Wbrew temu, co kiedyś podała Wikipedia, nie jestem żadnym ekspertem amerykańskiego footballu. Najwyżej tylko kibicem, bez wielkich szans oglądania meczów. Choć wczoraj, już na video, dokończyłem oglądanie niedzielnego Super Bowl, wielkiego finału ligi NFL. Ku zaskoczeniu większości kibiców, również oglądających mecz, hegemoni ostatniej dekady – New England Patriots – zostali pokonani dosłownie w ciągu ostatnich minut gry i Puchar Lombardiego pojechał do Nowego Jorku.

Co tak nadzwyczajnego jest w footballu? Ogromny dramatyzm, poszczególne akcje mają większe konsekwencje niż w naszej piłce nożnej (choć jednocześnie akcji jest równie dużo jak w koszykówce). Jednocześnie – mimo znaczenia każdego podania i biegu, bo prawie każdy zdobyty jard jest ważny – sekwencje akcji trwają bardzo długo, na przykład wczoraj pierwsze natarcie New York Giants trwało całe 10 minut. I cały czas emocje: dojdą, nie dojdą… Druga rzecz to malowniczość. Podający quarterback jest podobny do włócznika z antycznych rzeźb, odbierający musi manewrować jak slalomista, by przejść przez obronę przeciwnika, a niosąc piłkę wygląda jak kurier niosący rozkaz na polu walki.

Football też – mimo wizerunku sportu arcybrutalnego – ma niesamowitą aurę kulturalną. Właściwie to cała filozofia. Trenerów footballu grali Al Pacino, Gene Hackman, Denzel Washington, Nick Nolte, Warren Beatty. Komu się football amerykański nie podoba – zapewne się do tego sportu nie przekona. Ale kto chce ten sport zrozumieć – niech przeczyta na przykład „Czuwanie” Johna Grishama, piękną książkę o amerykańskim Południu, a zarazem świetny podręcznik propedeutyki footballu. Potem pewnie więcej zrozumiecie – jak nie z reguł, to przynajmniej z urody gry.