Przede wszystkim – w wypadku odrzucenia go w którymkolwiek kraju – szansę na ponowne podniesienie naszych polskich postulatów, tak fatalnie porzuconych w okresie niemieckiej prezydencji w Unii. To szansa nie dla opozycji pozaparlamentarnej, ale dla obozów Prezydenta i Premiera. Warto skorzystać. Warto dla Polski. 

Jeżeli traktat pochopnie ratyfikujemy – to inni, niezadowoleni (więc ci, którzy odrzucą) i ci, którzy zachowali rezerwę (ratyfikacyjną) – zachowają prawo zmian (czy odrębności) w przyszłych regulacjach europejskich. Absurdem jest włączanie się w presję na innych, by ten zły dokument ratyfikowali. Bo rozumiem, że można ten traktat uważać za nieuchronny, ale nie można go uznać za dobry. W końcu zastrzeżenia do jego przepisów zgłaszali nie tylko Kaczyński, Rokita i Tusk, ale nawet Belka i Miller. Co się zmieniło, prócz kalkulacji polityków? Ratyfikując go pospiesznie, zamykamy stanowisko polskie, jak kraje, które ratyfikowały wcześniej traktat konstytucyjny. 

Piszę to dla porządku, korzystając z okazji, że i tak dziś nie zamieszczę dłuższego wpisu. Wróciłem z Torunia, a niedługo wyjeżdżam do Łodzi, na spotkanie z naszym środowiskiem Prawicy.