marzec 2008
Miesiąc
Do Przyjaciół PiSomanów
W ubiegłoroczny wielkanocny piątek ostatecznie storpedowano prace nad poprawieniem w Konstytucji przepisów dotyczących prawa do życia. Jeszcze nie zdążyłem o tym napisać, a już (przy okazji wpisu o Radzie Europy) doczekałem się komentarzy historycznych.
Motyl i brat-olin twierdzą, że pomogłem obalić rząd Jarosława Kaczyńskiego. Ciekawe jak? Łatwo coś takiego napisać, trudniej czymkolwiek poprzeć. Prawda jest taka, że zawsze głosowałem w obronie rządów atakowanych przez komunistów. Broniłem rządu Jana Olszewskiego, Hanny Suchockiej i Jarosława Kaczyńskiego. Natomiast Jarosław Kaczyński (bezpośrednio) obalał rząd Hanny Suchockiej i pośrednio (przez rozwiązanie wspólnie z SLD Parlamentu) rząd własny. Smutna prawda. Ja tego rządu broniłem do końca.
Natomiast caltha oskarża mnie o sobiepaństwo, bo chciałem potwierdzenia, że Polska jest państwem cywilizacji życia. Jak rozumiem – nie było takiej potrzeby, ani obowiązku. „Zasady zobowiązują”, ale nie do obrony cywilizacji życia. Zobowiązują do zakładania podsłuchów w gabinetach zastępców i do proponowania im łapówek. Ale może z tego też można było zrezygnować? Bo ja wiem, skoro można rezygnować ze wszystkiego…
Czytam z sympatią moich polemistów, bo sam w działalność w Prawie i Sprawiedliwości wkładałem sporo uczuć – ale mam wrażenie, że PiSomania nie sprzyja trzeźwości sądu. Nie sprzyja również – tak drogiej sercu PiSomanów – skuteczności. Bo polityka Kaczyńskiego przynosiłaby lepsze skutki, gdyby zwolennicy nie utwierdzali go w przekonaniu o nieomylności i wolności od jakichkolwiek zobowiązań – ideowych i społecznych.
Oczywiście, Państwo po raz kolejny uznacie, że atakuję PiS. Ale to nieprawda. Nie atakuję – po prostu kontroluję i zapewniam kontrolę społeczną w obrębie opinii prawicowej. I to działa, co widać szczególnie od kilku tygodni. Choć miłe PiS-owi nie jest. Ludzka rzecz, bo każdy – jak pisze Gilder – chciałby być monopolistą.
Przypomnijmy Radzie, czego miała bronić
Na czym polega skuteczność działań typu planowanej rezolucji Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy przeciw ochronie życia nienarodzonych? Po pierwsze – na stałej presji na państwa cywilizacji życia, moralnym osaczeniu, stawianiu pod pręgierzem państw, które odrzucają dyktat kontrkultury śmierci. Po drugie – na wspieraniu ataków na cywilizację życia wewnątrz krajów krytykowanych.
Nasza reakcja będzie skuteczna tylko wtedy, jeżeli będziemy działać tak, jak nasi oponenci. Jeżeli w odpowiedzi na ich ataki będziemy budować opinię chrześcijańską w Europie. Jak to można robić, pokazaliśmy parę razy w ostatnich latach. Przypomnę – dla przykładu – tylko dwie uchwały podjęte przez Sejm, gdy kierowałem Izbą. Z lipca’2006, przeciw finansowaniu badań, w których niszczy się życie ludzkiej w fazie embrionalnej; uchwała mówiła, że „instrumentalne wykorzystywanie ciała ludzkiego i niszczenie życia poczętego jest drastycznym naruszeniem praw człowieka. Nie można go usprawiedliwić żadnymi okolicznościami i należy tych praktyk zaniechać, niezależnie od intencji, dla których są podejmowane.” Czy miesiąc wcześniejszą, zawierającą protest przeciw atakom na Polskę w Parlamencie Europejskim, w której „Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, utożsamiając się z judeochrześcijańskim dziedzictwem moralnym Europy, [uznał, że] nie może aprobować wprowadzania do dokumentów Unii Europejskiej pojęć w rodzaju «homofobia»”.
Co można zrobić dziś? Nasi posłowie do Zgromadzenia Rady powinni na przykład zgłosić spokojny, ale stanowczy projekt rezolucji, że „państwa, które w swym ustawodawstwie chronią życie nienarodzonych dobrze realizują art. 2 (prawo do życia) Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Podstawowych Swobód”. Już samo głosowanie takiej rezolucji przeciwstawiłoby zamachom na prawo do życia nie nieokreślone racje (światopoglądowe? lokalne?) – ale uniwersalne prawo, które jest atakowane. A nawiasem mówiąc – byłoby to przypomnienie nie tylko prawdy moralnej, ale również prawno-historycznej, bo taki był sens tego przepisu, gdy Konwencja była przyjmowana przez państwa Zachodu w RP 1950.
Polska to nie PO-PiS
Prezydent twierdzi, że w Polsce nie ma sporu o traktat europejski. Wygląda na to, że nie ma już sporu między PO i PiS, ale w Polsce spór na temat przyszłości Europy i roli Polski w Unii Europejskiej jest coraz wyraźniejszy. Potwierdzają to wszystkie najnowsze sondaże.
Jarosław Kaczyński wyjaśnił podczas debaty sejmowej, co jest celem wszystkich manewrów ratyfikacyjnych: przyjąć traktat. Ale tak, by większość Polaków z tym się pogodziła, a tych, którzy nadal będą przeciwni – zepchnąć na zupełny margines.
To się Wam, Panowie, nie uda. Na szczęście dla Was. Bo gdyby przypadkiem się Wam udało – to Wy byście znaleźli się na kompletnym marginesie. Moralnym.
Blog and Religia
22 marca 2008
Wielkanocne życzenia
Jak pisze Święty Beda: „przez wiarę w Zmartwychwstanie z ciemności grzechu i mroku śmierci przechodzimy, za łaską Chrystusa, do światła życia”. Nie ma prawdziwego życia bez Boga. Wszystkim Czytelnikom życzę, by te Święta pozwoliły nam doświadczyć tego życia naprawdę. Bóg nie lekceważy żadnej z naszych codziennych spraw: żadnej pracy, żadnego moralnego dylematu, nawet żadnej bezradności. Ale wszystko nabiera właściwego znaczenia – gdy patrzymy na Niego. I oby świętość tej Nocy i tych dni promieniowała również na tych, którzy nie wierzą.
Ale najbardziej nam wszystkim, bo i sobie, życzę, byśmy – jak kobiety w tę Noc od Anioła – usłyszeli kiedyś „Nie bójcie się…”
Samotność Pana
Jednym z najbardziej poruszających i tajemniczych fragmentów opisu Męki Pańskiej jest stwierdzenie, że Pan szykujący się do śmierci w Ogrodzie Oliwnym zaczął „odczuwać odrazę” (Mt 26,37). Nie wiemy co czuł wtedy Zbawiciel, ale podobne uczucia nigdy nie były obce ludziom opuszczonym.
Golo Mann w swej pracy o hrabim Helmucie Jamesie von Moltke, męczenniku Kręgu z Krzyżowej, pisze, że w ciągu lat samotnej, moralnej opozycji wobec reżimu hitlerowskiego, lat, które jednocześnie nieuchronnie przybliżały jego śmierć, w jego listach coraz bardziej widoczne jest „wyobcowanie i wstręt”. Szczególnie odnoszący się do otoczenia. „Warstwa wyższa”, „ludzie dobrze wychowani” – „są jak kameleony, bez moralnej substancji, postępujący w duchu czystego oportunizmu, przyzwoici w otoczeniu przyzwoitym, nikczemni w nikczemnym”.
Opuszczenie Chrystusa dziś to przede wszystkim nasza obojętność wobec naszej własnej wiary. Obojętność religijna; religia, Łaska udzielana przez Boga człowiekowi – z której dziś coraz częściej robimy łaskę czynioną Bogu.
Kościół w Wielki Czwartek śpiewa, żeśmy „się chlubić powinni Krzyżem Pana naszego Jezusa Chrystusa”. A Święty Augustyn komentując wielkoczwartkową Ewangelię pisze, że „znakiem Jego krzyża naznaczone są nasze czoła, a my jesteśmy uwolnieni od zatraty tego świata, jakby z niewoli egipskiej”. Osładzajmy więc naszemu Panu Jego samotność i cierpienie, z dumą nosząc Jego krzyż, na czole, na ustach, w sercu, w centrum naszego życia.
Międzynarodowe
19 marca 2008
Jechać do Pekinu?
Zbrodnie w Tybecie tylko uzmysłowiły ślepym, co ciągle oznacza komunizm; nawet konsumpcyjny, pop-kulturowy i zupełnie post-. Nie od wczoraj chińscy komuniści wygrażają wojną Tajwanowi, wolnemu, pokojowemu i świetnie rozwiniętemu państwu. Odmawiają prawa do istnienia Kościołowi Rzymskokatolickiemu. A narzędziem „polityki jednego dziecka” czynią gwałty aborcyjne, w których zabijane są dzieci nawet na parę dni przed czasem rozwiązania. Tak wygląda „polityka” w komunizmie.
Gdy kierowałem Izbą, podniosłem na poziom międzykomisyjny stosunki między Sejmem a Yuanem w Tajpej. Chroniłem też działalność grupy przyjaciół Tybetu. Jej delegację do Dharamsali planowaliśmy na lato’2007. Nie dlatego, jak twierdzić by mógł jakiś komunistyczny propagandysta, by szkodzić Chinom. Po prostu dlatego, że chińscy chrześcijanie, Chińczycy na Tajwanie, Tybet mają zwyczajne prawo do solidarności, a przynajmniej kontaktów ze światem.
Niektórzy zwolennicy Igrzysk w Chinach powołują się na nieskuteczność bojkotu Olimpiady w Moskwie. Taka opinia oparta jest na głębokiej ignorancji historycznej, bo bojkot ten był jednym z zasadniczych elementów antykomunistycznej strategii Reagana. I został podjęty przez solidarność z Polską. Dziś możemy i powinniśmy zrobić to samo. Ktoś powie, że przecież nie od dziś znany jest charakter rządu w Pekinie. To prawda, ale skoro nie byli tego świadomi decydenci MKOL, wybierając komunistyczne Chiny na organizatora Olimpiady, to dziś mają jeszcze jedną okazję, by tej świadomości nabrać.
Po owocach
Po przemówieniu Prezydenta trudno powiedzieć, w którym punkcie oporu antytraktatowego jesteśmy. Prezydent znowu chwalił traktat lizboński. I były tam elementy jawnie wprowadzające w błąd opinię publiczną. Bo problem destrukcji praw rodziny i promocja homoseksualizmu to nie tylko Karta Praw. I nie tylko obecność w traktacie podstawowym przepisów zawierających koncept „orientacji seksualnych”, których „wszelką dyskryminację” Unia zobowiązuje się „zwalczać”. Najgorsze jest to, że nasi przedstawiciele nie podjęli żadnych wysiłków, żeby przepisów takich w traktacie nie było. A ich obecność w traktacie – to podstawa stałej presji na Polskę.
Otwiera się jednak szansa – niezależnie od wcześniejszych złych decyzji i zaniechań – na odrzucenie traktatu. Jeżeli taka będzie funkcja proponowanych dokumentów towarzyszących – to dobrze. Wówczas odrzucenie traktatu będzie zasługą Prezydenta i PiS. Ale jeśli traktat ten zostanie przyjęty, to będzie również odpowiedzialność PiS, który ma w pełni wystarczające instrumenty, by go zablokować. I nic tu nie zmienią gromkie deklaracje i deklamacje. Poznamy po owocach.
W każdym razie daleko zaszliśmy od głosowania w Sejmie pod koniec lutego, które wybrało parlamentarną drogę ratyfikacji. Jeszcze miesiąc temu debaty na temat traktatu właściwie nie było. Nikt do traktatu żadnych zastrzeżeń nie zgłaszał. Dziś marszałek Komorowski ogłosił, że ewentualne referendum może się odbyć nawet w przyszłym roku, w połączeniu z wyborami europejskimi. A to już włączenie do naszej debaty całej krytyki traktatu, która w tym czasie będzie miała miejsce w innych krajach Unii.
W ciągu całej debaty Prawica Rzeczypospolitej konsekwentnie prezentowała kilka – początkowo odosobnionych – tez. Po pierwsze – pośpiech ratyfikacyjny jest szkodliwy. Po drugie – naprawdę ważnym problemem jest szkodliwość tego traktatu, a nie forma jego ratyfikacji. Po trzecie – PiS posiada pełnię władzy potrzebnej do odrzucenia traktatu. Pracujemy dalej, a wszystkim, którzy nas wspierają w tej pracy – serdecznie dziękuję.
Ratyfikacja, czyli co?
Kiedy odrzucono Konstytucję dla Europy, popierający ten traktat komentatorzy uparcie twierdzili, że Francuzi i Holendrzy nie znali tekstu traktatu i nie wiedzieli, przeciw czemu głosują. Nikt nie protestował przeciw tego rodzaju wiwisekcjom francusko-niederlandzkiej świadomości obywatelskiej – więc jest standard, z którego warto skorzystać i zapytać, czego o traktacie dowiadują się Polacy.
Nasza opinia jest bowiem bez przerwy wprowadzana w błąd w kwestii przedmiotu obecnej ratyfikacji. Przez polityków, którzy mają w tym swój interes. Na przykład SLD chce sobie budować nową tożsamość „europejską”, zgadzając się ze wszystkim, co przychodzi z Brukseli. PO i PiS chcą uniknąć merytorycznej debaty w oparciu o kryteria, które wcześniej same sformułowały. Ale co gorsza – również komentatorzy wmawiają Polakom, że w ratyfikacji chodzi o to, czy Unia Europejska będzie istniała nadal i czy Polska będzie brała w niej udział. Nic bardziej niedorzecznego. Decyzja o Unii zapadła w drodze referendum. Teraz waży się, czy zachowamy pozycję, z którą do Unii weszliśmy, czy też zostanie drastycznie obniżona. A także sam charakter Unii; potwierdzenie albo rewizja jej złych, zrywających z cywilizacją chrześcijańską, wyborów. W tej sprawie deklaratywnie też wszyscy byli zjednoczeni.
Ale najkrócej – chodzi przede wszystkim o to, czy Polska w Unii będzie prowadzić aktywną politykę, promując solidarność (i tą drogą realizując nasze interesy), czy przeciwnie – będziemy traktować sami siebie jako kraj przyłączony. Ciesząc się – jak radził Jacques Chirac – że możemy cicho siedzieć przy stole.
Po rewelacjach „Dziennika”
Wróciłem w nocy z wyjazdu do Kielc i Radomia. W ciągu dnia sporo dziennikarzy dzwoniło z pytaniami o tekst Mikołaja Wójcika. W czasie wyjazdu (podczas kolejnych spotkań i w mediach) wyłączać trzeba co chwila telefon, więc nie bardzo nawet mogłem autoryzować wypowiedzi. W każdym razie wyjaśnię tu i teraz dwa najważniejsze aspekty sprawy.
Mam wrażenie, że tekst „Dziennika” zupełnie niepotrzebnie przedstawia kluczowy problem narodowy, jakim jest traktat lizboński, jako element gry partyjnej. Zależy mi na tym, żeby PiS zablokował ten traktat, a nie na tym, by odróżniać się od PiS, który tego nie zrobi. Sprawa jest trudna, ale łatwe nie potrzebują zaangażowania. I tak udało się mocno wzruszyć dotychczasowe stanowisko PiS-u. Oczywiście trzeba nadal demaskować sztuczki alchemiczno-polityczne, żądając poważnej i uczciwej decyzji w sprawie traktatu. Jak mówiłem przy sprawie Konstytucji: po PiS-owsku jednoznacznej i jednogłośnej. A dziś, i jutro, i pojutrze zrobimy wszystko, by PiS pamiętał o zobowiązaniach wobec wyborców, którzy naprawdę uwierzyli w program Europy Solidarnych Narodów. (Jego założenia przypomniałem ostatnio w „Naszym Dzienniku”).
Sprawa druga: rola Radia Maryja. W sprawie traktatu okazała się wyjątkowa, bo jedynie Radio oraz TV Trwam i „Nasz Dziennik” potraktowały sprawę traktatu naprawdę poważnie. Dla innych mediów to ciągle element gier PO-PiS-owych, na równi z aferą remontu Krakowskiego Przedmieścia. Ale przecież zarzuty wobec traktatu znamy w Polsce od kilku lat, od kiedy Konwent Giscarda zakończył swoją działalność. Przecież to nie Radio Maryja rzucało się na stos w obronie Nicei i „pierwiastka”. Ale dzięki Radiu można to było przypomnieć.
Sztuki polityczne w Sejmie
W sejmowej debacie na temat zalet traktatu lizbońskiego szczególne wrażenie zrobił na mnie argument Platformy. Otóż jej politycy twierdzą, że dzięki reformie pojawi się wreszcie w UE demokratyczna kontrola, wykonywana przez Parlament Europejski.
Istotnie, dotychczasowe starania kontrolne Parlamentu Strasbourgskiego były zdecydowanie niedoceniane. Tymczasem już przeszło trzy lata temu Parlament ten skontrolował projektowany skład Komisji Europejskiej i wykrył tam – przemycanego przez Republikę Włoską – profesora Buttiglione. Buttiglione został zdemaskowany i skutecznie wyeliminowany. Florentyńskie manewry włoskiego rządu na nic się nie zdały. Europa została ocalona. A teraz jest już zupełnie bezpieczna: kontrola się dopiero zaczyna.
Jarosław Kaczyński oznajmił natomiast, że wynegocjowany przez niego traktat, literalnie rozumiany, robi z Polski województwo Unii Europejskiej. Ale i przed tym Polskę ocali. Przecież gdyby nie mógł ocalić, w ogóle by go nie podpisywał. Narzędziem ocalenia będzie kamień filozoficzny. A ściśle biorąc – alchemiczna preambuła przewodniczącego Gosiewskiego. Traktat dotknięty preambułą zamienia się w Wielki Narodowy Sukces. Preambuła cofnięta – PO robi z nas prowincję Imperium. I znów preambuła przystawiona – Polska rządzi w Unii. Sprawa genialnie prosta. Szkoda, że Przemek Gosiewski od razu na to nie wpadł. Można by się w ogóle nie przejmować tymi całymi negocjacjami.
W przerwie między sporami
W trakcie naszej debaty ratyfikacyjnej nie miałem czasu odnotować jubileuszu bloga. Padł trzytysięczny głos w naszych e-rozmowach. Wpisał go wczoraj rano pan Piotr Beniuszys, na temat niejednorodności liberalizmu.
Istotnie, liberalizm nie jest zjawiskiem jednoznacznym. Choć w głównych nurtach wywodzi się z angielskiego Oświecenia i dziedziczy spadek Rewolucji francuskiej, u początków miał również związki z wcześniejszą tradycją europejską. Monteskiuszowski (zwany też arystokratycznym) liberalizm był w pewnym sensie reakcją na absolutystyczną destrukcję tradycyjnych swobód i praw, opartych na poświadczanej przez religię moralnej odpowiedzialności władzy, prawach kardynalnych i zasadzie rządów „król w swojej radzie, naród w swoich zgromadzeniach”. Sam absolutyzm zaś rozwijał się w miarę kryzysu kultury chrześcijańskiej: najpierw przez katolicką recepcję makiawelizmu (która spowodowała chorobę, której po dziś dzień podlega wielu konserwatystów), potem już wprost przez oświeceniową ideę postępu.
„Bezobjawowy” makiawelizm wyniósł ponad sprawiedliwość (i prawa kardynalne) „pokój społeczny” ustanawiany siłą władzy; Oświecenie postawiło za cel państwu nie zachowywanie sprawiedliwego ładu społecznego, ale „postęp”, radykalną zmianę społeczną, „przyszłą sprawiedliwość”. Jedno i drugie sprzyjało „kreatywności” władzy i zawieszeniu praw narodów i ludzi. I faktycznie torowało drogę Rewolucji.
Manewry ratyfikacyjne
Według Przemysława Gosiewskiego w PiS-ie „nie było dyskusji o tym, kto jest ZA, a kto PRZECIW traktatowi, natomiast była dyskusja, w jakiej formie ratyfikować traktat i niektórzy posłowie byli za tym, aby to się odbyło w drodze referendum” (PAP 10 bm.). Natomiast Zbigniew Girzyński w „Naszym Dzienniku” (tego samego dnia) daje mocną deklarację: „Parlament powinien odrzucić traktat lizboński”. Jeśli więc przewodniczący Klubu PiS mówi prawdę – to deklaracja b. sekretarza Klubu PiS jest adresowana wyłącznie do czytelników „Naszego Dziennika”, a nie do własnej partii. Tam – według Gosiewskiego – żadnych wypowiedzi przeciw traktatowi nie było.
Jednak dyskusja w PiS dotyczy nie tylko formy ratyfikacji. Chodzi też o wybór pozycji; o to, jak poprzeć traktat „z pozycji prawicowych”. Przemysław Gosiewski proponuje opatrzyć ustawę ratyfikacyjną preambułą na temat moralności, suwerenności i świata wartości. Zapomina – albo udaje – o wartości prawa konstytucyjnego. Bo Konstytucja jasno rozstrzyga, że ratyfikacja umów międzynarodowych stanowi prerogatywę Prezydenta (art. 133-1-1), a rolą Sejmu jest jedynie wyrażenie na to zgody (art. 89-1). I że ratyfikowana umowa międzynarodowa ma pierwszeństwo przed ustawą (art. 91-2).
PiS może zablokować ratyfikację traktatu deformującego UE. Reszta to niepoważna maskarada, jeszcze bardziej dewaluująca poziom polityki w Polsce. Panowie, karnawał się skończył.
Christianitas
8 marca 2008
Federacja Życia przeciwko bezprawiu
Parę dni temu „Dziennik” otwarcie potwierdził powszechne przekonanie o zabijaniu dzieci w embrionalnej fazie życia, w ramach selekcyjnych procedur in vitro. W publikacji „Dziennika” nie chodziło wprawdzie o przyznanie racji Biskupom, że mamy do czynienia z wyrafinowaną aborcją. Reportaż miał potwierdzać tezę o rzekomej zgodzie polskiego prawa na tego rodzaju praktyki. A ta rzekoma zgoda ma (po pierwsze) uzasadniać „uporządkowanie” problemu w duchu minister Kopacz (bezterminowe zamrażanie zarodków) oraz (po drugie) forsować sformułowane implicite założenie, że poczęcie nie jest początkiem życia człowieka i momentem, gdy nabywa on ludzkie prawa. Jednak pokazanie materialnej prawdy o cenie sztucznego zapłodnienia jest wartością samą w sobie. Korzystając z tej publicznej informacji Paweł Wosicki, prezes Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia, zawiadomił oficjalnie prokuratora generalnego o notorycznym przestępstwie wskazanym w art. 157a Kodeksu Karnego. Dzięki, Pawle, za ten cenny akt obrony ludzkiego życia i egzekucji praw Rzeczypospolitej.
Europoślizg logiczny
Zauważyłem, że niektórzy komentatorzy sugerują, iż premier Kaczyński zaakceptował nowy traktat europejski, ponieważ wystąpiłem z partii rządzącej. Szczerze mówiąc – kompletnie tego nie rozumiem. Mam wrażenie jakiejś nieciągłości logicznej. Ale cóż, człowiek nie wie wszystkiego…
Nicea czyli obciach
Jeden z moich polemistów zarzuca mi nierzetelność i niesprawiedliwość. Na początek dlatego, iż uważam, że traktat – wprowadzając instytucję wspólnej polityki zagranicznej – niesie ryzyko podporządkowania nas polityce ignorującej kluczową dla polskiej racji stanu politykę wschodnią. Zarzuca mi, że piszę jedynie o „braku gwarancji”, więc nie ma żadnych argumentów, że tak będzie. Argument całkowicie błędny materialnie i formalnie. Materialnie, bo wystarczy znać poglądy właściwej komisarz - Benity Ferrero-Waldner. Przecież właśnie wobec Ukrainy sformułowano (po pomarańczowej rewolucji) kryterium „zdolności absorpcyjnej”. O Gruzji jeden z najważniejszych ludzi w Unii powiedział mi „przecież to w ogóle nie Europa”. (No, tak – w przeciwieństwie do Dagestanu).
Ale jest to argument błędny również formalnie – bo gwarancje zgodności polityki Unii z naszą racją stanu tym różnią się od zabiegania w Brukseli o jej uwzględnianie, czym wolność różni się od prawa upominania się o wolność. Niestety, łatwo zgadzamy się dla naszego kraju na to, na co nigdy nie zgodzilibyśmy się wobec siebie.
Dowiedziałem się też, że z gazociągiem bałtyckim powinniśmy się pogodzić, bo Niemcom się opłaca. Czyli zasady solidarności Niemców nie obowiązują; oni z zasady są „europejscy”, więc solidarni. Tak ma wyglądać wspólna polityka zagraniczna i bezpieczeństwa? Chyba tak; potwierdza to najosobliwszy zarzut. Jestem niesprawiedliwy, bo bronię niegodziwych regulacji traktatu nicejskiego. Wstyd! „Nicea przeceniła naszą pozycję”. A może Polska ją po prostu wyłudziła?
Szczerze mówiąc, zaczynam się bać, że w imię takich poglądów ktoś zaproponuje pewnego dnia, by Polska w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ miała pół głosu Niemiec. Tak będzie sprawiedliwiej. Od Rosji już mamy głos słabszy, bo Rosja jest w Radzie Bezpieczeństwa. A Niemcy słusznie się o to upominają, bo im się to (z racji rozmiarów) należy. W końcu – jak powiedział generał de Gaulle na polach stalingradzkich – to wielki naród.
A skoro przypomniał mi się de Gaulle, to słowo o jego poprzedniku. Gdy Napoleon zbliżał się dwieście lat temu do granic Polski, miał powiedzieć „zobaczę, czy Polacy są godni być narodem”. Francuskie Nation oznacza w istocie państwo narodowe, naród mający państwo. Właściwie sensem słów napoleońskich było więc pytanie: czy Polacy naprawdę chcą mieć państwo? Pytanie, niestety, nadal aktualne. Nawet bardziej – bo dziś chodzi już nie tylko o państwo, ale o to, czy w ogóle – jako Polska – chcemy mieć politykę.
Traktat deformujący Europę
Nie lubię, kiedy o znaczeniu nadchodzących zmian w Unii Europejskiej mówi się w tonie apokaliptycznym. Tym sposobem nie zbudzi się poczucia narodowej odpowiedzialności, a jedynie spowoduje dalszą degradację debaty publicznej, gdzie słowa coraz mniej znaczą. Nie trzeba straszyć katastrofą narodową, by stwierdzić, że traktat lizboński jest zły dla Polski i dla Europy. Wystarczy poczucie odpowiedzialności za przyszłość i traktowanie serio głoszonych wczoraj zasad. Nowy traktat deformuje współpracę europejską; tak jego założenia – sformułowane już w Konstytucji dla Europy – oceniały jeszcze niedawno obie wielkie partie polityczne. Najpierw im należałoby zadać kłam; argumenty bowiem są słuszne albo nie – nie można ich ot, tak, bez przedstawienia nowych, odwołać. Ale skoro tak często czytam apele o rekapitulację zarzutów, powtórzę je raz jeszcze.
Następuje radykalne obniżenie przysługującej nam pozycji w Unii Europejskiej. Nasz głos słabnie o połowę w stosunku do Niemiec i o jedną trzecią w stosunku do Francji. Wpływ państw dominujących wzrośnie nawet formalnie, wobec poszerzenia zakresu decyzji podejmowanych większościowo, a więc przeciw opinii państw, które znajdą się w mniejszości. A to otwiera drogę do narzucania przez nie swojej polityki państwom Europy środkowej, choćby przy definiowaniu struktury i hierarchii celów unijnego budżetu (wyrównanie różnic gospodarczych, polityka rolna czy nowe technologie dla najbogatszych). Pamiętacie jeszcze jakie miejsce w Unii proponował nam parę lat temu prezydent Chirac?
Pozycja państw dominujących (w tym Niemiec) oraz degradacja Polski znajdzie potwierdzenie przede wszystkim w decydowanych większościowo wyborach Prezydenta Unii i ministra (Wysokiego Przedstawiciela ds.) spraw zagraniczno-obronnych. Szczególnie to drugie stanowisko związane będzie nie tylko z koordynacją, ale autentyczną inicjatywą w zakresie polityki Unii.
Definitywnie rezygnujemy z waluty narodowej – mimo oficjalnej ostrożności w tej kwestii tak prezydenta Kaczyńskiego, jak i premiera Tuska. Prezydent zapowiadał otwarcie debaty na ten temat dopiero za rok. Premier w niedawnym exposé zapewniał, że przede wszystkim należy sprawdzać czy euro nie obniży poziomu życia Polaków.
Dekretujemy wspólną politykę zagraniczną bez określenia jej celów (według traktatu ma to robić dopiero w przyszłości Rada Europejska). Nie ma żadnych gwarancji, że polityka ta będzie wspierać prozachodnie tendencje na Ukrainie, w Gruzji i innych krajach Europy wschodniej. Zmarnowaliśmy okazję by zażądać w ramach sprawdzianu intencji rezygnacji Niemiec z rurociągu bałtyckiego.
Traktat odrzucił formalnie zarówno potwierdzenie duchowego związku Europy z chrześcijaństwem, jak i pominął prawa rodziny i rodzinę jako wartość w katalogu wartości Unii Europejskiej. W zamian degraduje jej znaczenie utrwalając w prawie europejskim koncept „orientacji seksualnych”. (Pan Piotr Beniuszys pytał w czym przejawia się negacja chrześcijaństwa; jeśli nie wystarczy ta odpowiedź, proponuję Panu lekturę „Chrześcijańskiej Europy” J.H.H.Weilera; autor pisze o szkodach, jakie Europie wyrządza chrystofobia, jako ortodoksyjny Żyd).
Krótko mówiąc – mamy do czynienia z traktatem, który zamiast solidarności oferuje narodom Europy „konstytucyjny imperializm” (to też sformułowanie Weilera). Nasze postulaty – formułowane z umiarem i nastawieniem na współpracę – zostały odrzucone. A może – przez liderów dwóch wielkich partii – nigdy nie były traktowane serio?
Nowy głos o wielkopiątkowej modlitwie za Żydów
Wybitny rabin, profesor Jacob Neusner, w niemieckim Die Tagespost (23 ub.m.) napisał, że w nowej modlitwie wielkopiątkowej widzi po prostu wyraz wiary chrześcijańskiej. „Izrael modli się za narody, więc inne Kościoły monoteistyczne, w tym również Kościół katolicki, mogą robić to samo i nikt nie powinien czuć się tym obrażony. (…) Królestwo Boże otwiera swe drzwi dla całej ludzkości, więc gdy Żydzi podczas adoracji proszą o Jego rychłe nadejście, wyrażają tę samą wolność ducha, która cechuje papieski tekst wielkopiątkowej modlitwy za Żydów, a ściśle biorąc za «Święty Izrael»”. Rabbi Neusner widzi w tej modlitwie po prostu realizację „logiki monoteizmu i jego eschatologicznej nadziei”.
Kim jest profesor Neusner? To nie tylko wykładowca teologii i historii judaizmu na Uniwersytecie Columbia i wielu innych uczelniach, ale przede wszystkim człowiek, który poszedł spotkać Chrystusa. Nie chodzi o prywatne objawienie, ale o autentyczne spotkanie przez teologiczną medytację świadectw Nowego Testamentu. Neusner napisał o tym książkę „Rabin rozmawia z Jezusem. Dialog wiary ponad tysiącleciami”. W tym charakterze rabbi Neusner znalazł się wśród bohaterów „Jezusa z Nazaretu” Benedykta XVI. Rabbi Neusner nie przyjął, niestety, Ewangelii. Nie przyjął przede wszystkim prawdy o Wcieleniu, którego konsekwentną proklamację odnalazł w nauce Jezusa, i w konsekwencji – Nowego Prawa, które Bóg nadaje ludowi. Szkoda, ale swoją drogą – jak my, katolicy XXI wieku, przyjmujemy Cud Wcielenia, nie tylko potwierdzony przez Pismo Święte i naukę Kościoła, ale trwający „z nami” (por. Mt 1,23) w Najświętszej Eucharystii?