styczeń 2008
Miesiąc
Bez kategorii
31 stycznia 2008
Dezintegracja europejska dotarła do Lublina
Mała ilustracja, jak to działa.
Na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim wymaga się od uczonych akceptacji dla nowego Regulaminu, wykluczającego jakąkolwiek dyskryminację pracowników ze względu na „orientację seksualną”. Nowy KUL-owski przepis jest prostą kalką art. 183a Kodeksu Pracy, przyjętego w Sejmie pod presją Unii Europejskiej 14 października RP 2003, głosami SLD (przy jednym przeciw), PSL (przy dwóch przeciw) i Samoobrony (przy trzech przeciw) przy solidarnie jednogłośnym sprzeciwie PO, PiS i LPR; a więc już wtedy wbrew polskiej opinii publicznej. Warto przypomnieć, że przeforsowanie tego przepisu stanowiło pogwałcenie zastrzeżenia przedakcesyjnego, zgłoszonego przez Sejm RP ledwie pół roku wcześniej, który „w obliczu zbliżającego się referendum w sprawie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej” oświadczał, że „polskie prawodawstwo w zakresie moralnego ładu życia społecznego, godności rodziny, małżeństwa i wychowania oraz ochrony życia nie podlega żadnym ograniczeniom w drodze regulacji międzynarodowych”.
Pojęcie „orientacji seksualnej” jest całkowicie sprzeczne z porządkiem naturalnym, bronionym przez naukę Kościoła. Katechizm Jana Pawła II w artykułach 2357-59 uczy, że „skłonności homoseksualne” stanowią „trudne doświadczenie”, jednocześnie uznając czynny homoseksualizm za „poważne zepsucie”. Kościół uczy, że taka skłonność zobowiązuje do czystości, a nie uprawnia do wyboru „orientacji”. Choć nawet sama skłonność jest problemem bardzo poważnym, skoro Rzym orzekł, że stanowi obiektywną przeszkodę na drodze do kapłaństwa. Jak teraz o tym będą uczyć na KUL-u?
Lizbona albo śmierć?
Pan Piotr Beniuszys pisze, że „przygniatająca większość Polaków popiera integrację europejską, popiera przyjęcie traktatu. Na co czekać?” Choćby na chwilę namysłu, do którego zachęcam przede wszystkim autora powyższej opinii. Można popierać traktat lizboński, ale nie można stawiać znaku równości między integracją europejską a jego przyjęciem. Po pierwsze dlatego, że traktat ten nie jest jeszcze prawem Unii, ale tylko uzgodnieniem jej rządów. Po drugie – bo budzi krytyczne opinie. Wykluczenie z debaty europejskiej krytyki tego traktatu jest zaprzeczeniem solidarności europejskiej. To właśnie takie nastawienie wywołuje uzasadnione opory wobec zwiększania kompetencji Unii. Gotowość dyskusji (i uzgodnień!) na temat zakresu integracji i charakteru Unii stanowi warunek autentycznej solidarności europejskiej.
I rzecz druga. Sugerowanie, że nieprzyjęcie traktatu oznacza wystąpienie (albo może usunięcie) z Unii Europejskiej, to całkowite wprowadzanie w błąd opinii publicznej. A biorąc pod uwagę, że Polacy – w rzeczy samej – popierają udział Polski w Unii, sugerowanie, że bez traktatu nie ma integracji, jest po prostu odwoływaniem się do irracjonalnego strachu.
Co zyskujemy na odłożeniu ratyfikacji?
Przede wszystkim – w wypadku odrzucenia go w którymkolwiek kraju – szansę na ponowne podniesienie naszych polskich postulatów, tak fatalnie porzuconych w okresie niemieckiej prezydencji w Unii. To szansa nie dla opozycji pozaparlamentarnej, ale dla obozów Prezydenta i Premiera. Warto skorzystać. Warto dla Polski.
Jeżeli traktat pochopnie ratyfikujemy – to inni, niezadowoleni (więc ci, którzy odrzucą) i ci, którzy zachowali rezerwę (ratyfikacyjną) – zachowają prawo zmian (czy odrębności) w przyszłych regulacjach europejskich. Absurdem jest włączanie się w presję na innych, by ten zły dokument ratyfikowali. Bo rozumiem, że można ten traktat uważać za nieuchronny, ale nie można go uznać za dobry. W końcu zastrzeżenia do jego przepisów zgłaszali nie tylko Kaczyński, Rokita i Tusk, ale nawet Belka i Miller. Co się zmieniło, prócz kalkulacji polityków? Ratyfikując go pospiesznie, zamykamy stanowisko polskie, jak kraje, które ratyfikowały wcześniej traktat konstytucyjny.
Piszę to dla porządku, korzystając z okazji, że i tak dziś nie zamieszczę dłuższego wpisu. Wróciłem z Torunia, a niedługo wyjeżdżam do Łodzi, na spotkanie z naszym środowiskiem Prawicy.
Zatrzymać zabójcze tempo ratyfikacji!
Kiedy rząd (jak zapowiada – w lutym) złoży w Sejmie Traktat Reformujący UE – sprawa znajdzie się… w rękach PiS. 154 głosy wystarczają do zablokowania ratyfikacji, a to daje PiS również instrument do współdecydowania o jej przebiegu. Rząd Jarosława Kaczyńskiego podpisał traktat, który wcześniej oceniał bardzo źle. Podpisał z pominięciem chrześcijaństwa we wstępie, praw rodziny w art. 1a, za to z konceptem „orientacji seksualnych” w art.art. 10 i 19. Przyjmując traktat poprzedni premier powoływał się na stanowisko innych państw. Teraz powinien żądać zatrzymania ratyfikacji. Wystarczy, że zapowie, że nie poprze ratyfikacji tak długo, jak długo nie pozna ostatecznego stanowiska decydujących krajów. A odrzucenie traktatu, np. w Wielkiej Brytanii, Czechach czy Irlandii, to (właśnie dla tych, którzy uznają go za nieuchronny!), okazja do podniesienia na nowo polskich postulatów. Pod warunkiem, że nie pospieszymy się z ratyfikacją, bo to oznaczać będzie zamknięcie stanowiska polskiego.
Polska jest w Unii Europejskiej, więc nie możemy zachowywać się jak kraj dopiero aspirujący, który musi z dobrodziejstwem inwentarza przyjmować cudze uzgodnienia. Dziś mamy wręcz obowiązek współtworzyć kształt integracji europejskiej, z myślą o Polsce i Europie, a nie dla wzmocnienia pozycji aspirantów do udziału w unijnym establishmencie.
Religia and Repliki
26 stycznia 2008
Śladami Wielkiego Inkwizytora
Mam znowu recenzję Cezarego Michalskiego. Tym razem przypisuje mi w „Europie” gospodarczy neoliberalizm i skrajny indywidualizm społeczny, w którym największym dobrem jest własna rodzina. Dużo zrozumiał. Więcej o tym pisać nie warto, bo czytelnicy tego bloga moje poglądy znają.
Poważniejszy problem to eklezjologia ze szkoły Wielkiego Inkwizytora, którą Michalski kontynuuje w „Dzienniku”. Tym razem okazją jest sprawa profesora Węcławskiego. Michalski tłumaczy mu, że wychodząc z Kościoła, „ma już słabszą pozycję”. A Kościołowi, że musi pogodzić się z tym, że dla ludzi „intelektualnie żywych, refleksyjnych, próbujących powiązać rozum i wiarę naprawdę, a nie tylko w pustych deklaracjach, Kościół jest od początku jedynie przybliżeniem prawdy o Bogu. Jednym z przybliżeń.” Tacy ludzie mogą być przydatni dla „realnej dominacji prawicy i Kościoła” (co stanowi centralną kategorię tej eklezjologii), ale ma to swoją cenę. Jeśli bowiem „postanawiają być w Kościele – kontynuuje Cezary Michalski – to właśnie w imię kompromisu i odpowiedzialności”. Czasem więc warto tolerować nawet ich niewiarę.
Boli mnie to, co zrobił profesor Węcławski; ale do czegokolwiek doszedł, to na pewno nie do Michalskiego dialektyki „pozycji i siły”. Na tej drodze Kościół czekałby jeszcze większy dramat, niż to, co się stało w Poznaniu.
Cena służby
Katastrofa mirosławiecka przypomniała raz jeszcze, że Wojsko jest zawsze służbą. A służba w najbardziej niespodziewanym momencie może zażądać ofiary. Za to cenimy – również w czas pokoju – żołnierzy. To, co dla nas jest potwierdzeniem bolesnej, ale ogólnej prawdy, dla ich rodzin stało się końcem pewnego konkretnego świata. Świata, w którym byli razem z nimi. Trzeba się modlić o wsparcie dla rodzin i bliskich oficerów, by u końca swego domowego świata zobaczyli Boga i nowe życie. A oficerom, którzy już nie wylądują – niech Bóg otworzy bramy Nieba.
Międzynarodowe
24 stycznia 2008
Postęp w ojczyźnie praw człowieka
W Paryżu władze regionalne prowadzą otwartą kampanię promującą „prawo do aborcji”. Trudno o bardziej drastyczny przykład łamania praw człowieka. I należy to nazwać po imieniu, w języku zrozumiałym dla opinii międzynarodowej. W tej sprawie reakcja publiczna jest absolutnie konieczna. Mamy do tego równie dobre prawo, jak Parlament Europejski do wystawiania nam cenzur z tolerancji. Ale przede wszystkim mamy moralny obowiązek. W końcu chyba – ciekawe, co o tym myślą Donald Tusk i Jarosław Kaczyński – do Unii Europejskiej nie poszliśmy na szaber.
A tych, których nie przekonuje solidarność europejska, zachęcam do chwili refleksji na temat narodowego pragmatyzmu. Dopóty będziemy w imię praw człowieka przez obce rządy i parlamenty instruowani o politycznej poprawności, dopóki sami nie zaczniemy nazywać barbarzyństwa tak, jak na to zasługuje. I póki nie przeciwstawimy mu autentycznego uniwersalizmu.
Polityka
21 stycznia 2008
Z politycznego lamusa bezsensów
Zwołanie przez Prezydenta Rady Gabinetowej uznałem za wiadomość bardzo pomyślną. Nie dlatego, bym spodziewał się łatwego rozwiązania impasu w służbie zdrowia, ale przede wszystkim by prezydent (popierany przez PiS) i rząd PO-PSL wspólnie powiedzieli opinii publicznej, co można, a czego nie można zmienić. By rząd i opozycja nie stawiały sobie żądań niewykonalnych; bo jeśli Polacy mają poprzeć zmiany – muszą wiedzieć, jaka jest ich możliwa skala. Ale najoczywistszy powód mego zadowolenia był prosty: Prezydent zwołując Radę wykonywał swą zwierzchnią funkcję, arbitrażową i koordynującą jednocześnie, gwaranta suwerennej władzy Państwa. Zwołał Radę w sytuacji, gdy nasze życie polityczne po prostu się rozjeżdża.
Reakcje partii rządzącej są przygnębiające. Począwszy od komentarzy minister Kopacz, że podczas Rady Prezydent zabrał dużo czasu, ale w końcu ma do tego prawo (cytuję z pamięci wypowiedź telewizyjną). Przez propozycję transmisji posiedzenia – czym PO przypomniała swój koncept jawnej dyplomacji, wydawało się, że odłożony do lamusa bezsensów, ale zręcznie – po cichym (tak, tak) ustaleniu kształtu gabinetu z PSL – wyciągnięty z powrotem. Aż po wmawianie opinii, że Prezydent, broniąc swej pozycji w Radzie Gabinetowej (będącej instytucją określoną przez Konstytucję), zachował się małostkowo. Prezydent zachowałby się małostkowo, gdyby – dla taniej popularności – nie bronił swoich kompetencji i obowiązków. Bronił Konstytucji, a więc praw nas wszystkich.
Przy okazji mam radę dla premiera Tuska. Niech rzecznik rządu upoważni dziennikarzy do wchodzenia z kamerami i mikrofonami za każdym razem, kiedy premier rozmawia z Grzegorzem Schetyną. W końcu spotkania premiera z wicepremierem, szefa z sekretarzem generalnym partii to nie prywatne pogaduszki. Opinia ma prawo!
Zadośćuczynienie miłości
Przez przykre wydarzenia ubiegłego tygodnia zrezygnowałem z niedzielnego wpisu. Natomiast w ostatnią niedzielę ubiegłego roku pisałem o Summorum pontificum, po czym ks. Jakub Przybylski (którego przyjaźń i opinie bardzo sobie cenię) komentując moje stanowisko napisał, że „nie można domagać się zadośćuczynienia” za lata kwestionowania ważności Mszału Bł. Jana XXIII. Jednak zadośćuczynienie, o którym piszę, nie ma nic wspólnego z tryumfalistycznym egzekwowaniem racji. Chodzi po prostu o chrześcijańskie wynagrodzenie miłością dobrom i ludziom, którzy odczuwali jej brak: zainteresowanie tam, gdzie wcześniej było lekceważenie, wielkoduszność (o którą w Ecclesia Dei apelował Jan Paweł II) tam, gdzie były ograniczenia, życzliwość tam, gdzie panowała krzywdząca nieufność, zauważanie potrzeb, nawet jeśli nie są wyrażane, skoro przez lata zniechęcano do ich wyrażania. To najlepsza droga do wzbogacenia życia Kościoła, o którym przy okazji ostatniego motu proprio pisał do całego Episkopatu katolickiego Benedykt XVI.
Historia
19 stycznia 2008
Na najdalszych kresach Chrześcijaństwa
Dzisiejsza „Rzeczpospolita” publikuje reportaż Dariusza Rosiaka z Etiopii. Warto przeczytać choćby dla poczucia duchowego klimatu jednego z najbardziej egzotycznych krajów Christianitatis. Ale tekst ma również pewien aspekt polityczno-historyczny. Dariusz Rosiak zapytał jednego ze swych rozmówców o ocenę monarchii i szczególnie ostatniego cesarza. „Hajle Selasje był największym reformatorem w historii tego kraju. (…) To on po wojnie, umiejętnie manewrując między Francją, Włochami i Wielką Brytanią, zachował niepodległość Etiopii. My mamy dwa punkty odniesienia: ortodoksyjny Kościół i cesarza. One zresztą stanowią jedno.”
Pamiętam, jak przeszło ćwierć wieku temu działaliśmy w opozycji, a wśród części kolegów (z reguły ze środowisk lewicowo-liberalnych) furorę robił „Cesarz”, książka zniesławiająca jedną z najstarszych chrześcijańskich monarchii na świecie i jej bohaterskiego władcę, ofiarę komunistycznej rewolucji. „Za czasów komunizmu – opowiada spotkany przez Rosiaka Yasser – nie wolno było nawet wymawiać jego imienia. Mengistu podobno osobiście go zamordował [i] kazał pochować cesarza pod pałacową toaletą.” A „Cesarz” naśmiewał się z ceremoniału dworskiego i rodziny panującej. Takie to, o dziwo – uchodzące za antykomunistyczne – mądrości karmiły świadomość historyczną sporej części aktywnej inteligencji naszego pokolenia. Rosiak zapytał swego amharskiego rozmówcę o książkę Kapuścińskiego. „Jej tutaj nikt poza wąskim gronem ludzi wykształconych i historyków nie zna – mówi Yasser. – I może tak jest lepiej.”
Ale u nas nie całkiem jest lepiej. Porzucone skrawki prawdy i sprawiedliwości giną zapomniane, podczas gdy świadomość społeczną niosą dalej mody i newsy.
Bez kategorii
19 stycznia 2008
Zwierzoczłekoupiór (i jego rodzice u władzy)
W Wielkiej Brytanii podjęto kolejną decyzję o sztucznym poczęciu życia hybryd ludzko-zwierzęcych. Po co?
- Jak to po co? Dla dobra człowieka. Zawsze byli tacy, którzy nie rozumieją, że na tym polega postęp, począwszy od niejakiego Sokratesa z Aten. I zawsze powoływali się na jakiś humanizm, rzekomo pochodzący od bogów, których nikt nie widział.
Z pewnością potrzebujemy dziś nowych swobód, bo świat zaszedł daleko od XVIII wieku. I takiej demokracji, która pozwoli nam zachować kontrolę nad naszym życiem. A najpierw potrzebujemy wolności od eksperymentów na ludziach i władzy szaleńców, którzy na to zezwalają.
Dobro Kościoła wg „Dziennika”
We wczorajszym „Dzienniku” mój stały recenzent Cezary Michalski umieścił mnie na czele osób, które najbardziej zagroziły „realnej dominacji prawicy i Kościoła”. Jeśli Michalski tak rozumie misję ewangelizacyjną Kościoła (a przy okazji duchowe powinności polityki), to mogę mu poradzić tylko jedno – relekturę „Legendy o Wielkim Inkwizytorze”. Ale jeszcze bardziej tym wszystkim, którzy rady Michalskiego biorą sobie do serca.
Po przerwie
Przepraszam czytelników mojego dziennika za zaległości we wpisach. Miałem kilka wyjazdów, a to zawsze utrudnia pisanie e-notatek. W Siedlcach i w Lublinie występowałem na spotkaniach publicznych Prawicy Rzeczypospolitej. Łącznie wzięło w nich udział około dwustu osób, w zdecydowanej większości popierających nasze poglądy. Lubelskie spotkanie organizował b. poseł Andrzej Mańka, który ze swoim środowiskiem przystępuje do naszej partii.
Zaobserwowałem za to zabawną rzecz u naszych krytyków. Mówiąc do nas twierdzą, że politycznie „w ogóle nas nie ma”. Ale mówiąc czy pisząc o nas – straszą ruchem chrześcijańsko-konserwatywnym jakby był szwagrem Smoka Wawelskiego, drzemiącym na dnie Wisły. Tak więc dwa wyjaśnienia: jesteśmy, ale to nie powód do strachu.
Dialogi styczniowe
Profesor Rafał Broda wraca do swej tezy, że dzisiejsza ofensywa antykatolicka to skutek zaangażowania katolickiego na rzecz cywilizacji życia. Tezę uważam za dziwaczną. Nawet badania CBOS pokazują, że podjęcie prac konstytucyjnych wzmocniło poparcie Polaków dla prawa do życia, zaś przeciwników wzmocniło storpedowanie tych prac. Żaden consensus nie może działać, jeśli autorytety powołane do jego umacniania nie chcą tego robić.
Pan Szymon Męcnarowski prosi o dodatkowe uzasadnienia w sprawie śląskiej. Sprawa ma podwójny aspekt: merytoryczny i formalny. Drugi jest ważny, choć mniej – chodzi o podjęcie zasadniczych decyzji politycznych, angażujących politykę Prawicy, bez uzgodnienia z władzami partii. Pierwszy, merytoryczny, wzgląd jest dużo istotniejszy. Współpraca, nawet w ramach szerszej koalicji, z LiD jest całkowicie sprzeczna z naszą polityką. Nie mógłbym na to wyrazić zgody. Pewnie dlatego organizacja śląska podjęła swoje działania bez żadnych konsultacji. Odpowiedź dla elk’a: decyzje w tej sprawie podjął Komitet Organizacyjny Prawicy Rzeczypospolitej, który do czasu Zjazdu wykonuje funkcje władz statutowych. Była to decyzja jednomyślna. Myślę również, że dla kolegów równie przykra jak dla mnie.
Pan Piotr Beniuszys sugeruje, że jestem zwolennikiem narzucania innym ludziom przekonań religijnych za pomocą państwowej legislacji. Skąd mu to przyszło do głowy? Chyba z tego, że bardziej interesuje się własnymi supozycjami niż cudzymi poglądami. Pan Beniuszys twierdzi na przykład, że Sobór Watykański II nauczał „zasady rozdziału państwa od kościołów”, podczas gdy w rzeczywistości Sobór (w tej materii) uczył o wolności religijnej.
Polityka
13 stycznia 2008
Amicus Petrus, sed…
Działacze Prawicy na Górnym Śląsku – wbrew wyraźnym zaleceniom i bez żadnego porozumienia z władzami partii – zawarli koalicję z PO-PSL-LiD. Piotra Spyrę upoważniłem do rozmów o nowej większości bez komunistów – koledzy po cichu zrobili dokładnie odwrotnie. Dla mnie jest to wyjątkowo przykre, bo Piotra znałem od zawsze jako człowieka dobrych intencji. Może i teraz intencje miał dobre, może winę w znacznym stopniu ponoszą ci, którzy go do tej koalicji zachęcili. Ale przekroczyli najoczywistszą zasadę naszej polityki. Niezależnie od dalszych kroków musiałem (wspólnie z władzami Prawicy) podjąć decyzje najprostsze: wykluczenie Piotra Spyry z partii, likwidację naszego Klubu w Sejmiku Wojewódzkim, rozwiązanie organizacji górnośląskiej. Trzeba ją będzie odbudować w gronie ludzi rozumiejących, do czego zasady Prawicy zobowiązują.
Polityka
11 stycznia 2008
SB na orbicie SLD
Dopóki nie obejrzałem ostatniego wydania „Teraz my”, nie zdawałem sobie sprawy, że Joanna Senyszyn jest felietonistką (cokolwiek by to miało oznaczać) „Fakty i mity”. Okazuje się więc, że wiceprzewodnicząca SLD czynnie współpracuje z pismem, w którym działał morderca ks. Jerzego Popiełuszko. Jak warto w tym miejscu przypomnieć, Piotrowski działał nie tylko w SB, ale również w PZPR – co na jego byłych towarzyszy partyjnych nakłada szczególny obowiązek zadośćuczynienia. Do tej pory o tym raczej nie mówiono, zakładając, że działający dziś na lewicy b.członkowie PZPR chcą być od tego typu ludzi jak najdalej. Nawiasem mówiąc – nie tylko Piotrowski reprezentuje SB w „Fakty i mity”.
Można by to wszystko zakwalifikować jako ponury, ale pojedynczy, przypadek nienawiści antykatolickiej. Można – gdyby nie to, że Joanna Senyszyn jest wiceprzewodniczącą dużej partii parlamentarnej. Jej działalność dotyka więc odpowiedzialności całego SLD. I zmusza do postawienia pytania o stosunek całej tej formacji do antykatolickiego ekstremizmu. A podstawowe elementy odpowiedzi na to pytanie są oczywiste.
SLD powinna jak najszybciej publicznie przeprosić za działalność i wypowiedzi swojej wiceprzewodniczącej. Powinna też wyjaśnić jej status organizacyjny. W przeciwnym wypadku oznaczać to będzie podpisanie się pod jej postawą i otwarte włączenie kręgu „Fakty i mity” z Piotrowskim włącznie w orbitę naszej oficjalnej „socjaldemokracji”.
Realizm vs. wirtualna polityka
Dziś „Rzeczpospolita” publikuje mój artykuł-apel o nieuruchamianie pospiesznej ratyfikacji Traktatu Reformującego UE. Tytuł „Co nagle, to po diable” pochodzi od redakcji. Oryginalny, wysłany brzmiał „Nowy traktat UE: zabójcze tempo ratyfikacji”. Nowy tytuł jest dość kolokwialny, ale istotę rzeczy oddaje.
Obok na ten sam temat pisze w imieniu Platformy Janusz Lewandowski. Na szczęście wyjaśnia, że szybka ratyfikacja oznacza „przyjęcie kalendarza wytyczającego scenariusz ratyfikacji w roku 2008”. To znacznie lepsze niż niedawne zapowiedzi premiera Tuska o tym, że Polska ratyfikuje zaraz, jako pierwsza; albo chwilę potem min. Nowaka, że jako pierwsi nie damy rady, ale zrobimy to jeszcze w tym miesiącu. Może w PO trwa jednak refleksja, czy warto dla względów wirtualnych („wizerunek kraju zainteresowanego spoistością Unii”, „pozbywanie się etykiety enfant terrible Unii Europejskiej”; cytaty z JL) poświęcać realne interesy Polski. A świadomość realiów Lewandowski ma, skoro pisze, że nie brak „dowodów, że Unia 27 krajów może funkcjonować i uzgadniać ważne sprawy opierając się na traktacie z Nicei”. Jak się okazuje – ze Strasbourga widać lepiej.
Janusz Lewandowski w swym tekście traktuje ratyfikację jako otwarcie szansy na „pozytywne sojusze i skuteczne batalie”. Rzecz w tym, że trzeba je budować i rozgrywać już w trakcie debaty o tym, jaka współpraca dla jakich wartości jest Europie potrzebna.
Christianitas
6 stycznia 2008
Nihil novi sub sole
Dzisiejsze spory to nic nowego pod słońcem Rzeczypospolitej. Gdy osiemdziesiąt dziewięć lat temu zebrał się Sejm Ustawodawczy, abp Józef Teodorowicz - na Mszy poprzedzającej pierwsze posiedzenie – wzywał posłów, by zastanowili się „jakie byłoby okropne dla ludzkiego uczucia, chociażby pogańskiego, kryć się w cierpieniu narodu pod skrzydła Kościoła, czerpać zeń moc dla siebie w prześladowaniu, a w jego powszechności ideę wielką zjednoczenia narodowego, z chwilą zaś, gdy się tę wolność otrzymało, kopać ten Kościół, deptać Chrystusowe znamię, odrzucać precz od siebie Ewangelię. Czy przeciw temu nie założy sprzeciwu wszelkie szlachetne uczucie i czy nie nazwie takiej roboty czymś, co sprzeciwiałoby się narodowej godności?”
Dziś to kazanie jest jeszcze bardziej aktualne niż dziewięćdziesiąt lat temu. Solidarność, najbardziej w historii powszechne zjednoczenie narodu, nie byłaby możliwa bez wsparcia Kościoła Katolickiego. Od błogosławionego księdza Findysza przez czcigodnego księdza Popiełuszkę po księży Zycha, Suchowolca i Niedzielaka płynie cała rzeka krwi wylanej – za życia naszego pokolenia – za wolność Polski i Polaków. Ci, którzy nie znają zasług Kościoła w walce o swobody, którymi się dziś cieszymy, niech choćby poczytają „Kościół, lewicę, dialog” Adama Michnika; świadek więcej niż bezstronny.
Czy to wszystko nie zobowiązuje do minimum otwartości intelektualnej na głos katolicyzmu? Nawet dziś ci sami ludzie, którzy bez oporów autodyspensują się od chwili refleksji czy uczciwej dyskusji, dyskwalifikując jako „wyznaniowe” wszystko, co im się całkiem prywatnie w nauczaniu Kościoła nie podoba, bardzo chętnie wołają na pomoc autorytet Kościoła, gdy chodzi o integrację europejską czy zakaz kary śmierci.
A skoro na więcej ich nie stać, może dobre chociaż tyle?
Christianitas
4 stycznia 2008
Cywilizacja życia po obu stronach Atlantyku
W niedzielę w Madrycie odbyła się milionowa manifestacja na rzecz prawa do życia, praw rodziny, przeciw prawnej promocji homoseksualizmu. Rozzłoszczeni socjaliści wydali oświadczenie, w którym napisali, że „samo społeczeństwo za pośrednictwem swoich przedstawicieli jest uprawnione ustalać swobody jednostki”. To już nie widmo totalitarnej demokracji, ale jej otwarta deklaracja. Społeczeństwo za pośrednictwem swoich przedstawicieli może uznać parę homoseksualistów za rodziców, dziecku zaprzeczyć jego człowieczeństwa, a tych, którzy protestują, uznać za wrogów ludu. Rodzi się nowa demokracja – więc korzystajmy z praw starej, póki jeszcze można.
A można jeszcze w Ameryce. W Iowa gubernator Huckabee zawdzięcza swój sukces poparciu prawicy chrześcijańskiej. Ten były pastor baptystów z uznaniem wypowiadał się o roli Kościoła Katolickiego w służbie cywilizacji życia, a w publicznych debatach zdecydowanie wystąpił m.in. w obronie prawa do urodzenia i życia dzieci chorych. Oczywiście, wynik w Iowa to nic ostatecznego, choć lider prawicy laickiej Rudy Giuliani zyskał tam bardzo małe poparcie. Drugie prawybory, w New Hampshire, mogą być dla Huckabee’ego znacznie trudniejsze. Jeśli jednak zdobędzie tam dobry wynik – może znaleźć się w gronie faworytów i bardzo wzmocnić wpływ opinii chrześcijańskiej na przebieg całej kampanii.
Sprawa Rywina: zamknięta zanim się zaczęła?
Zamknięcie sprawy „lub czasopisma” postkomuniści przyjęli z tryumfem. To nie pierwszy ich sukces, bo sprawa Rywina całkowicie nigdy nie została otwarta. Opinia emocjonowała się „grupą trzymającą władzę”, co miało sens w odniesieniu do bezpośrednich inspiratorów propozycji korupcyjnej. Rzecz ważna, bo pokazująca, jak konkretyzować się może demokratyczna władza pieniądza, a Rywin mówił wyraźnie, że „jako partia potrzebują środków”. Zupełnie jednak nie dotknięto drugiego wątku: Rywin doraźnie chciał pieniędzy, ale na długą metę żądał w imieniu części SLD również efektywnej i trwałej kontroli prywatnej telewizji. Zanim przytoczę cytat, muszę przeprosić za jego dosłowność: „część chce niepisanego sojuszu na zasadzie - zresztą to, co mówili ostatnio - że nie to, że ty będziesz ich pomagierem, nazwijmy to, ale że nie będziesz stał w pierwszym szeregu, ale w drugim, trzecim. Jeśli trzeba przypierdolić, to dopiero wtedy. Chcą takiego powiązania nieformalnego.” Chodziło o wymuszenie praktyk obracających w niwecz wolność słowa i wolność debaty publicznej. A rzecz miała dwa wymiary: aspiracji niezrealizowanych i realizowanych już praktyk tego rodzaju.
Ten wątek był gaszony już na etapie określania w Uchwale celów Komisji i nigdy potem nie został skutecznie pociągnięty. Gdy Zbigniew Ziobro próbował pytać (w trakcie sejmowego przesłuchania b. prezesa TVP Roberta Kwiatkowskiego), jak taka kontrola mediów była realizowana w telewizji publicznej, w jaki sposób „zarządzano” debatą i informacjami – trafił na zgodny opór zarówno odmawiającego odpowiedzi Kwiatkowskiego, jak i blokującego kolejne pytania przewodniczącego Komisji wicemarszałka Nałęcza. Tymczasem bezkarność takich praktyk oznacza po prostu tolerancję dla ich utrwalania.
Next Page »