Zwołanie przez Prezydenta Rady Gabinetowej uznałem za wiadomość bardzo pomyślną. Nie dlatego, bym spodziewał się łatwego rozwiązania impasu w służbie zdrowia, ale przede wszystkim by prezydent (popierany przez PiS) i rząd PO-PSL wspólnie powiedzieli opinii publicznej, co można, a czego nie można zmienić. By rząd i opozycja nie stawiały sobie żądań niewykonalnych; bo jeśli Polacy mają poprzeć zmiany – muszą wiedzieć, jaka jest ich możliwa skala. Ale najoczywistszy powód mego zadowolenia był prosty: Prezydent zwołując Radę wykonywał swą zwierzchnią funkcję, arbitrażową i koordynującą jednocześnie, gwaranta suwerennej władzy Państwa. Zwołał Radę w sytuacji, gdy nasze życie polityczne po prostu się rozjeżdża. 

Reakcje partii rządzącej są przygnębiające. Począwszy od komentarzy minister Kopacz, że podczas Rady Prezydent zabrał dużo czasu, ale w końcu ma do tego prawo (cytuję z pamięci wypowiedź telewizyjną). Przez propozycję transmisji posiedzenia – czym PO przypomniała swój koncept jawnej dyplomacji, wydawało się, że odłożony do lamusa bezsensów, ale zręcznie – po cichym (tak, tak) ustaleniu kształtu gabinetu z PSL – wyciągnięty z powrotem. Aż po wmawianie opinii, że Prezydent, broniąc swej pozycji w Radzie Gabinetowej (będącej instytucją określoną przez Konstytucję), zachował się małostkowo. Prezydent zachowałby się małostkowo, gdyby – dla taniej popularności – nie bronił swoich kompetencji i obowiązków. Bronił Konstytucji, a więc praw nas wszystkich. 

Przy okazji mam radę dla premiera Tuska. Niech rzecznik rządu upoważni dziennikarzy do wchodzenia z kamerami i mikrofonami za każdym razem, kiedy premier rozmawia z Grzegorzem Schetyną. W końcu spotkania premiera z wicepremierem, szefa z sekretarzem generalnym partii to nie prywatne pogaduszki. Opinia ma prawo!