Należał do ludzi, którzy wywarli na moje życie największy wpływ, choć osobiście spotkałem go tylko dwa razy. Pierwszy raz na początku lat dziewięćdziesiątych, w jego klasztorze w Prowansji. Znałem Opata ze zdjęć, więc od razu poznałem go, gdy podawał gościom wodę do umycia rąk przed obiadem. Potem rozmawialiśmy o Kościele i o Polsce, której był bardzo ciekaw. Drugi raz dziesięć lat temu, na pielgrzymce wspólnot tradycyjnych do Rzymu. Odprawiał u Świętego Chryzogona Mszę dla pielgrzymów francuskojęzycznych. Dwa dni potem, po spotkaniu z Ojcem Świętym, udzielił błogosławieństwa Zosi i mnie.

Ale poznałem go wcześniej, przez lekturę „Jutra Chrześcijaństwa” przed prawie dwudziestu laty. Opat Gerard uczył, że piękno odbija blask Bożej Chwały. Widział je w świętej liturgii, w chrześcijańskim ładzie społecznym, w życiu rodzin. Wierzył w świętą nadzieję – pewność, że zadania, które Bóg przed nami postawił, możemy wypełnić; że życie chrześcijańskie nie jest nieosiągalnym ideałem, ale realnym powołaniem ludzi, ich wspólnot i narodów. Christianitas nie była dla niego wspomnieniem czasów średniowiecza. Widział ją wszędzie naokoło: w świadectwie uwięzionego Prymasa Wyszyńskiego, w powstaniu węgierskim’56, w epopei Algierii Francuskiej.  

Swój klasztor Świętej Magdaleny założył, by żyć według pierwotnej i wiernie praktykowanej tradycji benedyktyńskiej. Skupił wokół siebie grono młodszych uczniów, którzy pragnęli tego samego. Sam zaprojektował kościół w stylu romańsko-prowansalskim, tak jak wierzył – że „każdy klasztor jest obrazem Nieba”. Początkowo traktowany jako kontestator, przez Jana Pawła II został obdarzony godnością opata. Bóg pozwolił mu odpocząć przez ostatnie lata tak twórczego życia i być świadkiem opackiej benedykcji następcy – Ojca Ludwika-Marii de Geyer d’Orth OSB. Odszedł do Boga, ale piękno, któremu dał życie – zostało z nami na ziemi.