Dzisiejsza „Rzeczpospolita” publikuje reportaż Dariusza Rosiaka z Etiopii. Warto przeczytać choćby dla poczucia duchowego klimatu jednego z najbardziej egzotycznych krajów Christianitatis. Ale tekst ma również pewien aspekt polityczno-historyczny. Dariusz Rosiak zapytał jednego ze swych rozmówców o ocenę monarchii i szczególnie ostatniego cesarza. „Hajle Selasje był największym reformatorem w historii tego kraju. (…) To on po wojnie, umiejętnie manewrując między Francją, Włochami i Wielką Brytanią, zachował niepodległość Etiopii. My mamy dwa punkty odniesienia: ortodoksyjny Kościół i cesarza. One zresztą stanowią jedno.”

Pamiętam, jak przeszło ćwierć wieku temu działaliśmy w opozycji, a wśród części kolegów (z reguły ze środowisk lewicowo-liberalnych) furorę robił „Cesarz”, książka zniesławiająca jedną z najstarszych chrześcijańskich monarchii na świecie i jej bohaterskiego władcę, ofiarę komunistycznej rewolucji. „Za czasów komunizmu – opowiada spotkany przez Rosiaka Yasser – nie wolno było nawet wymawiać jego imienia. Mengistu podobno osobiście go zamordował [i] kazał pochować cesarza pod pałacową toaletą.” A „Cesarz” naśmiewał się z ceremoniału dworskiego i rodziny panującej. Takie to, o dziwo – uchodzące za antykomunistyczne – mądrości karmiły świadomość historyczną sporej części aktywnej inteligencji naszego pokolenia. Rosiak zapytał swego amharskiego rozmówcę o książkę Kapuścińskiego. „Jej tutaj nikt poza wąskim gronem ludzi wykształconych i historyków nie zna – mówi Yasser. – I może tak jest lepiej.”

Ale u nas nie całkiem jest lepiej. Porzucone skrawki prawdy i sprawiedliwości giną zapomniane, podczas gdy świadomość społeczną niosą dalej mody i newsy.