W sobotniej „Rzeczpospolitej” ukazał się ważny wywiad Ludwika Dorna. Znajduje się tam świadectwo, które stanowić może odpowiedź dla ludzi pytających od czasu do czasu, czy nie warto było zostać w PiS i z wewnątrz oddziaływać na politykę i charakter tej partii. „W zaistniałej sytuacji – mówi b. marszałek Sejmu, tłumacząc rezygnację z funkcji partyjnych – jedynym sposobem posiadania wpływu byłoby wejście w mechanizm koteryjno-dworski”.

Dla Ludwika odrzucenie tego to zapewne kwestia realistycznej analizy, co można osiągnąć w takim układzie. Dla mnie to coś więcej. „Wejście w mechanizm koteryjno-dworski” zakłada z góry niekwestionowanie zasadniczej linii partii: ani wtedy, gdy przyjmuje Traktat (de facto) Konstytucyjny, ani gdy praktycznie wycofuje politykę praw rodziny, ani gdy głosi, że partia zabiegająca o masowe poparcie nie może uznawać za zasadę swej polityki Evangelium vitae (zresztą wbrew własnym wcześniejszym deklaracjom).

W polityce samoograniczenie, etapowość, kompromis to rzeczy konieczne. Polityka kończy się jednak tam, gdzie rezygnujemy z definiowania dobra publicznego i działania na jego rzecz. Właśnie przez to, że zasady traktuje się serio – są one realnie obecne w rzeczywistości politycznej. Taki jest sens sołżenicynowskiej zasady „żyć bez kłamstwa”, która w naszym pokoleniu potwierdziła również swoją polityczną mądrość. Ruch chrześcijańsko-konserwatywny, serio traktując społeczne konsekwencje Dekalogu i prawa rodziny, nie może być po prostu „wrażliwością” i „tendencją” w partii, dla której decydująca jest wyborcza strategia władzy. Tym bardziej, że dawaliśmy dowody solidarności, otwartości i cierpliwości tak długo, jak długo była nadzieja, że PiS będzie patriotyczną partią ludową, poważnie traktującą wszystkie społeczne zobowiązania prawicy.