Dzisiejsze spory to nic nowego pod słońcem Rzeczypospolitej. Gdy osiemdziesiąt dziewięć lat temu zebrał się Sejm Ustawodawczy, abp Józef Teodorowicz – na Mszy poprzedzającej pierwsze posiedzenie – wzywał posłów, by zastanowili się „jakie byłoby okropne dla ludzkiego uczucia, chociażby pogańskiego, kryć się w cierpieniu narodu pod skrzydła Kościoła, czerpać zeń moc dla siebie w prześladowaniu, a w jego powszechności ideę wielką zjednoczenia narodowego, z chwilą zaś, gdy się tę wolność otrzymało, kopać ten Kościół, deptać Chrystusowe znamię, odrzucać precz od siebie Ewangelię. Czy przeciw temu nie założy sprzeciwu wszelkie szlachetne uczucie i czy nie nazwie takiej roboty czymś, co sprzeciwiałoby się narodowej godności?” 

Dziś to kazanie jest jeszcze bardziej aktualne niż dziewięćdziesiąt lat temu. Solidarność, najbardziej w historii powszechne zjednoczenie narodu, nie byłaby możliwa bez wsparcia Kościoła Katolickiego. Od błogosławionego księdza Findysza przez czcigodnego księdza Popiełuszkę po księży Zycha, Suchowolca i Niedzielaka płynie cała rzeka krwi wylanej – za życia naszego pokolenia – za wolność Polski i Polaków. Ci, którzy nie znają zasług Kościoła w walce o swobody, którymi się dziś cieszymy, niech choćby poczytają „Kościół, lewicę, dialog” Adama Michnika; świadek więcej niż bezstronny. 

Czy to wszystko nie zobowiązuje do minimum otwartości intelektualnej na głos katolicyzmu? Nawet dziś ci sami ludzie, którzy bez oporów autodyspensują się od chwili refleksji czy uczciwej dyskusji, dyskwalifikując jako „wyznaniowe” wszystko, co im się całkiem prywatnie w nauczaniu Kościoła nie podoba, bardzo chętnie wołają na pomoc autorytet Kościoła, gdy chodzi o integrację europejską czy zakaz kary śmierci.  

A skoro na więcej ich nie stać, może dobre chociaż tyle?