Dziś „Rzeczpospolita” publikuje mój artykuł-apel o nieuruchamianie pospiesznej ratyfikacji Traktatu Reformującego UE. Tytuł „Co nagle, to po diable” pochodzi od redakcji. Oryginalny, wysłany brzmiał „Nowy traktat UE: zabójcze tempo ratyfikacji”. Nowy tytuł jest dość kolokwialny, ale istotę rzeczy oddaje.

Obok na ten sam temat pisze w imieniu Platformy Janusz Lewandowski. Na szczęście wyjaśnia, że szybka ratyfikacja oznacza „przyjęcie kalendarza wytyczającego scenariusz ratyfikacji w roku 2008”. To znacznie lepsze niż niedawne zapowiedzi premiera Tuska o tym, że Polska ratyfikuje zaraz, jako pierwsza; albo chwilę potem min. Nowaka, że jako pierwsi nie damy rady, ale zrobimy to jeszcze w tym miesiącu. Może w PO trwa jednak refleksja, czy warto dla względów wirtualnych („wizerunek kraju zainteresowanego spoistością Unii”, „pozbywanie się etykiety enfant terrible Unii Europejskiej”; cytaty z JL) poświęcać realne interesy Polski. A świadomość realiów Lewandowski ma, skoro pisze, że nie brak „dowodów, że Unia 27 krajów może funkcjonować i uzgadniać ważne sprawy opierając się na traktacie z Nicei”. Jak się okazuje – ze Strasbourga widać lepiej.

Janusz Lewandowski w swym tekście traktuje ratyfikację jako otwarcie szansy na „pozytywne sojusze i skuteczne batalie”. Rzecz w tym, że trzeba je budować i rozgrywać już w trakcie debaty o tym, jaka współpraca dla jakich wartości jest Europie potrzebna.