Mam znowu recenzję Cezarego Michalskiego. Tym razem przypisuje mi w „Europie” gospodarczy neoliberalizm i skrajny indywidualizm społeczny, w którym największym dobrem jest własna rodzina. Dużo zrozumiał. Więcej o tym pisać nie warto, bo czytelnicy tego bloga moje poglądy znają.

Poważniejszy problem to eklezjologia ze szkoły Wielkiego Inkwizytora, którą Michalski kontynuuje w „Dzienniku”. Tym razem okazją jest sprawa profesora Węcławskiego. Michalski tłumaczy mu, że wychodząc z Kościoła, „ma już słabszą pozycję”. A Kościołowi, że musi pogodzić się z tym, że dla ludzi „intelektualnie żywych, refleksyjnych, próbujących powiązać rozum i wiarę naprawdę, a nie tylko w pustych deklaracjach, Kościół jest od początku jedynie przybliżeniem prawdy o Bogu. Jednym z przybliżeń.” Tacy ludzie mogą być przydatni dla „realnej dominacji prawicy i Kościoła” (co stanowi centralną kategorię tej eklezjologii), ale ma to swoją cenę. Jeśli bowiem „postanawiają być w Kościele – kontynuuje Cezary Michalski – to właśnie w imię kompromisu i odpowiedzialności”. Czasem więc warto tolerować nawet ich niewiarę.

Boli mnie to, co zrobił profesor Węcławski; ale do czegokolwiek doszedł, to na pewno nie do Michalskiego dialektyki „pozycji i siły”. Na tej drodze Kościół czekałby jeszcze większy dramat, niż to, co się stało w Poznaniu.