Kiedy odrzucono Konstytucję dla Europy, popierający ten traktat komentatorzy uparcie twierdzili, że Francuzi i Holendrzy nie znali tekstu traktatu i nie wiedzieli, przeciw czemu głosują. Nikt nie protestował przeciw tego rodzaju wiwisekcjom francusko-niederlandzkiej świadomości obywatelskiej – więc jest standard, z którego warto skorzystać i zapytać, czego o traktacie dowiadują się Polacy. 

Nasza opinia jest bowiem bez przerwy wprowadzana w błąd w kwestii przedmiotu obecnej ratyfikacji. Przez polityków, którzy mają w tym swój interes. Na przykład SLD chce sobie budować nową tożsamość „europejską”, zgadzając się ze wszystkim, co przychodzi z Brukseli. PO i PiS chcą uniknąć merytorycznej debaty w oparciu o kryteria, które wcześniej same sformułowały. Ale co gorsza – również komentatorzy wmawiają Polakom, że w ratyfikacji chodzi o to, czy Unia Europejska będzie istniała nadal i czy Polska będzie brała w niej udział. Nic bardziej niedorzecznego. Decyzja o Unii zapadła w drodze referendum. Teraz waży się, czy zachowamy pozycję, z którą do Unii weszliśmy, czy też zostanie drastycznie obniżona. A także sam charakter Unii; potwierdzenie albo rewizja jej złych, zrywających z cywilizacją chrześcijańską, wyborów. W tej sprawie deklaratywnie też wszyscy byli zjednoczeni. 

Ale najkrócej – chodzi przede wszystkim o to, czy Polska w Unii będzie prowadzić aktywną politykę, promując solidarność (i tą drogą realizując nasze interesy), czy przeciwnie – będziemy traktować sami siebie jako kraj przyłączony. Ciesząc się – jak radził Jacques Chirac – że możemy cicho siedzieć przy stole.