sankcją wywłaszczenia (bo tak należy traktować uruchomienie „zwrotu” ok. pół miliona złotych). Takim praktykom nie mogłem jako marszałek Sejmu przyglądać się biernie, bo jest to sprzeczne nie tylko ze zdrowym zmysłem państwa, ale z takimi wyraźnie sformułowanymi zasadami konstytucyjnymi jak dobrowolność partii politycznych, ich obywatelski charakter i cel, jakim jest umożliwianie Polakom kształtowania polityki państwa (wszystkie zawarte w art. 11.1), a także wolność mandatu poselskiego (art. 104.1).
Samą zasadę „dyskontynuacji” (czyli nieaktualności skargi po zakończeniu kadencji Sejmu) Trybunał wyprowadził przez analogię z zamykaniem przez Sejm prac ustawodawczych wraz z zakończeniem kadencji. Ani zasada ta nie jest absolutna, ani analogia nie jest przekonująca. Marszałek Sejmu ma prawo zwracać się do Trybunału w sprawie zgodności z Konstytucją celów lub działalności partii politycznych (art. 188.4) na podstawie bezpośrednio przysługujących mu uprawnień konstytucyjnych, niezależnie od podobnych działań grup posłów. A Trybunał nie powinien uchylać się od zajęcia stanowiska tam, gdzie zagrożone są wolności powierzone jego pieczy.
Wygląda jednak na to, że Trybunał tą sprawą tak się zajmował, że w końcu zajmować się przestał. Nie zdołał jej rozpatrzyć ani przez osiem miesięcy przed decyzją o skróceniu kadencji, ani nawet po tej decyzji, przez dwa ostatnie miesiące, kiedy kadencja jeszcze trwała. Aż w końcu doczekał się sytuacji, w której w pełnym składzie mógł ogłosić, że sprawa jest nieaktualna. Ciekawe kwestie kontynuacji i dyskontynuacji okazały się znacznie ważniejsze od pytania, czy partie polityczne, które zapewnić mają działanie demokracji, nie zamieniły się w prywatne przedsiębiorstwa do robienia polityków.
Christianitas dla wszystkich
Cywilizacji chrześcijańskiej bronimy nie tylko dlatego, że jesteśmy katolikami, ale dlatego, że jest po prostu najbardziej ludzka. Cywilizacja życia, prawa rodziny czy państwo dobra wspólnego to zasady, które służą wszystkim. Nasi oponenci podnoszą często zasadę, że to wartości, które narzucamy, ponieważ wcale ich nie chcą (przynajmniej w wersji przez nas wyznawanej). Taki zarzut jednak jest zbyt słaby; opiera się bowiem na podwójnie błędnym antyuniwersalistycznym paradygmacie, zakładającym, że (1) nie może być dobrem wspólnym coś, co budzi kontrowersje społeczne oraz że (2) niedopuszczalne jest jakiekolwiek realizowanie w życiu publicznym narodów wspólnie wyznawanych wartości. Tak rozumując należałoby uznać za wyraz partykularyzmu światopoglądowego zniesienie walk gladiatorów, zniesienie niewolnictwa na amerykańskim Południu albo domaganie się na Białorusi rządów prawa, swobód języka białoruskiego i zerwania z sowiecką przeszłością. Nasi oponenci – chcąc być konsekwentni – winni w imię neutralności światopoglądowej państwa atakować obchodzenie przez Republikę Francuską 14 lipca (bo wielu Francuzów uważa zgładzenie biednych inwalidów pilnujących więzienia Bastylii za pospolitą zbrodnię) albo domagać się zniesienia Monarchii Brytyjskiej (bo z zasady nie odpowiada republikanom, a w swym prawie dynastycznym jakobitom-legitymistom). Żeby znaleźć dobro wspólne, należy rozmawiać o naturze człowieka, zasadach naszej cywilizacji i kulturze narodu, i po prostu uznawać za dobro wspólne sam fakt życia narodowego.
Na drugi dzień Świąt i (oby) dobry początek rozmowy
Często w naszych dyskusjach blogowych wypowiadają się nasi przeciwnicy ideowi. ZuluGula na przykład pisze, że z obrońcami Christianitatis „poza ludzką naturą niewiele” go łączy. To „niewiele” to jednak bardzo dużo. Po pierwsze natura ludzka to nasza rozumność (pozwalająca rozmawiać) oraz zdolność rozróżniania dobra i zła (co otwiera pole wspólnej odpowiedzialności). Po drugie, właśnie na pewnej koncepcji natury ludzkiej ufundowany jest współczesny polityczny uniwersalizm (większości naszych oponentów ideowo bliższy niż nam), więc jak widać rzecz ma po prostu dalekie konsekwencje. Po trzecie – nas z naszymi oponentami wiąże znacznie więcej spraw, niż sama tylko powszechna natura, na przykład poczucie, że jesteśmy powołani do solidarności we wspólnej Rzeczypospolitej. Wierzymy, że warto rozmawiać – ale liczyć się trzeba, że nasze intencje (nawet jeśli sami ich nie zepsujemy) nigdy nie będą przez wszystkich sprawiedliwie ocenione. Ale zamiast złości naszym oponentom możemy ofiarować po prostu szacunek, uwagę – i cierpliwość.
Wesołych Świąt!
Zaczynają się Święta i potrwają przez osiem dni. Trudno dziś świętować przez całą oktawę, ale cieszyć się można cały czas, bo – jak śpiewa Kościół – Najświętsza Dziewica Maryja porodziła temu światu Zbawiciela.
Wszystkim Czytelnikom mojego otwartego dziennika, Państwa Rodzinom, Przyjaciołom, Wszystkim Państwa Bliskim składam najlepsze życzenia Wesołych Świąt. Tym, którzy uwierzyli w Tajemnicę Wcielenia i przyjmują przekazany nam przez Tradycję jego czas, ta radość udziela się bezpośrednio. Ale oby tym, którzy nie dzielą z nami wiary, sam klimat Świąt, którym wszędzie w Polsce oddychamy, pozwolił doświadczyć szczęścia tego czasu. Skoro polski obyczaj bardziej niż kiedykolwiek czyni dziś nas wszystkich rodziną – cieszmy się, że nią jesteśmy.
Szczególnie jednak chcę życzyć Bożonarodzeniowej Radości tym, których stałe obowiązki lub nagłe okoliczności oderwą od domu: chorym w szpitalach, lekarzom i siostrom, którzy im służą, wszystkim służbom publicznym, żołnierzom, którzy spełniają powinność wobec Polski daleko od domu. I tym, którym zmartwienia odebrały radość. Bóg, który przychodził na świat odepchnięty, na pewno będzie z Wami. Oby przyprowadził również ludzi, na których czekacie.
Źródło i szczyt
W 10. punkcie Spe salvi Ojciec Święty nawiązuje do tradycyjnego obrzędu chrztu. Mam przed oczyma wielu przyjaciół, którzy napotykali na ciężkie przeszkody, a nierzadko duchowe udręki, prosząc o ten właśnie ryt, tak dobrze wyrażający fakt przekazania dziecku łaski wiary. Chrzest bowiem – jak przypomina Benedykt XVI – to coś znacznie więcej niż tylko włączenie do wspólnoty. Czym będzie ten znak Papieża dla tych, którzy utrudniali korzystanie z rytu tradycyjnego młodym rodzinom, które kierując się sensu fidei chciały wypełnić to, co uznały za obowiązek wiary wobec własnego dziecka? Oby przede wszystkim Spe salvi stała się motywem do refleksji nad wszystkim, co kardynał Ratzinger pisał w ciągu ostatniego ćwierćwiecza o kwestii liturgicznej i wartościach tradycyjnej liturgii. Dla każdego, kto z dobrą wolą zechce poznać racje Papieża – będzie jasne, że Summorum pontificum to nie żaden manewr zorientowany na „przyciągnięcie lefebvrystów”, choć na przywróceniu jedności i dialogu z Bractwem Św. Piusa X Ojcu Świętemu na pewno zależy. W teologii kardynała Ratzingera liturgia zawsze powinna oddawać teocentryczną orientację całego życia chrześcijańskiego. Dla świata mogą to być kwestie błahe, ale dla Kościoła jest to źródło i szczyt życia chrześcijańskiego.
Sejm sobie, a politycy sobie
W PO trwają spory na temat finansowania zapłodnienia in vitro, natomiast SLD atakuje naszych Biskupów za list w tej sprawie. Co ciekawe – przedmiotem ataku jest najbardziej oczywiste stwierdzenie listu, że niedopuszczalne jest seryjne (a choćby i sporadyczne), premedytowane niszczenie życia dziecka u jego początków. W istocie to samo powiedział niespełna dwa lata temu cały Sejm, przyjmując ogromną, ponad osiemdziesięcioprocentową większością, rezolucję przeciw finansowaniu tego typu praktyk przez Unię Europejską. Sejm RP 21 lipca ub.r., powołując się m.in. na Konstytucję Rzeczypospolitej, stwierdził że „finansowanie przez Unię Europejską badań nad embrionami i zarodkowymi komórkami macierzystymi dotyka nienaruszalności życia ludzkiego”, zaś „instrumentalne wykorzystywanie ciała ludzkiego i niszczenie życia poczętego jest drastycznym naruszeniem praw człowieka. Nie można go usprawiedliwić żadnymi okolicznościami i należy tych praktyk zaniechać, niezależnie od intencji, dla których są podejmowane”. O co więc tyle hałasu? I skąd te dylematy Platformy, skoro (łatwo to zweryfikować) za takim stanowiskiem głosowała półtora roku temu ogromna większość jej posłów, z minister Kopacz na czele? Niestety, dzisiejsza władza, w licznych wypowiedziach swoich przedstawicieli, daje odpowiedź prostą: praktykuje się to wszędzie. Tak więc deklaracje sobie, a praktyka sobie.
Jeden z przyjaciół-b.korporantów prosił mnie, by na określenie tego rodzaju postaw nie używać określenia filisterstwo, które sto lat temu nie było tak dwuznaczne, ale dziś może wywoływać niezamierzone, a krzywdzące skojarzenia. Sugerował, że lepsza byłaby neodulszczyzna, albo nawet – proponowana przez „Wprost” – tuszczyzna. Radę wezmę pod uwagę, a ruchowi korporacyjnemu przekazuję serdeczne wyrazy przyjaźni i szacunku.
Nowa doktryna w Trybunale Konstytucyjnym
Platforma Obywatelska wprowadziła do Trybunału Konstytucyjnego profesora Andrzeja Rzeplińskiego. Profesor Rzepliński w zeszłorocznym wywiadzie dla „Dziennika” uznał, że odmawianie homoseksualistom „małżeństw” w warszawskich ambasadach państw, które zalegalizowały takie zjawisko – jest łamaniem praw człowieka. Uznanie „małżeństw homoseksualnych” za prawa człowieka to nawet więcej niż propozycja wprowadzenia ich w ustawodawstwie. PO rozważa ratyfikację Karty Praw. Ale obawiam się, że w rękach Andrzeja Rzeplińskiego norma art. 21 Karty już dziś – jako argument doktrynalny – może być instrumentem dezorganizacji naszego prawodawstwa.
Filisterstwo Platformy robi wrażenie. Nieważne są poglądy, ważne co ludzie powiedzą; a ludzie z towarzystwa mówią, że Rzepliński to autorytet. Cezary Grabarczyk zapytany w Sejmie przez Artura Zawiszę o wypowiedzi profesora Rzeplińskiego odpowiedział, że Platforma nie popiera małżeństw homoseksualnych. Tylko co z tego wynika? W wypadku ponadpartyjnego Trybunału to nie kandydat ma poglądy partii, tylko partia ma poglądy kandydata. Wybór Andrzeja Rzeplińskiego to jeden z największych aktów nieodpowiedzialności w naszym życiu politycznym.
Blog and Polityka
20 gru 2007
Proces gorzowski
We środę składałem zeznanie w procesie, który – o składanie fałszywych zeznań – wytoczył mój kolega, Jarosław Romański, trzem członkom SB z Gorzowa Wielkopolskiego. 31 sierpnia RP 1982 był jednym z najważniejszych dni w polskiej historii Gorzowa. Tego dnia doszło na placu katedralnym do brutalnego ataku SB-ZOMO na uczestników uroczystości w rocznicę porozumień sierpniowych. W następnych dniach miały natomiast miejsce nie tylko represje, ale i akty terroru policyjno-prokuratorskiego.
Jarek był internowanym działaczem Solidarności i 31 sierpnia nie brał udziału w publicznych uroczystościach. W czasie ceremonii na placu był w mieszkaniu pani Teresy Klimek, działaczki Solidarności nauczycielskiej, gdzie zebrało się w tym czasie spore grono publicznie znanych działaczy opozycji gorzowskiej. Nazajutrz po uroczystościach Jarek Romański został aresztowany i – wbrew świadectwom wielu świadków obrony – skazany za czynne kierowanie protestem, na podstawie najdosłowniej gołosłownych (nie popartych żadnymi szczegółami), ale za to zgodnych, zeznań trzech członków SB. W ubiegłym roku oskarżył ich o złożenie fałszywych zeznań.
Oskarżeni odmówili składania wyjaśnień. To stanowi świadectwo samo w sobie; gdyby uważali swoją SB za jakąkolwiek instytucję państwową – opowiedzieliby szczegółowo o procedurach, które towarzyszyły ich działaniom 31 sierpnia i później. Sprawa stanowi też bardzo ważny motyw do opracowywania ustawy antyubeckiej, potwierdzając założenia, które prezentowaliśmy już na początku roku. Oprócz potwierdzenia antypolskiego charakteru działalności SB, ujawnienia (aktualizowanych) nazwisk członków organizacji i pozbawienia ich przywilejów emerytalnych, konieczne jest prawne zobowiązanie ich do złożenia prokuraturze IPN pełnej relacji o działaniach, w których uczestniczyli.
Dialogi grudniowe
J 100: zgadzam się; Prawo i Sprawiedliwość miało być polską partią republikańską. Jedność organizacyjna (ale na zasadzie sumy, solidarnego wspierania poszczególnych dążeń) to realna wartość, gdy to jest niemożliwe – trzeba samodzielnie działać, praktykując po prostu solidarność polityczną. W Sejmie’91 nie było zjednoczonej prawicy, a mimo to Izba ta miała bardzo realne osiągnięcia. W każdym razie brak jedności organizacyjnej nie dyspensuje od solidarności.
Roman: określenie „mechanizm koteryjno-dworski” pochodzi od Ludwika Dorna, ja je tylko cytuję i to nie jako epitet. Po prostu wykazuję, że nie można realizować tą metodą zasad w partii, gdzie dopiero trzeba o nie zabiegać; bo najważniejsze składniki dobra publicznego nie mogą być przedmiotem aplikacji. Nie sądzę, by Jarosław Kaczyński zgodził się na udział w partii, gdzie o propozycji powołania CBA mógłby opowiadać, ale nie mając prawa oczekiwać, że sprawa ta będzie podjęta i serio realizowana. Na to by się nie zgodził i – co więcej – miałby rację.
W ocenie polityki minister Fotygi bardziej się zgadzam z zulusem niż z maxem. W ogóle polityka zagraniczna stanowi najlepszą stronę ostatniego dwulecia. Jej realny dorobek to umocnienie solidarności środkowoeuropejskiej (szczególnie współpraca energetyczna z Litwą), uświadomienie Unii Europejskiej obowiązku solidarnej polityki handlowej wobec Rosji, europeizacja problemu bezpieczeństwa energetycznego oraz realistyczna diagnoza polityki Rosji i Niemiec wobec Polski.
Głos z PiS w debacie o PiS
W sobotniej „Rzeczpospolitej” ukazał się ważny wywiad Ludwika Dorna. Znajduje się tam świadectwo, które stanowić może odpowiedź dla ludzi pytających od czasu do czasu, czy nie warto było zostać w PiS i z wewnątrz oddziaływać na politykę i charakter tej partii. „W zaistniałej sytuacji – mówi b. marszałek Sejmu, tłumacząc rezygnację z funkcji partyjnych – jedynym sposobem posiadania wpływu byłoby wejście w mechanizm koteryjno-dworski”.
Dla Ludwika odrzucenie tego to zapewne kwestia realistycznej analizy, co można osiągnąć w takim układzie. Dla mnie to coś więcej. „Wejście w mechanizm koteryjno-dworski” zakłada z góry niekwestionowanie zasadniczej linii partii: ani wtedy, gdy przyjmuje Traktat (de facto) Konstytucyjny, ani gdy praktycznie wycofuje politykę praw rodziny, ani gdy głosi, że partia zabiegająca o masowe poparcie nie może uznawać za zasadę swej polityki Evangelium vitae (zresztą wbrew własnym wcześniejszym deklaracjom).
W polityce samoograniczenie, etapowość, kompromis to rzeczy konieczne. Polityka kończy się jednak tam, gdzie rezygnujemy z definiowania dobra publicznego i działania na jego rzecz. Właśnie przez to, że zasady traktuje się serio – są one realnie obecne w rzeczywistości politycznej. Taki jest sens sołżenicynowskiej zasady „żyć bez kłamstwa”, która w naszym pokoleniu potwierdziła również swoją polityczną mądrość. Ruch chrześcijańsko-konserwatywny, serio traktując społeczne konsekwencje Dekalogu i prawa rodziny, nie może być po prostu „wrażliwością” i „tendencją” w partii, dla której decydująca jest wyborcza strategia władzy. Tym bardziej, że dawaliśmy dowody solidarności, otwartości i cierpliwości tak długo, jak długo była nadzieja, że PiS będzie patriotyczną partią ludową, poważnie traktującą wszystkie społeczne zobowiązania prawicy.
Pożegnanie Kardynała
Gdy byłem pierwszy raz w Rzymie przed dziewiętnastu laty, zabytki Rzymu chrześcijańskiego oglądałem z obowiązku. Wtedy interesował mnie przede wszystkim antyk. Rzym chrześcijański pokochałem i zrozumiałem (wstyd się przyznać) dopiero dziewięć lat temu, podczas pielgrzymki na dziesięciolecie papieskiego listu „Ecclesia Dei”. Odwiedzaliśmy z Zosią kościoły, modląc się przy grobach męczenników, których wspominamy w kanonie rzymskim. Byliśmy na audiencji u Ojca Świętego.
Centralną Mszę pielgrzymkową odprawiał wtedy w bazylice Św. Ignacego kardynał Alfons Maria Stickler SDB. Było to prawdziwe doświadczenie Christianitatis. Wracając ze Mszy, otrzymaliśmy błogosławieństwo od Opata Gerarda z Le Barroux, z Katalończykami rozmawialiśmy o Ojcu Balmesie, spotykaliśmy pielgrzymów z Ameryki i Australii.
Piszę o tym, bo kardynał Stickler w ubiegłym tygodniu odszedł do Boga. Przedwczoraj został pochowany. W liście kondolencyjnym do jego brata i trzech sióstr Ojciec Święty złożył hołd zasługom Kardynała dla Kościoła i kultury. Kardynał Stickler należał do pokolenia biskupów Jana Pawła II, kardynałem został w RP 1985. Przez wiele lat z zapałem bronił tradycyjnej liturgii. Propagował prace jej poświęcone. Udzielał wsparcia wiernym broniącym jej praw. I Bóg pozwolił mu ujrzeć owoce jego miłości i zaangażowania. Requiem aeternam dona ei Domine.
Jedność według PiS
Krzysztof Chojniak, prezydent Piotrkowa Trybunalskiego, został zawieszony w prawach członka Prawa i Sprawiedliwości. Wśród powodów podano poparcie, jakiego mi udzielił w wyborach do Senatu. Prezydent Chojniak popierał również reprezentującego PiS obecnego senatora Wiesława Dobkowskiego. Nie wystąpił przeciw żadnemu kandydatowi partii, bo drugim kandydatem Komitetu PiS na Ziemi Nadpilickiej był reprezentujący PSL-Piast obecny senator Grzegorz Wojciechowski. Nemo iudex in causa sua, więc nie mam zamiaru oceniać prawomocności wewnętrznych spraw PiS. Ale w planie politycznym jest oczywiste, że takie działania nie mają nic wspólnego z jednoczeniem prawicy. W PiS można lekceważyć stanowisko Papieża, ale nie można na milimetr wyjść poza partyjny konformizm – nawet jeśli lojalnie popiera się PiS-owskich kandydatów.
Sprawa jest poważna. Myślę, że Jarosław Kaczyński wcale nie ma zapału dla takiej polityki. Ale godzi się na koszty wybranego modelu partii. Musi akceptować politykę dającą pierwszeństwo dyspozycyjności nad przekonaniami oraz mściwości nad solidarnością. Gdyby bowiem zalegalizował w partii osobistą odpowiedzialność, namysł nad polityką, skrupuły moralne – dla Prawa i Sprawiedliwości ważniejsza stałaby się dewiza zawarta w nazwie od dyrektyw i oczekiwań partyjnej centrali. A na tak ekstrawagancki eksperyment zdecydować się najwyraźniej nie chce.
Nie bawcie się w prymusów Europy!
Donald Tusk zapowiada, że Polska jako pierwszy kraj ratyfikuje nowy Traktat UE. By uświadomić sobie nieodpowiedzialność tego stanowiska, nie trzeba spekulować na temat przyszłości, wystarczy doświadczenie ostatnich lat. Kraje, które po referendalnych vetach Francji i Holandii wstrzymały się od ratyfikacji (jak Polska, Czechy, Wielka Brytania) zachowały swobodę dyskusji nad Traktatem. Kraje, które go ratyfikowały – praktycznie z dyskusji się wyłączyły. W interesie Polski (niezależnie od wybranej formy ratyfikacji) nie leży ani zniechęcanie innych państw do przeprowadzania referendów, ani zachęcanie do pospiesznej ratyfikacji. Można zrozumieć polityków, którzy bojąc się izolacji w Europie – zakładają ratyfikację ze względu na stanowisko innych krajów. Stanowisko innych państw zawsze jest okolicznością, którą trzeba brać pod uwagę, nawet jeśli się jej nie ulega. Nie można jednak zrozumieć polityki, poprzez którą rząd Tuska już nie następcom, ale sobie ogranicza swobodę działania w Europie. Skoro premier Tusk podpisał Traktat – powinien zapowiedzieć nie ekspresową ratyfikację, ale otwarcie debaty narodowej nad ratyfikacją. Czas nie goni, a dla Polski czas na orientację w rzeczywistym (tzn. obejmującym nie tylko rządy, ale opinię publiczną) stanowisku innych krajów, jest bezcenny.
Blog and Polityka
12 gru 2007
Polityka jest sztuką możliwości
Zulus zarzucił nieroztropność moim decyzjom politycznym w połowie ubiegłego roku, z czym się nie zgadzam. Ale powołał się na zasadę, z którą się zgadzam. Owszem, polityka polega na osiąganiu celów możliwych do osiągnięcia w danej chwili.
W poprzedniej kadencji prowadziłem wiele ważnych przedsięwzięć: radykalne zmniejszenie podatków dla rodzin, wspieranie rolnictwa (przez ustawę o biopaliwach) i polskiego handlu (przez ustawę o handlu wielkopowierzchniowym), rozwój infrastruktury w moim regionie (przede wszystkim budowy drogi Warszawa-Wrocław przez Piotrków-Bełchatów). Kierowałem dyplomacją parlamentarną – doprowadzając do precedensowego wspólnego posiedzenia Sejmów Polski i Litwy, zrealizowanego już dwa tygodnie po moim odejściu, które skonkludowało dobry rozwój naszych stosunków, a także inicjując dialog historyczny polsko-niemiecki, który już spowodował, że przewodniczący Bundestagu w publicznych wypowiedziach uznał, że przeszłość stosunków polsko-niemieckich to dwukrotne pozbawienie Polski niepodległości (więc nie tylko tragedia ostatniej wojny, za którą Państwo Niemieckie może zrzucić odpowiedzialność na reżim Hitlera).
Jako marszałek Sejmu rozładowałem co najmniej dwa bardzo poważne kryzysy państwowe: w styczniu ’2006, podczas konfliktu między Prezydentem a większością sejmową, oraz w ponad pół roku później, po pierwszym usnięciu z rządu wicepremiera Leppera. Oba miały miejsce w sytuacji, gdy rząd PiS nie miał poparcia w Sejmie.
Ale wróćmy do tego, co możliwe. W ostatniej kadencji można było pokazać niezgodę Polski na fatalizm cywilizacji śmierci. Po części zrealizowaliśmy to w ważnych (i masowo popartych) rezolucjach skierowanych do Parlamentu Europejskiego (jedną z nich zgłosiłem przez Prezydium Sejmu, drugą napisałem dla PiS-u). Ale można było więcej – zgromadzić co najmniej sześćdziesięcioprocentową (bo uważam, że mogła być większa) większość za potwierdzeniem w Konstytucji godności i praw przysługujących każdemu dziecku od momentu poczęcia. To więcej niż udało się gdziekolwiek w Europie. I trzeba to było zrobić, skoro było możliwe w tym czasie. A teraz Koledzy mogą zrobić więcej.
Tyle wspólnych instytucji i kompetencji, ile wspólnych wartości i interesów
Przedstawiliśmy dziś Deklarację Prawicy w sprawie Traktatu Reformującego. W obecnej formie zaakceptować go nie można; w imię prostej zasady umieszczonej w tytule tego wpisu. Traktat ten lekceważy życie chrześcijańskie w Europie, negując nie tylko jego aktualność, ale nawet przeszłość. Nadaje również oficjalny charakter konceptowi „orientacji seksualnych”, jakby nie było natury i norm moralnych, które orientują człowieka w sprawach związanych z miłością, małżeństwem i rodziną. Tworzenie nowych instytucji (jak wspólna polityka europejska) lub nowych kompetencji ma sens tylko wtedy, gdy stanowi konkluzję pogłębienia wspólnoty interesów, gdy unia polityczna wzmacnia, a nie osłabia niepodległość tworzących ją państw. Tymczasem zamiast wspólnoty mamy do czynienia z całkowitą jednostronnością egoizmów narodowych, bo taki charakter mają i gazociąg bałtycki, i blokada rynku pracy, i nierówność dopłat rolniczych, i wsparcie udzielane przez przewodniczącego Parlamentu Strasbourgskiego ruchowi niemieckich przesiedleńców. Wspólna polityka zagraniczna UE ma być wprawdzie uzgadniana jednomyślnie, ale raz przyjęta przez polski rząd nie będzie już podlegała zmianie w drodze wyborów (bo uzgodnienia będą miały charakter wiążący). Traktat przesądza również rezygnację przez Polskę z waluty narodowej, mimo że ta jest ważnym instrumentem wspierania konkurencyjności naszej gospodarki. Przy tym wszystkim zmniejsza nasz głos w instytucjach Unii.
W tej formie i w tym kontekście politycznym nie powinien być ani zaakceptowany, ani ratyfikowany. Trzy lata temu, podczas wyborów europejskich, odrzucały go największe partie polityczne. Postkomunistyczna lewica, która go akceptowała, poniosła wielką porażkę. Ale potem wygrała – bo najpierw PO przeszła na pozycje SLD, a potem PiS na pozycje PO. Politycy zmienili kalkulacje swoich interesów, ale polska racja stanu nie uległa zmianie.
Po Zjeździe PiS
Wynik głosowania na Kongresie Prawa i Sprawiedliwości to sygnał poważnego kryzysu PiS jako partii władzy. Chodzi o pełny wynik, a więc 56 % uprawnionych do głosowania popierających politykę Jarosława Kaczyńskiego (co spowodowała ogromna, jak na warunki PiS-owskie, ponad 30 % absencja delegatów). Ale kryzys można też obrócić na dobre. Jarosław Kaczyński przeżył już dość podobną sytuację szesnaście lat temu, gdy musiał swoje PC (jako prezydencką partię władzy) przekształcić w radykalną partię opozycyjną. Wtedy oznaczało to zasadniczą redukcję pozycji politycznej. Dzisiejszy kryzys to rozdroże, gdzie trzeba wybierać między dalszą drogą nastawionej na propagandę i socjotechnikę partii wyborczej (która będzie bez władzy tracić poparcie) albo zawróceniem ku partii jedności prawicy, która musi lojalnie podejmować wszystkie zobowiązania społeczne, które uprawomocniają jej pozycję.
Były premier na pewno będzie chciał utrzymać w partii niezadowolonych działaczy i będzie tu skłonny zrobić duże koncesje. Nie gwarantuje to jednak rewizji formuły partii, co jest dużo trudniejsze, ani nawet trwałości takiego porozumienia. Z kolei kontestatorzy też będą musieli odpowiedzieć sobie, co jest przedmiotem ich protestu i polityki. Czy tylko niedostateczny wypływ na taktyczne decyzje partii, czy jej charakter, dążenia, które ma podejmować i rola narodowa, którą ma spełniać? Od odpowiedzi na te pytania zależy nie tylko przyszłość PiS, ale również kształt prawicy i charakter życia publicznego w najbliższym czasie.
Kultura and Religia
9 gru 2007
Świece na starych ołtarzach
Miłą polską pamiątką, którą przywiozłem z Rzymu, są wiersze ks. Pawła Wojciecha Maciąga z Kolegium Polskiego. A wśród nich „spełnienie”, bardzo dobre na adwentową niedzielę. Z takim fragmentem:
„odprawiam Mszę świętą
jak dawniej ojcowie soborowi
ubrany w skrzypcowy ornat
zgasły świece na drewnianym ołtarzu
płoną w sercach młodych wiernych szukających Boga
w gestach celebransa”
Nie znam intencji autora ani okoliczności powstania wiersza, ale wielkość sztuki polega na realizmie; odsłaniając nieuchwytną strukturę rzeczywistości, pokazuje więcej niż można pojąć w pierwszym odruchu. Ten wiersz zawiera piękne symbole – jak „drewniany ołtarz”, symbol Nowego Przymierza (przez krzyż i kamienny ołtarz Starego), barokowy („skrzypcowy”) ornat jako symbol żywej Tradycji Kościoła, Msza Ojców Soboru, sprawowana według Mszału Świętych Grzegorza Wielkiego i Piusa V, i Błogosławionego Jana XXIII.
Najładniejsza i najprawdziwsza jest konkluzja – bo wiara młodych, „szukających Boga/ w gestach” liturgii rzeczywiście zapaliła zgaszone świece na drewnianych ołtarzach.
Następna strona »