W Summorum pontificum Ojciec Święty pisze wyraźnie, że Mszał Bł. Jana XXIII nigdy nie został odwołany (por. art. 1). Czy to jasne stwierdzenie, nawiązujące do wezwania Jana Pawła II, aby zagwarantować szacunek dla słusznych życzeń wiernych tradycji łacińskiej (por. Ecclesia Dei 5c), nie zobowiązuje po prostu do zadośćuczynienia za lata krzywd wyrządzanych przede wszystkim całości liturgii Kościoła?
Rzecz się wydaje oczywista w czasach, gdy tak wielką wagę przywiązujemy do oczyszczania pamięci Kościoła, by nie obciążały jej błędy popełnione przez jego sługi i dzieci. Jednak po lekturze artykułu Ewy Czaczkowskiej w wigilijnej „Rzeczpospolitej” wielkiej nadziei na szybkie postępy takiej refleksji po ogłoszeniu papieskiego motu proprio nie nabrałem. Bo zadośćuczynienie można rozumieć dwojako – jako zadośćuczynienie sprawiedliwości (która gwarantuje prawa nawet tego, dla którego sprawiedliwości nikt się nie domaga); ale również jako zadośćuczynienie oczekiwaniom i roszczeniom świata, z którym lepiej się jakoś ułożyć.
Jak pisał Liebert: „Uczyniwszy na wieki wybór,/ w każdej chwili wybierać muszę”.
Chociaż nie jestem szczególnie zainteresowany liturią przedsoborową, to jednak w pełni popieram wszelkie inicjatywy służące zachowaniu pięknej tradycji i przeżywania jej jako wciąż żywą i aktualną. Myślę jednak, że kwestii formy liturgii nie można absolutyzować i domagać się zadośćuczynienia. Formy się zmieniają, istota pozostaje ta sama, dlatego miłość do Boga – z natury dążąca do zawiązania wspólnoty z innymi – powinna poszukiwać zewnętrznej formy, która byłąby zrozumiała dla wielu i jednocześnie niepozbawiona mistycznego wymiaru. Dla mnie cel taki jest osiągalny przez współczesną liturgię, jeśli tylko jest dobrze przygotwana.
Opcjonalność liturgiczna ze wszech miar jest jednak słuszna z jednym tylko zastrzeżeniem: żeby była ona zrozumiała i nie stała się mistycznym teatrem. Warunek ten spełniaja osoby nieliczne. Tym nielicznym z pewnością warto taką liturgię umożliwić, ale czy ci nieliczni nie chcą spotykać się z liczniejszymi?
Niepokoi mnie taki sposób mowienia zwoleników liturgii tradycyjnej, który zdaje się deprecjonować liturię współczesną. Czyżby ona była gorsza, a ludzie dzięki niej prawdziwie przeżywający miłość do Boga mniej duchowo arystokratyczni?
Z wyrazami szacunku.
Laudetur Iesus Christus!
Słowa Księdza bardzo ładnie brzmią. Proszę jednak zwrócić uwagę na to, że to nie tradycyjni katolicy:
- brukowali parkingi przykościelne słołami do NOM;
- wzywali policjantów, gdy jakiś ksiądz chciał odprawić NON;
- zmuszają do odprawiania NOM’ów po jakichś budach (no może poza pewnymi wycinkami Ameryki Łacińskiej, zwłaszcza Meksyku, gdzie tradycjonaliści nie dali się usunąć z kościołów, więc moderniści musieli postarać się o własne miejsca kultu).
Proszę zwrócić uwagę na to, że (nawet) w psychologii odreagowanie (byle z umiarem) jest traktowane jako zachowanie normalne, a nawet pożądane. Zatem pragnienia sprawidliwości, a nawet potępienia winnych, nie można piętnować.
Ludzie zęsto opowiadają się za NOM ze strachu przed łaciną. Często sami znają jeden język obcy, dzieciaki posyłają na lektoraty, a jednocześnie udają kretynów, co się kilku stron z mszalika po łacinie nie potrafią nauczyć. Ten strach przed łaciną został w ludzkie psychiki wtłoczony, jakże często przez niedouzonych księży, którzy boją się wyjścia na jak ich nieuctwa, gdyby liturgia po łacinie (niezależnie od rytu) była obowiązkowa. Jakże wiele potrafią oni zrobić do zatuszowania swego nieuctwa!
Ludzi trzeba uczyć, a nie z nimi skakać, łazić po górach i dolinach. Księża mogą wiele. Jednak w czasie posuchy – także intelektualnej – robienie różnych rzeczy w miejsce podstawowych to (delikatnie rzecz ujmując) nieporozumienie. Ludziom się może wyawać, że tańcząc na oazie się rozwijają modlitewnie. W porządniej szkole tańca lepiej by się tańca nauczyli w krótszym czasie, a w kościele lepiej by się pomodlili.
Gdyby księża byli posłuszni Kociołowi Świętemu i Papieżowi, to by ludzi przyuczyli do korzystania (pełnego, duchowego) z liturgii niewątpliwie katolickiej. Jeśli tego nie czynią, to niech nie mają pretensji, że się im przypisuje szerzenie rytu liturgicznego, który swe umocowanie może czerpać jedynie z prawa ludzkiego stanowionego – w dodatku dość marnej rangi.
Czasami zachadzam na NOM, by w jego czasie – ale pomimo tego bardzo mi obcego “interfejsu” – korzystać z Mszy Świętej. Powiem więcej: Nawet modlę się o to, by Pan Bóg uwolnił świat, a zwłaszcza Kościół Święty, od Novus Ordo Missae.
Czynię to także dlatego, że niektórzy (kon)celebransi zachowują się tak, jakby chcieli dać do zrozumienia: “Niby odrawiamy Mszę”.
Z Panem Bogiem,
Japolan
Bardzie ciekawi mnie czy w Islamie nie jest być może forsowany jeden język liturgii dla wszystkich.
Zadam na tym forum takie pytanie: Czy chcemy upodobnić Chrześcijaństwo do Islamu? Czy celem Jezusa było stworzenie megapaństwa?
Myślę że warto zastanowić się dlaczego Jan Paweł II ogłosił świętych Cyryla i Metodego patroni całej Europy. Oto fragment z życiorysu Św. Metodego:
“Z powodu wprowadzenia obrządku słowiańskiego, mimo aprobaty Rzymu, był atakowany przez arcybiskupa Salzburga, który podczas synodu w Ratyzbonie uwięził go w jednym z bawarskich klasztorów. Spędził tam dwa lata (870-872). Interwencja papieża Jana VII przyniosła św. Metodemu utraconą wolność.”
Po więcej informacji o życiu tych dwóch świętych odsyłam forumowiczów podając link:
http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/02-14a.php3
Szanowny Panie Emigrancie,
W pierwszym rzędzie idzie o jakość liturgii, o jej niewątpliwą katolickość. Język stoi na dalszym miejscu. Wszakże łacina ma tę właściwość, że może być łącznikiem dla ludzi, którzy w życiu świeckim posługują się różnymi językami. W dodatku łacina jest językiem bardzo precyzyjnym, co jest ważne głównie z perspektywy (przekazywania) Prawd Wiary, ale ma także znaczenie dla człowieka, gdyż wymaga od niego wzniesienia się na określony poziom intelektualny.
Łacina jest językiem właściwym dla więcej niż jednego niewątpliwie katolickiego rytu liturgicznego i już to samo daje jej szczególne miejsce w liturgii Kościoła Świętego. Wszakże mając do wyboru wysłuchanie jakiejść katolickiej liturgii po arabsku (arabskiego nie zman zupełnie) albo obecność na NOM po łacinie, wybrałbym liturgię po arabsku. Liczy się bowiem jakość. Oszustwo dokonane po łacinie nie przestaje być oszustwem.
Dla Ziem Czeskich został ustanowiony specjalny indult, na podstawie którego tam księża mogli (a może nawet powinni) sprawować Mszę Świętą rytu trydenckiego w języku starocerkiewnosłowiańskim, w określone święta (uroczystości) kościelne. Słyszałem, że jest to praktykowane przez FSSPX w Republice Czeskiej. Chyba na forum “Fidelitas” wyzytałem kiedyś, iż w okresie Pierwszej Republiki Czechosłowackiej pewien ksiądz z Pragi miał osobisty indult na codzienne sprawowanie “Tridentiny” w języku starocerkiewnosłowiańskim. Zatem język starocerkiewny i ryt trydencki ze sobą nie kłócą się.
Proszę zwrócić uwagę na to, że stosowanie w liturgii języka odmiennego od codziennego wytwarzało swoiste “napięcie”. Być może dzięki temu “napięciu” powstało mnóstwo pieni i modlitw w językach narodowych, a także w gwarach (narzeczach). Nie chodzi tu tylko o Polskę. Podczas przeglądania starych czeskich modlitewników (w tym jednego z okresu panowania cesarza Franciszka Józefa), zaskoczony byłem ogromną ilością czeskich pieśni, w tym dostosowanych do “rytmu” liturgii rzymskiej. A teraz co mamy? Kilka pieśni, spośród których większość ludzi zna jedną, dwie zwrotki.
Konkluzja:
Porównanie z arabskimi muzułmanami Panu nie wyszło.
Z poważaniem,
Japolan
W sprawach liturgii nie jestem co prawda nazbyt biegły, jednak chciałbym dodać tylko jeden grosz. Ponieważ w moim rozumieniu, liturgia jest wyrazem uwielbienia i więzi z Bogiem ze strony ludu (wszystkich wierzących, że Jezus umarł, zmartwychwstał i powróci), to w liturgii łacińskiej pociąga mnie jeden fakt – kapłan stoi wraz z wiernym ludem skierowany do Boga żywego. Kościół, tak jak go rozumiem, nie jest patrzeniem sobie w oczy, ale podążaniem z ufnością za Pasterzem. W takim ustawieniu kapłana i ludu czuję jakbym był w drodze do Niego, mojego Przeznaczenia. W takiej sytuacji bardziej czułbym wspólnotę z Kościołem hierarchicznym i z Tymi, którzy są wówczas między nami, a których nie widzimy (całym dworem niebieskim). Zapewne zbyt płytko myślę o liturgii, takie są jednak moje odczucia.
Św. Ojciec Pio do końca życia odprawiał mszę w rycie tradycyjnym, nowego rytu nie uznał, uważał to za niepotrzebne nowinkarstwo.
Mam wrażenie, że Kościół lekceważy wolę Ojca Św. w sprawie zrównania praw mszy łacińskiej z mszą w językach narodowych, stosując niepotrzebne utrudnienia – wiele opinii w tej kwestii można znaleźć na http://www.konserwatyzm.pl .
Osobiście uważam, że zrównanie w prawach mszy tradycyjnej z mszą w rycie obecnym powinno być jedynie krokiem przejściowym. Pewnie dziś niewielu księży jest przygotowanych do odprawiania mszy w liturgii przedsoborowej, ale gdyby Ojciec Św. zadecydował, że np. za 3 lata będzie można odprawiać wyłącznie mszę tradycyjną, to mieliby odpowiedni, b. długi czas na przygotowanie się.
z blogu Arkadiusza Robaczewskiego
Postępowcy———————————-
To było lat temu jedenaście, może dwanaście. Na pewien uniwersytet w Polsce miał przybyć pobożny kapłan. Studenci postawnowili wykorzystać jego wiedzę, zaangażowanie, także osobiste doświadczenie. W tym celu, w ramach działania jednego z naukowych kół studenckich, zorganizowali prelekcję: “Katolickość Mszy św. św. Piusa V”
Temat zupełnie poznawczy, akademicki, bez żadnej indoktrynacji.
Jednakże jakiż rejwach się wszczął!Prorektorowi groził nuncjusz apostolski, prorektor o mało nie wyrzucił studenckich organizatorów. Wyjaśnień, tłumaczeń, było co niemiara.
Dzięki uporowi studentów, ich odwadze, wykład się odbył. Poza licznymi słuchaczami, studentami, przybyli też specjaliści od liturgii, profesorowie ze swoimi asystentami. Atakowali takie między innymi tezy prelegenta:
1.Że liturgia ma swój organiczny i nadprzyrodzony rozwój, i że posoborowe praktyki zakłóciły ową organiczność i nadprzyrodzoność.
2. Że liturgia, wyrażona w Mszy św. Piusa V (trydencka) w sposób doskonały wyrażała doktryę Kościoła i była środkiem uświęcenia dla wielu wiernych, róznych stanów, na przestrzeni wieków.
Minęło lat kilkanaście. W języku polskim ukazała się książka ówczesnego prefekta Kongregacji Doktryny Wiary, Józefa kard. Ratzingera “Duch liturgii”
Na ten sam uniwersytet przyjechał polski wydawa tej książki, zarazem znawca zagadnień liturgicznych, Paweł Milcarek.
Przybyli personalnie ci sami specjaliści od liturgii. Profesorowie, i, już wyzwoleni, ich asystenci.Chwalili i podnosili znaczenie następujących tez omawianej książki:
1.Że liturgia ma swój organiczny, nadprzyrodzony, rozwój i że posoborowe praktyki zakłóciły ową organiczność i nadprzyrodzoność.
2. Że liturgia, wyrażona w Mszy św. Piusa V (trydencka) w sposób doskonały wyrażała doktryę Kościoła i była środkiem uświęcenia dla wielu wiernych, róznych stanów, na przestrzeni wieków.
Pan Bóg istnieje ponad wszelką wątpliwość.
Non ergo amplius invicem iudicemus, sed hoc iudicate magis, ne ponatis offendiculum fratri vel scandalum. (list Św. Pawła do Rzymian 14:13)
Szanowny Panie Japolan – NOM jest dla Pana skandalem. Czy nigdy nie czytał pan opisu Paschy spożytej przez Jezusa z Apostołami?
Ja czytałem i się nie zgorszyłem. Czy sądzi Pan że z moim sumieniem coś nie tak?
Emigrant. Chodzi o to, kto jest w centrum. Obecnie człowiek,a nie Bóg.
Człowiek pozostaje w centrum liturgii gdyż po pierwsze kapłan odprawia Msze “in persona Christi” a po drugie – moim zdaniem – w czasie Mszy Św. Jezus niejako przyciąga ludzkosć do Siebie, podobnie jak to uczynił w czasie swej Męki.
Celebrans odwrócony do wiernych “przyciąga” ich mocą tajemnic męki i smierci Odkupiciela, ponieważ w Bogu “żyjemy, poruszamy się i jestesmy”.