W PO trwają spory na temat finansowania zapłodnienia in vitro, natomiast SLD atakuje naszych Biskupów za list w tej sprawie. Co ciekawe – przedmiotem ataku jest najbardziej oczywiste stwierdzenie listu, że niedopuszczalne jest seryjne (a choćby i sporadyczne), premedytowane niszczenie życia dziecka u jego początków. W istocie to samo powiedział niespełna dwa lata temu cały Sejm, przyjmując ogromną, ponad osiemdziesięcioprocentową większością, rezolucję przeciw finansowaniu tego typu praktyk przez Unię Europejską. Sejm RP 21 lipca ub.r., powołując się m.in. na Konstytucję Rzeczypospolitej, stwierdził że  „finansowanie przez Unię Europejską badań nad embrionami i zarodkowymi komórkami macierzystymi dotyka nienaruszalności życia ludzkiego”, zaś „instrumentalne wykorzystywanie ciała ludzkiego i niszczenie życia poczętego jest drastycznym naruszeniem praw człowieka. Nie można go usprawiedliwić żadnymi okolicznościami i należy tych praktyk zaniechać, niezależnie od intencji, dla których są podejmowane”. O co więc tyle hałasu? I skąd te dylematy Platformy, skoro (łatwo to zweryfikować) za takim stanowiskiem głosowała półtora roku temu ogromna większość jej posłów, z minister Kopacz na czele? Niestety, dzisiejsza władza, w licznych wypowiedziach swoich przedstawicieli, daje odpowiedź prostą: praktykuje się to wszędzie. Tak więc deklaracje sobie, a praktyka sobie. 

Jeden z przyjaciół-b.korporantów prosił mnie, by na określenie tego rodzaju postaw nie używać określenia filisterstwo, które sto lat temu nie było tak dwuznaczne, ale dziś może wywoływać niezamierzone, a krzywdzące skojarzenia. Sugerował, że lepsza byłaby neodulszczyzna, albo nawet – proponowana przez „Wprost” – tuszczyzna. Radę wezmę pod uwagę, a ruchowi korporacyjnemu przekazuję serdeczne wyrazy przyjaźni i szacunku.