Wynik głosowania na Kongresie Prawa i Sprawiedliwości to sygnał poważnego kryzysu PiS jako partii władzy. Chodzi o pełny wynik, a więc 56 % uprawnionych do głosowania popierających politykę Jarosława Kaczyńskiego (co spowodowała ogromna, jak na warunki PiS-owskie, ponad 30 % absencja delegatów). Ale kryzys można też obrócić na dobre. Jarosław Kaczyński przeżył już dość podobną sytuację szesnaście lat temu, gdy musiał swoje PC (jako prezydencką partię władzy) przekształcić w radykalną partię opozycyjną. Wtedy oznaczało to zasadniczą redukcję pozycji politycznej. Dzisiejszy kryzys to rozdroże, gdzie trzeba wybierać między dalszą drogą nastawionej na propagandę i socjotechnikę partii wyborczej (która będzie bez władzy tracić poparcie) albo zawróceniem ku partii jedności prawicy, która musi lojalnie podejmować wszystkie zobowiązania społeczne, które uprawomocniają jej pozycję. 

Były premier na pewno będzie chciał utrzymać w partii niezadowolonych działaczy i będzie tu skłonny zrobić duże koncesje. Nie gwarantuje to jednak rewizji formuły partii, co jest dużo trudniejsze, ani nawet trwałości takiego porozumienia. Z kolei kontestatorzy też będą musieli odpowiedzieć sobie, co jest przedmiotem ich protestu i polityki. Czy tylko niedostateczny wypływ na taktyczne decyzje partii, czy jej charakter, dążenia, które ma podejmować i rola narodowa, którą ma spełniać? Od odpowiedzi na te pytania zależy nie tylko przyszłość PiS, ale również kształt prawicy i charakter życia publicznego w najbliższym czasie.