Po przemówieniu Prezydenta trudno powiedzieć, w którym punkcie oporu antytraktatowego jesteśmy. Prezydent znowu chwalił traktat lizboński. I były tam elementy jawnie wprowadzające w błąd opinię publiczną. Bo problem destrukcji praw rodziny i promocja homoseksualizmu to nie tylko Karta Praw. I nie tylko obecność w traktacie podstawowym przepisów zawierających koncept „orientacji seksualnych”, których „wszelką dyskryminację” Unia zobowiązuje się „zwalczać”. Najgorsze jest to, że nasi przedstawiciele nie podjęli żadnych wysiłków, żeby przepisów takich w traktacie nie było. A ich obecność w traktacie – to podstawa stałej presji na Polskę. 

Otwiera się jednak szansa – niezależnie od wcześniejszych złych decyzji i zaniechań – na odrzucenie traktatu. Jeżeli taka będzie funkcja proponowanych dokumentów towarzyszących – to dobrze. Wówczas odrzucenie traktatu będzie zasługą Prezydenta i PiS. Ale jeśli traktat ten zostanie przyjęty, to będzie również odpowiedzialność PiS, który ma w pełni wystarczające instrumenty, by go zablokować. I nic tu nie zmienią gromkie deklaracje i deklamacje. Poznamy po owocach. 

W każdym razie daleko zaszliśmy od głosowania w Sejmie pod koniec lutego, które wybrało parlamentarną drogę ratyfikacji. Jeszcze miesiąc temu debaty na temat traktatu właściwie nie było. Nikt do traktatu żadnych zastrzeżeń nie zgłaszał. Dziś marszałek Komorowski ogłosił, że ewentualne referendum może się odbyć nawet w przyszłym roku, w połączeniu z wyborami europejskimi. A to już włączenie do naszej debaty całej krytyki traktatu, która w tym czasie będzie miała miejsce w innych krajach Unii.  

W ciągu całej debaty Prawica Rzeczypospolitej konsekwentnie prezentowała kilka – początkowo odosobnionych – tez. Po pierwsze – pośpiech ratyfikacyjny jest szkodliwy. Po drugie – naprawdę ważnym problemem jest szkodliwość tego traktatu, a nie forma jego ratyfikacji. Po trzecie – PiS posiada pełnię władzy potrzebnej do odrzucenia traktatu. Pracujemy dalej, a wszystkim, którzy nas wspierają w tej pracy – serdecznie dziękuję.