Luty 2008
Miesiąc
Zmarł Dom Gérard Calvet OSB, opat z Le Barroux
Należał do ludzi, którzy wywarli na moje życie największy wpływ, choć osobiście spotkałem go tylko dwa razy. Pierwszy raz na początku lat dziewięćdziesiątych, w jego klasztorze w Prowansji. Znałem Opata ze zdjęć, więc od razu poznałem go, gdy podawał gościom wodę do umycia rąk przed obiadem. Potem rozmawialiśmy o Kościele i o Polsce, której był bardzo ciekaw. Drugi raz dziesięć lat temu, na pielgrzymce wspólnot tradycyjnych do Rzymu. Odprawiał u Świętego Chryzogona Mszę dla pielgrzymów francuskojęzycznych. Dwa dni potem, po spotkaniu z Ojcem Świętym, udzielił błogosławieństwa Zosi i mnie.
Ale poznałem go wcześniej, przez lekturę „Jutra Chrześcijaństwa” przed prawie dwudziestu laty. Opat Gerard uczył, że piękno odbija blask Bożej Chwały. Widział je w świętej liturgii, w chrześcijańskim ładzie społecznym, w życiu rodzin. Wierzył w świętą nadzieję – pewność, że zadania, które Bóg przed nami postawił, możemy wypełnić; że życie chrześcijańskie nie jest nieosiągalnym ideałem, ale realnym powołaniem ludzi, ich wspólnot i narodów. Christianitas nie była dla niego wspomnieniem czasów średniowiecza. Widział ją wszędzie naokoło: w świadectwie uwięzionego Prymasa Wyszyńskiego, w powstaniu węgierskim’56, w epopei Algierii Francuskiej.
Swój klasztor Świętej Magdaleny założył, by żyć według pierwotnej i wiernie praktykowanej tradycji benedyktyńskiej. Skupił wokół siebie grono młodszych uczniów, którzy pragnęli tego samego. Sam zaprojektował kościół w stylu romańsko-prowansalskim, tak jak wierzył – że „każdy klasztor jest obrazem Nieba”. Początkowo traktowany jako kontestator, przez Jana Pawła II został obdarzony godnością opata. Bóg pozwolił mu odpocząć przez ostatnie lata tak twórczego życia i być świadkiem opackiej benedykcji następcy – Ojca Ludwika-Marii de Geyer d’Orth OSB. Odszedł do Boga, ale piękno, któremu dał życie – zostało z nami na ziemi.
Referendum – dyskusja i po dyskusji
Na wczorajszej konferencji prasowej prezes PiS oznajmił, że w partii trwa dyskusja nad referendum traktatowym. Prezes Kaczyński oznajmił, że dyskusję uważa za „rzecz normalną”. Tym samym ustanowił nową normę – dyskusji pożądanej. Bo dyskusje niepożądane określane są w PiS jako ataki na partię, czego doświadczyli ostatnio pisowscy dysydenci.
„Dyskusja” ma pomóc PiS-owi w jednoczesnym przyjęciu traktatu i zachowaniu poparcia wyborców, którzy nie chcą traktatu. Sama zaś debata ma się koncentrować nad referendum, więc nad procedurą ratyfikacji, a nie jej zasadnością, zgodnością z polską racją stanu. Tymczasem prawo do referendum nie może uchylać odpowiedzialności polityków. A politycy (bo w końcu posłowie to też politycy) do jej podjęcia się nie kwapią. Kiedy na niedawnym posiedzeniu Klubu PiS poseł Grabicka zapytała, kto czytał traktat – nie podniosła się ani jedna ręka.
Wyborcy PiS mają prawo do tego, by ich reprezentanci po prostu odrzucili traktat, którego regulacje wcześniej oceniali tak jasno: i degradację pozycji Polski („pierwiastek albo śmierć”), i chimerę wspólnej polityki zagranicznej, i negację wartości chrześcijańskich. A to daleko nie wszystko: kto dziś pamięta, że Prezydent zapowiedział rozpoczęcie debaty (!) na temat przyszłości złotówki dopiero w przyszłym roku? Tymczasem o jej wyniku zadecydowano już w ubiegłym. Tak jak o referendum, bo dyskusję zamknie dzisiaj głosowanie w Sejmie.
Euromaskarada cd.
Jarosław Kaczyński jest przekonany, że po referendum czy bez referendum, krótko potem, poparcie elektoratu prawicowo-katolickiego i tak do niego wróci. Tym bardziej, jeśli osłodzi się mu rozterki obecnością wśród działaczy PiS paru kompatybilnych referendystów. Kompatybilnych, a więc takich, za których apokaliptycznymi oskarżeniami wobec Brukseli nie pójdą najmniejsze krytyki unijnej polityki samego Kaczyńskiego. Liczy na to, bo do takiego modelu dążył w PC i do niego wrócił, zamieniając PiS w Neo-PC. Ideałem jest niemiecka CDU: partia, gdzie katolicy-konserwatyści są pobłażliwie tolerowani, również w Parlamencie, ale bez żadnego wpływu na politykę partii.
JurekE nie zrozumiał mnie. Akcja społeczna, spotkania z ludźmi na temat traktatu, są absolutnie niezbędne. Sam cały czas tę akcję prowadzę. Bez wymiaru społecznego nasza polityka będzie bezsilna. Podobnie cenne jest zaangażowanie każdej osoby zaufania społecznego. Pod warunkiem, że nie będzie to maskarada mająca zastąpić naprawdę efektywny nacisk i realną politykę; oraz że referendum nie będzie wygodną okazją dla PiS do zrzucenia na naród odpowiedzialności za przyjęcie traktatu, który podpisał Kaczyński, a dla jego zwolenników – za poparcie, którego mu udzielali, gdy traktat podpisywał.
Szef PiS zrobi to, co chce, obojętnie – przy ratyfikacji parlamentarnej, czy referendalnej. Jedyne, co może go powstrzymać, to pewność, że przyjęcie (nie tylko poparcie, ale przyjęcie!) traktatu, który podpisał, będzie oznaczać nieodwołalne pożegnanie PiS z elektoratem, bez którego miałby dziś nie 160, ale najwyżej koło setki mandatów. To jednak wymaga od przeciwników traktatu w PiS determinacji (nawet jeżeli – jak pisze Pan agent – oznacza to „skok przez okno”); albo (bez tej desperackiej metaforyki) po prostu chrześcijańskiego poczucia wolności.
Trzecia bajka PiS
Od paru dni w centrum uwagi znalazły się bajki PiS o Czerwonym Kapturku i o Matrixie. Mam wrażenie, że te bajki to tylko zasłona dymna przed puszczeniem trzeciej, która – owszem – bajką będzie, ale taką, w którą wyborcy mają uwierzyć. Minie bowiem rząd Tuska, minie drugi rząd Kaczyńskiego, może miną i PiS, i PO, a Polska zostanie z nowym traktatem europejskim, który wszystkie partie parlamentarne zgodnie chcą przyjąć. Rzecz w tym, że nie wszyscy Polacy podzielają tę chęć, szczególnie wśród wyborców PiS.
Dlatego dla tych wyborców pojawi się w najbliższym czasie nie tyle może nawet anty-traktatowe, co referendalne skrzydło, a właściwie skrzydełko PiS. Pojawienie się w akcji referendalnej pań poseł Sobeckiej i Masłowskiej to pierwszy sygnał. Z pewnością Jarosław Kaczyński z szacunkiem potraktuje ich poglądy. A oni (nie tylko Panie, bo uczestników euromaskarady będzie trochę więcej) z szacunkiem potraktują aprobatę Jarosława Kaczyńskiego dla traktatu. Albo jej nie zauważą, tak jak nie zauważyli parafowania przez rząd Kaczyńskiego tego traktatu, zajęci kampanią wyborczą na listach PiS.
A rzecz, która tak umknęła ich uwagi, jest w planie narodowym najbardziej kluczowa. Tu nie chodzi o żadne studniówki czy kolejne wybory. To kwestia przyszłości Polski i Europy, w której Polska będzie prowadzić swoją politykę. Warto korzystać z każdego poparcia, byle było prawdziwe. Dla przeciwników traktatu w PiS (a przecież każdy wie, że to zły traktat) mam jedną radę – walczcie z tym traktatem nie na efektownych mityngach, ale wewnątrz Klubu PiS. Walczcie naprawdę.
Jest sposób, żeby ten traktat zablokować. Jeżeli Jarosław Kaczyński będzie wiedział, że przyjęcie traktatu przez Polskę to ostateczne pożegnanie PiS z prawicowym elektoratem katolickim – na pewno zmieni opinię o traktacie i zmieni politykę własnego Klubu (a 154 głosy potrzebne do zablokowania traktatu ma z zapasem). Będzie potrafił to zrobić, jak potrafił przekonać Leppera do poparcia zmian w WSI i utworzenia CBA, a Giertycha do pozostania w rządzie mimo parafowania traktatu (de facto) konstytucyjnego. Zrobi to, jeśli usłyszy od miarodajnych liderów opinii w PiS-ie i w zapleczu PiS-u dostatecznie mocne orędzie.
Brońmy Papieża
Parę dni temu znany watykanolog, Marco Politi z włoskiej „La Repubblica”, zaatakował Ojca Świętego za to, że w swym nauczaniu łączy tradycje Jana Pawła II i bł. Piusa IX. W dialektyce Politiego są to rzeczy nie do pogodzenia.
Politi o Benedykcie XVI pisze tak, jakby dopiero ten papież odkrył dziedzictwo autora Syllabusa, podczas gdy Piusa IX beatyfikował właśnie Jan Paweł II. Podczas tej beatyfikacji Janowi Pawłowi II też zarzucano, że łączy: jednocześnie beatyfikowanych Piusa IX i Jana XXIII. Więcej, Jan Paweł II w swym Katechizmie (art. 2109), wskazał encyklikę Quanta cura, do której dodatek stanowił Syllabus errorum, jako niezbędną referencję do właściwego rozumienia nauki o wolności religijnej. Nic dziwnego, skoro Syllabus to po prostu potępienie dechrystianizacji: życia tak, jakby Boga nie było.
W pewnym jednak sensie – mówię wyłącznie o właściwym porządku uczuć – my, Polacy, powinniśmy zostawić na boku te dywagacje. Dla nas czynienie z bł. Piusa IX przeciwnika wolności jest po prostu śmieszne, gdyż był to jedyny mąż stanu drugiej połowy XIX wieku, który (nie bacząc na własne problemy) był gotów upominać się o prawa Polski do wolności, więcej – manifestował cześć dla Polski jako narodu w latach 70-tych, gdy sprawa polska wydawała się wszystkim ostatecznie pogrzebana. To dlatego Norwid poświęcił mu odę „Encyklika-oblężonego”.
„Och! Europo!… każ, niech wraz zamilknie Potwarca,/ Bo bezinteresowność przerosła Ciebie;// Słowa oblężonego starca/ Palą się w niebie!”
Nasze ustawy wracają
Podczas krótkiej działalności parlamentarnej Prawica Rzeczypospolitej doprowadziła (jak przypomnę – w konfrontacji z rządem) do najgłębszego obniżenia podatków dla rodzin w historii działania PIT (np. dla rodziny z dwójką dzieci – 2,3 tys. zł podatku rocznie mniej). Teraz nie ma nas w Sejmie, ale projekty naszych ustaw żyją. Media obiegła informacja, że PO zgłasza projekt kontrolowanego przez podatników finansowania partii politycznych, na zasadzie dobrowolnego przeniesienia 1 % zapłaconego PIT na wskazane ugrupowanie. Dzwoniło do mnie kilku dziennikarzy z pytaniem, czy będziemy rewindykować prawa autorskie do tego projektu. Wszystkim odpowiedziałem zdaniem Madirana, że wobec idei nie ma prawa własności, idee należą do tych, którzy je wyznają, więc cieszę się, że PO się do naszego pomysłu ostatecznie przekonała. Wcześniej bowiem popierali go Bogdan Zdrojewski, Julia Pitera, Zbigniew Chlebowski (ale również rekomendowany przez PiS wicemarszałek Senatu Zbigniew Romaszewski). Choć amnezja co do autorstwa mimo wszystko dziwi, bo Madiran – Madiranem, a w „etyce liberalnej” przestrzeganie praw autorskich to norma ważniejsza od większości przykazań Dekalogu.
Rząd zaczyna również prace nad wydłużeniem urlopów macierzyńskich do pół roku przy pierwszym dziecku i dziewięciu miesięcy przy kolejnych. To również nasz projekt, z tym zastrzeżeniem, że proponowaliśmy niezwiększający istotnie kosztów (gdyż chodzi, niestety, o niewielką mniejszość) rok urlopu przy trzecim dziecku i następnych.
Podejmowanie naszych projektów przez PO to pozytywne zaskoczenie, niezależnie od intencji. Te zresztą są dość jasne: 1 % to realistyczna redukcja idei zniesienia finansowania partii z budżetu, dłuższe urlopy to po części wynik rozmów z Episkopatem, a po części pakiet rodzinny towarzyszący wprowadzeniu podatku liniowego. Dobrze, że oba projekty podejmują. Dziwne tylko, że PiS tak łatwo daje się wyprzedzić, szczególnie tam, gdzie chodzi o prawa rodziny.
Co zrobić z Kosowem?
Warto o tym myśleć, choć rzecz nie jest (już nie jest!) materią na wielki spór. Dziś pole polityki uległo poważnemu ograniczeniu. Najrozsądniej w tej sprawie wypowiedział się PSL, że kwestia Kosowa powinna być przedmiotem wspólnych uzgodnień i działań państw Unii Europejskiej, ale to stanowisko spóźnione o wiele miesięcy. Dziś mamy nowe państwo, a nie tylko „kwestię”. Główne państwa Unii Europejskiej uznały już Kosowo. Warto spróbować zarówno mediacji wewnątrz Unii, jak i zaangażowania Unii w łagodzenie konfliktów wokół Kosowa – ale niedzielnej proklamacji już się nie cofnie. Szkoda, bo nie musiało do niej dojść.
Zaznaczę przy tym, że nie zgadzam się z opinią zulusa na temat interwencji NATO w RP 1999. Agresywna polityka Milošewicia była testem zdolności reakcji Zachodu. Był to czas, gdy państwa bałtyckie nie były jeszcze w Przymierzu Atlantyckim. Co byłoby gdyby ze standardu Milošewicia – „w obronie praw mniejszości” – spróbował skorzystać Łukaszenka wobec Litwy, albo po prostu Rosja wobec Estonii? Ale właśnie opanowanie Kosowa oznaczało odzyskanie przez Zachód kontroli nad wypadkami, możliwość podjęcia polityki na rzecz ustanowienia w tym regionie ładu stabilnego i sprawiedliwego.
Sprawa ta jest kolejną ilustracją braku poważnej wizji polityki polskiej. Wizji ładu międzynarodowego zgodnego w wartościami i interesami polityki polskiej, którego rzecznikami bylibyśmy w ramach NATO i Unii Europejskiej. PO nie ma jej w ogóle, redukując aspiracje Polski do podniesienia personalnej pozycji naszych polityków w sferach kierowniczych Unii. Konformizm zyskuje tu wręcz rangę narzędzia polityki państwa. PiS miał dobre intencje i intuicje, ale to też za mało. Polityka PiS była bardzo wartościowa w odniesieniu do państw bałtyckich, ale szczególnie wewnątrz Unii zamiast wytrwałego forsowania wizji międzynarodowej (której zabrakło), zamiast pokazania uniwersalnego wymiaru polityki polskiej, redukowała się do wywoływania prestiżowych konfliktów, po których następowały ustępstwa.
W sprawie Kosowa kierownictwo polskiej dyplomacji dysponowało wszystkimi potrzebnymi danymi. Również od Sejmu, który prawie cztery lata temu przyjął uchwałę, w której mówił o Kosowie jako „pozostającej pod międzynarodową administracją części Serbii i Czarnogóry”, potępiał „akty przemocy, czystki etniczne” oraz akty „niszczenia i bezczeszczenia świątyń chrześcijańskich”. Jednogłośnie deklarowaliśmy wtedy gotowość działania na rzecz zagwarantowania mieszkańcom Kosowa „prawa do życia w pokoju”. Ale kiedy dwa lata później, jako marszałek Sejmu, wyraziłem zgodę na prezentację w Sejmie wystawy o zniszczonych w Kosowie chrześcijańskich klasztorach – w obronie poprawności politycznej interweniował MSZ. Wystawa się odbyła i stanowiła kolejną daną do refleksji na temat charakteru narastającego tam konfliktu.
Dziś uświadamiamy sobie, że Kosowo to nie tylko kwestia poprawności politycznej, ale precedens, który wcale nie sprzyja kształtowaniu ładu międzynarodowego, zgodnego z interesami zarówno niepodległości Polski, jak i utrwalających ją zmian na Wschodzie, w Gruzji, na Ukrainie, w Mołdawii. O tym parokrotnie w ciągu ostatnich lat rozmawiałem z ludźmi odpowiedzialnymi za naszą politykę zagraniczną.
Kosowskie mleko się rozlało, oby tylko mleko.
Przegrana bitwa zwolenników traktatu deformacyjnego
Dziś jeszcze nie wiadomo, ale czas pokaże, jakie znaczenie dla przyszłości Europy będzie miał wybór Vaclava Klausa na prezydenta Republiki Czeskiej. Klaus wygrał z otwartą przyłbicą. Przeciwnicy zarzucali jego polityce anachronizm, więc na to przede wszystkim odpowiedział im w Parlamencie przed pierwszym głosowaniem. Mówił wtedy:
„Jeżeli nie chcecie brać pod uwagę tysiącletnich tradycji naszej cywilizacji, jej wartości chrześcijańskich, znaczenia tradycyjnej rodziny i szacunku dla życia ludzkiego, nie głosujcie na mnie, bo ja wartości te wyznaję. Jeżeli chcecie żyć w przyszłości wyznaczonej przez modne trendy, gdzie palenie będzie zabronione, a narkotyki będą tolerowane, gdzie małżeństwo będzie instytucją zagrożoną wymarciem, a na Ratuszu pojawiać się będą wyłącznie pary w celu rejestracji związków partnerskich, gdzie starych i chorych będziemy z litości pozbawiać życia, gdzie ktoś będzie nam nakazywał, co mamy jeść, pić i jak mamy mówić, wówczas ostrzegam, że to nie jest mój program. To nie jest moja wizja przyszłości.
Jeżeli pragniecie przyszłości, w której Republika Czeska nie ma bronić swoich interesów, a tylko biernie poddawać się woli urzędników z tej czy innej instytucji międzynarodowej – wtenczas także przyznaję, że jestem człowiekiem przeszłości. Jeżeli uważacie czeską koronę za taki przeżytek, że trzeba się go jak najszybciej pozbyć, wybierzcie któregoś z pozostałych kandydatów, bowiem ja będę wspierał istnienie naszej własnej waluty tak długo, dopóki będzie to korzystne dla obywateli Republiki Czeskiej. (…)
Wierzę w Republikę Czeską. Wierzę w ludzi, którzy w niej mieszkają. Kocham swój kraj i będę tutaj nadal pracował, niezależnie od tego, jakim wynikiem skończą się dzisiejsze wybory. Ale przede wszystkim zawsze będę walczył o zachowanie naszej wolności i naszej suwerenności.”
Nie wygrał po tej mowie. Wygrał w trzecim głosowaniu.
Zmienia się mapa Europy
Jutro Kosowo ma ogłosić niepodległość. Ten akt może być brzemienny w skutki, bo nie tylko Rosja groziła, że może z tego skorzystać, by poprzeć (czytaj: ogłosić) niepodległość (czytaj oderwanie od Mołdawii) Naddniestrza i niepodległość (czytaj oderwanie od Gruzji) Osetii Południowej. Skutków tego jednostronnego aktu boją się również Hiszpanie (zagrożeni własnymi separatyzmami) oraz Grecy cypryjscy (że może przyczynić się do utrwalenia – nieuznawanego dziś przez świat – podziału ich wyspy). Nie są to więc strachy na Lachy.
Rząd Tuska zapowiada błyskawiczne uznanie Kosowa, mimo że sprawa ta nie budzi zgodnych uczuć w Unii Europejskiej. Czy w ten sposób pomożemy naszym przyjaciołom w Gruzji? Czy tworzenie separatystycznego precedensu warte jest uzyskania od Niemców tytułu prymusów Europy? Obrońcy tej polityki chwalą się, że zrobią na przekór Rosji. To prawda, tylko że Rosja może z tego wyciągnąć korzyści, o których sama informuje. Polityka destabilizacji świata, który wyłonił się po rozpadzie Związku Sowieckiego, będzie odtąd łatwiejsza.
Dziewięć lat temu, gdy NATO podejmowało działania przeciw rządowi Milošewicia, zdecydowanie popierałem tę politykę. Uważałem to za konieczność wobec agresywnej polityki postkomunistycznej Jugosławii, destabilizującej południową Europę. Tamto stanowisko przypomniałem w mojej książce „Reakcja jest objawem życia”. Ale dziś Milošewicia nie ma, a w Kosowie zostali zwykli Serbowie. Nie są bezpieczne ani ich rodziny, ani ich kościoły. Im mniej zrozumienia i zainteresowania okaże im Zachód – tym bardziej będą prorosyjscy, tym silniejsze będą w ogóle wpływy Rosji w świecie południowego prawosławia.
Jednemu z ministrów obecnego rządu mówiłem przed wylotem premiera do Moskwy, że nie można ustępować w sprawie tarczy, ani nie warto jednostronnym porozumieniem zwalniać Unii Europejskiej od obowiązku obrony wspólnego (!) rynku. Jeśli chcą szukać płaszczyzn wspólnych, mogą okazać zrozumienie ich argumentom przeciw separacji Kosowa, bo tu nie mamy żadnego powodu popierać destabilizacji południa Europy. Ale rząd Tuska zdecydował zupełnie inaczej.
Jeszcze o prawach rodziny
Nie przekonałem pana Wojciecha Sadurskiego o oczywistości praw rodziny. Warto jednak – by dygresje nie przysłoniły nam pierwotnego przedmiotu – przypomnieć pierwotny przedmiot, który tak bardzo zgorszył mojego polemistę. Poszło po prostu o stwierdzenie, że rząd Jarosława Kaczyńskiego nawet nie zaproponował, by w art. 1a Traktatu Reformującego (określającym wartości Unii Europejskiej) zmieściły się prawa rodziny. Przypominam jego treść:
„Unia opiera się na wartościach poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości, państwa prawnego, jak również poszanowania praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości. Wartości te są wspólne Państwom Członkowskim w społeczeństwie opartym na pluralizmie, niedyskryminacji, tolerancji, sprawiedliwości, solidarności oraz na równości kobiet i mężczyzn.”
Bogata kolekcja, nieprawdaż? I pojemny artykuł, ale nie do końca. O treść praw rodziny można się spierać, tak jak o pojęcia praw człowieka czy natury. Problem w tym, że pan Sadurski i jego zwolennicy w ogóle praw rodziny nie uznają. Wojciech Sadurski twierdzi, że ich obecność w Konstytucji RP, w przepisach, których lekturę mu zaproponowałem, jest pozorna. Lojalnie je zresztą przytacza.
Artykuł 18
Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.
Artykuł 71
1. Państwo w swojej polityce społecznej i gospodarczej uwzględnia dobro rodziny. Rodziny znajdujące się w trudnej sytuacji materialnej i społecznej, zwłaszcza wielodzietne i niepełne, mają prawo do szczególnej pomocy ze strony władz publicznych.
2. Matka przed i po urodzeniu dziecka ma prawo do szczególnej pomocy władz publicznych, której zakres określa ustawa.
Konkluduje więc, że „nigdzie w nich, jak widać, nie ma sformułowań o prawach rodziny”; mimo, że w art. 71-1 (którego fragmenty wyżej podkreśliłem), w ramach pomocniczej funkcji państwa, prawa rodzin są uznane expressis verbis. A w pozostałych miejscach, tam gdzie są uznane implicite? Są, ale może ich nie być? Na przykład demoliberalne państwo może uznać, że rezygnuje z opieki i ochrony wobec małżeństwa i rodzicielstwa? Albo że matki przed i po urodzeniu dzieci nie będą miały prawa do szczególnej pomocy władz publicznych?
Warto wiedzieć, jakie znaczenie tym przepisom dzisiejszej Konstytucji przypisuje jeden z najbardziej miarodajnych reprezentantów liberalizmu. Dzięki temu możemy zorientować się w kierunku możliwej ewolucji liberalnego prawa. I w tym, że nieobecność rodziny wśród wartości Unii Europejskiej ma charakter najzupełniej nieprzypadkowy.
Front Jedności Europy
Wojciech Sadurski nie rozumie „co to są prawa rodziny” i jak można było oczekiwać ich umieszczenia wśród wartości podstawowych Unii Europejskiej, w art. 1a nowego traktatu. No, no… daleko zaszliśmy na drodze adaptacji. Choć prawa rodziny jeszcze są na przykład w art.art. 18 i 71 Konstytucji RP, wraz z konkretyzacjami w polskim Kodeksie Rodzinnym i Opiekuńczym, mam wrażenie, że dla zwolenników poglądów pana Sadurskiego pozostają tam przypadkowo, bez mocy obowiązującej i zapewne tymczasowo.
Załóżmy jednak, że Unia Europejska to nie (jak stanowią traktaty) wspólnota państw, ale – zgodnie z poglądami Wojciecha Sadurskiego – jednostki i konstytuowane przez ich aktywność społeczeństwo cywilne. Wtedy tym bardziej trzeba zauważyć Kartę Praw Rodziny, która wprawdzie nie jest aktem prawnym, ale wyraża poczucie sprawiedliwości i oczekiwania społeczne milionów ludzi w Polsce, Hiszpanii, we Włoszech i wszędzie w Europie. Karta to apel Stolicy Apostolskiej do rządów; ale również wyraz potężnego odłamu opinii europejskiej, którego stanowisko – w interesie jedności europejskiej – powinno mieć realny wpływ na kształt Unii Europejskiej. To moja rada dla profesora Sadurskiego. Szczera, bez krzty ironii, bo – jak mówiłem na Zjeździe PiS przed pięciu laty – wolałbym popierać Europę zjednoczoną na rzecz prawa natury niż zwalczać Europę zjednoczoną przeciwko niemu.
Skoro jednak otrzymujemy tylko taki odzew jak Konstytucja Giscarda, Karta Praw i szczere stanowisko Wojciecha Sadurskiego (dziękuję za pozdrowienia i również pozdrawiam) – trzeba skonstatować, że w tym kręgu opinii chrześcijańskiej nikt do jedności nie zaprasza. Swoje opinie możemy zachować dla siebie; więc niech się nie dziwią, że im zostawimy ich Traktat.
Nie chowajcie w rękawie odpowiedzialności
Platforma zaczyna się zastanawiać, czy rzeczywiście warto wyzbywać się atutów w sporze o kształt Unii Europejskiej, pospiesznie ratyfikując niepewny Traktat Reformujący. Niepewny, bo nie ma żadnej pewności, że zostanie jednomyślnie przyjęty przez wszystkie państwa Unii. A w wypadku Maastricht, Nicei i Konstytucji dla Europy prawo do podniesienia wcześniejszych oczekiwań czy wątpliwości miały te państwa, które albo wystąpiły przeciw, albo – przynajmniej nie spieszyły się z ratyfikacją.
Ostateczne słowo w tej sprawie będzie miał jednak Jarosław Kaczyński. Dysponuje dobrze ponad stu pięćdziesięcioma czterema głosy potrzebnymi do zatrzymania ratyfikacji. A mając tyle - może również wyznaczać jej tempo. W sprawie ratyfikacji, wymagającej w praktyce zgody obu wielkich partii (vide art. 90 Konstytucji RP), ma realną władzę; czy chce, czy nie chce, ponosi więc również odpowiedzialność.
Na razie Kaczyński uzależnia ratyfikację od odrzucenia przez rząd Tuska Karty Praw Podstawowych. Polskie opt-out ma wartość protestu, ale tylko tyle. Do tej pory PiS nie wyjaśnił, przed jakimi skutkami Traktatu ochroni nas ta deklaracja. Odrzucenie Karty pozwala na przykład udawać sprzeciw wobec podważania prawnej pozycji rodziny. Ale przecież rząd Kaczyńskiego w ogóle nie podjął starań o wpisanie do art. 1a Traktatu praw rodziny, a koncept „orientacji seksualnych” jest nie tylko w Karcie Praw, ale w samym Traktacie (art. 10 i 19).
Jeśli PiS jest naprawdę przeciw polityce zawartej w założeniach Karty Praw – powinien skutecznie działać przeciw ratyfikacji Traktatu, który ze znacznie większą siłą powtarza te same treści. Zamiast uprawiać polityczny iluzjonizm, by tylko uwolnić się od politycznej odpowiedzialności – powinien pokazać naprawdę skuteczność w walce o Polskę, a nie o władzę nad Polską.
Jeszcze o reformie Benedykta XVI
Smok2 pisze, że nawrócenie świata zaczyna się od niego osobiście, a „nie od Żydów”. Również Sosenka nie rozumie, dlaczego od Żydów ma zaczynać się droga nawrócenia świata. Smokowi2 życzę jak najlepiej, ale chyba własne życie wewnętrzne pomyliło mu się z historią Zbawienia.
Całe bowiem dzieło ziemskiego życia Jezusa Chrystusa dokonało się wewnątrz Izraela. Taka była wola Boga: „Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego! Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela” (Mt 10,5-6). Właśnie dlatego – poprzez wypełnienie obietnic prorockich – Zbawienie mogło objąć wszystkich ludzi. Ale również ewangelizacja zaczynała się od Żydów i to nie tylko w porządku historycznym; oni byli pierwszymi adresatami Ewangelii (por. Rz 1,16). Stąd waga, jaką Kościół przywiązuje do tych relacji, które – jak uczył Jan Paweł II – nie są tylko zewnętrzne. To są kwestie samej naszej wiary; mgt-22 powinien to wziąć pod uwagę.
Braterski gest Benedykta XVI (zmiana modlitwy wielkopiątkowej, uwypuklająca teologię zawartą w rozdziałach 9-11 Listu do Rzymian) nie zyskał dobrego odbioru wśród części autorytetów żydowskich. Pojawiły się głosy o cofnięciu w dialogu, a dwaj włoscy rabini zaproponowali nawet jego chwilowe zawieszenie. Takie głosy (a nie modlitwa Kościoła) rzeczywiście torpedują dialog, ale może również pokazują, że dialog ten zabrnął w ślepą uliczkę.
Jeżeli natomiast chcemy być wierni uczuciom Kościoła i Papieża, musimy pamiętać, że sensem modlitwy o nawrócenie kogoś jest miłość, pragnienie komunii w Prawdzie, a nie piętnowanie błędów. I to właśnie potwierdza reforma Benedykta XVI.
Hańba domowa
W wielu miejscach świata nie przed dwustu i nie przed siedemdziesięciu laty, ale dosłownie w tej chwili, chrześcijanie cierpią i umierają za wiarę. Świat milczy, albo – w najlepszym razie – rozkłada ręce. Społeczeństwa chrześcijańskie, tak łatwo wzruszające się każdym medialnym dramatem, niespecjalnie chcą wiedzieć co dzieje się z naszymi braćmi tam, gdzie życie jest mniej wygodne.
W Poznaniu po raz kolejny na niepokonalne przeszkody natrafiła akcja informacyjna o Drodze Krzyżowej Męczenników XXI wieku. Plakaty informujące o losie chrześcijan w Arabii Saudyjskiej, w Indiach i w Korei komunistycznej nie mogły zostać rozwieszone w autobusach i tramwajach, bo zgody odmówił prezes MZK Wojciech Tulibacki. Jego zdaniem prześladowania, o których informowały plakaty, tłumaczy kontekst polityczno-historyczny. Ciekawe, czy uczony prezes pomyślał o tym, że oportunizm w czasach PRL też tłumaczył kontekst polityczno-historyczny (i oczywiście specyficznie pojęta odpowiedzialność).
Tymczasem umieszczenie solidarności chrześcijańskiej na czele agendy polityki praw człowieka podniosłoby tylko międzynarodowy autorytet naszego kraju, pokazując, że za odrębnością naszego stanowiska stoją autentyczne racje uniwersalne, a nie prowincjonalna specyfika. Więcej, podjęcie tej sprawy przez Unię Europejską w pełni odpowiadałoby i charakterowi działalności Unii, i budowałoby jej polityczno-moralną tożsamość. O ile jednak Unia jest od tego bardzo daleko, to Polsce potrzebna jest tylko moralna odpowiedzialność i wyobraźnia polityków.
Reforma Benedykta XVI
Ojciec Święty zmienił w Mszale tradycyjnym formułę wielkopiątkowej modlitwy za Żydów. Nowa, tak jak stara, opiera się na słowach Świętego Pawła. Stara modlitwa nawiązywała do 2 Kor 3,14-16, i bardziej odnosiła się do judaizmu jako religii niż do narodu żydowskiego. Nowa dotyczy zapowiedzi prorockich zawartych w Rz 11,25-26. W obu prosimy Boga, by Żydzi uznali Zbawiciela w Jezusie, obie potwierdzają uniwersalizm religii katolickiej, którego pierwszym świadkiem jest lud Izraela.
Przede wszystkim jednak reforma ta – tak charakterystyczna dla organicznego rozwoju liturgii, na który składały się pojedyncze zmiany wtapiające się w przekazaną przez Kościół całość i formę kultu – nawiązuje do polecenia Chrystusa, by z tymi, którzy domagają się, by iść z nimi kilometr (por. Mt 5,41), iść nawet dwa razy dalej. Przedstawiciele narodu żydowskiego prosili Kościół o uwzględnienie ich wrażliwości (przez usunięcie słów o zasłonie serc i ślepocie) – i Kościół ten braterski gest uczynił. Potwierdzając wyraźnie powszechność Ewangelii. Szkoda jedynie, że nowa modlitwa nie została równocześnie włączona do obu Mszałów – tradycyjnego i Pawła VI. Potwierdzałoby to jedność obu form liturgii, o której pisał do biskupów Kościoła Benedykt XVI. W każdym razie droga Kościoła do nawrócenia świata, które zaczyna się od Żydów, biegnie dalej.
Po finale NFL
Wbrew temu, co kiedyś podała Wikipedia, nie jestem żadnym ekspertem amerykańskiego footballu. Najwyżej tylko kibicem, bez wielkich szans oglądania meczów. Choć wczoraj, już na video, dokończyłem oglądanie niedzielnego Super Bowl, wielkiego finału ligi NFL. Ku zaskoczeniu większości kibiców, również oglądających mecz, hegemoni ostatniej dekady – New England Patriots – zostali pokonani dosłownie w ciągu ostatnich minut gry i Puchar Lombardiego pojechał do Nowego Jorku.
Co tak nadzwyczajnego jest w footballu? Ogromny dramatyzm, poszczególne akcje mają większe konsekwencje niż w naszej piłce nożnej (choć jednocześnie akcji jest równie dużo jak w koszykówce). Jednocześnie – mimo znaczenia każdego podania i biegu, bo prawie każdy zdobyty jard jest ważny – sekwencje akcji trwają bardzo długo, na przykład wczoraj pierwsze natarcie New York Giants trwało całe 10 minut. I cały czas emocje: dojdą, nie dojdą… Druga rzecz to malowniczość. Podający quarterback jest podobny do włócznika z antycznych rzeźb, odbierający musi manewrować jak slalomista, by przejść przez obronę przeciwnika, a niosąc piłkę wygląda jak kurier niosący rozkaz na polu walki.
Football też – mimo wizerunku sportu arcybrutalnego – ma niesamowitą aurę kulturalną. Właściwie to cała filozofia. Trenerów footballu grali Al Pacino, Gene Hackman, Denzel Washington, Nick Nolte, Warren Beatty. Komu się football amerykański nie podoba – zapewne się do tego sportu nie przekona. Ale kto chce ten sport zrozumieć – niech przeczyta na przykład „Czuwanie” Johna Grishama, piękną książkę o amerykańskim Południu, a zarazem świetny podręcznik propedeutyki footballu. Potem pewnie więcej zrozumiecie – jak nie z reguł, to przynajmniej z urody gry.
Ecclesia semper militans
Stolica Apostolska wezwała Narody Zjednoczone do ogłoszenia moratorium na wykonywanie tzw. aborcji. Jak by to miało wyglądać? Rzecz jest najzupełniej realna, choć wymaga wyobraźni politycznej, ale właśnie taka jest natura polityki. Tymczasem Rzym pokazuje, że nie zmierza udawać, że gdy Kościół i świat liberalny mówią o prawach człowieka – mówią o tym samym; że Kościół nie będzie milczał, gdy depcze się godność ludzką – bo przestałby być Kościołem; że pogrążony w duchowym kryzysie świat zachodnich demokracji nie ma monopolu na nauczanie moralności politycznej.
W Waszyngtonie niespełna dwa tygodnie temu odbył się Marsz Życia. Poprzedziła go Noc Czuwania dla Życia w Narodowym Sanktuarium Niepokalanego Poczęcia. W kazaniu podczas Mszy świętej kardynał Justin Rigali, arcybiskup Filadelfii, powiedział, że obowiązującego od trzydziestu pięciu lat wyroku Sądu Najwyższego ws. Roe vs. Wade „nie powinno się było tolerować, nie można tolerować i nie będzie się tolerować”, bo jest nie do pogodzenia z godnością osoby ludzkiej. W Czuwaniu wzięło udział czterdziestu kardynałów, arcybiskupów i biskupów.
Wprowadzenie poprawki w polskiej Konstytucji byłoby wielkim wsparciem dla tego – widocznego po obu stronach Atlantyku, w Kościele i w życiu narodów – wysiłku dla cywilizacji życia. Bo Polska – o czym wyraźnie mówił nam Benedykt XVI – wcale nie jest zwolniona z dalszego wysiłku dla cywilizacji życia; przeciwnie. Bo tak jak mściwość okalecza sprawiedliwość, tak kwietyzm beczynności niweczy Nadzieję pokładaną w Bogu.
Korekty historyczne na marginesie
Agnieszka Rybak w dzisiejszej „Rzeczpospolitej” poświęciła mi duży artykuł. Tekst rzetelny, jednak przynajmniej w dwóch miejscach wymaga sprostowania. Dziś pierwsze, dotyczące wydarzeń sprzed lat. Twierdzenie, jakobym wyszedł ze Zgromadzenia Narodowego w RP 1989, „by umożliwić wybór Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta” jest całkowicie błędne. Na tymże posiedzeniu przedstawiłem w publicznym oświadczeniu motywy nieuczestniczenia w wyborach prezydenta PRL:
„Wobec wystawienia tylko jednej kandydatury na Prezydenta, stwierdzam, że w wyborach tych, które nie są autentycznymi wyborami, w których przedstawicielstwo narodu wybierałoby Prezydenta spośród wielu kandydatów, w wyborach takich brać udziału nie będę.”
W istocie była to reakcja na ułatwiające wybór Jaruzelskiego właśnie niewystawianie kandydata opozycji na prezydenta. Wcześniej przekonywałem Klub OKP, by albo wystawić kandydaturę Lecha Wałęsy, albo zbojkotować głosowanie, zgodnie z prostą zasadą – że komuniści są pozbawioną narodowego mandatu władzą, z którą możemy negocjować, a nie partnerem, którego narodowy legitymizm uznajemy. Rzecz odbywała się w Sejmie, w którym PZPR zagwarantował sobie i formacjom sprzymierzonym 65 % miejsc. Perspektywę rozwoju wydarzeń rysowała koncepcja zawarta w artykule Adama Michnika „Wasz prezydent, nasz premier”. I nie chodziło tu bynajmniej o premiera dekomunizacji.
Zgubiona orientacja
Muszę wrócić do wczorajszego wpisu, by wyraźnie powtórzyć jego zasadniczy motyw. Nie do pogodzenia z porządkiem naturalnym, bronionym przez Kościół, jest ideologiczny koncept „orientacji seksualnych”. Orientacja to wybór kierunku. Orientacja seksualna to nie „skłonność” niezależna – jako skłonność właśnie – od woli. Orientacja to właśnie wola bycia na przykład homoseksualistą; albo biseksualistą, bo to również oficjalnie uznana „orientacja”. A lista zapewne nie jest zamknięta…
Pojęcie „orientacji” i jej praw ma już swą praktyczną wykładnię w prawodawstwie i polityce państw oraz organizacji międzynarodowych. Ostatnio Europejski Trybunał Praw Człowieka w imię „równości orientacji seksualnych” uznał za prawo człowieka adopcje homoseksualne. Może to uświadomi odpowiedzialność ludziom, którzy uważają, że słowa mają takie znaczenie, jakie w danym momencie wygodnie im przypisać.