Kwiecień 2008


Christianitas 29 kwi 2008

Dziś „Nasz Dziennik” informuje, że grupa posłów PiS zwraca się do marszałka Komorowskiego z poparciem dla Stolicy Apostolskiej w zabiegach o wystąpienie przez ONZ przeciw zbrodni aborcji. To ważna wiadomość, potwierdzająca moją prognozę, przedstawioną w tym miejscu, tydzień temu.

22 kwietnia bowiem, w Miejscu Piastowym, popierając apel posła PE Andrzeja Zapałowskiego o współpracę ugrupowań prawicowych zwróciłem się „do PiS, by przynajmniej przestał chodzić naokoło moratorium ONZ chroniącego życie nienarodzonych i w tej choćby sprawie pokazał szacunek dla zobowiązań moralnych swoich katolickich wyborców. I – napisałem dzień późniejmyślę, że wbrew dotychczasowym dwuznacznym wypowiedziom liderów PiS, apel ten będzie skuteczny.” I jak widać będzie, mimo, że Przemysław Gosiewski pilnuje, by posłowie popierający cywilizację życia nie rozpędzili się za bardzo.

Sam nie wiem, czy jestem bardziej przewidujący czy inspirujący. Ale, odkładając żarty na bok, raz jeszcze potwierdza się, że prawdziwa skuteczność w polityce polega przede wszystkim na wierności zobowiązaniom i wytrwałości w ich realizacji, „w porę i nie w porę”. Liberalna kultura próbuje dokonać nominalistycznej redukcji polityki, zaganiając ludzi do krzątania się wokół wyłącznie partykularnych celów. I oczywiście kłamie, bo nawet korzyści jednostek (nie mówiąc po prostu o dobru ludzi – co jest czymś znacznie szerszym) zawsze zależne są od życia całego społeczeństwa, od dobra wspólnego narodu.

Tylko wytrwale przypominając zasadnicze zobowiązania społeczne jesteśmy w stanie doprowadzić do podejmowania ich przez państwo. I oczywiście odwołując się do demokratycznej odpowiedzialności polityków. Bo bez tego głos opinii publicznej zawsze będzie wart tyle, co przemówienia na pustyni.

Polityka 28 kwi 2008

Wyjeżdżam zaraz do Krakowa na debatę z posłem UE Józefem Piniorem, w Klubie pod Jaszczurami, o „Polsce po traktacie lizbońskim”. Stąd tylko krótko o decyzji wyborczej. 

Apel Zapałowskiego nie spotkał się praktycznie z żadnym odzewem. Stąd przyszła pora na decyzję, i tak już długo odkładaną. Dziennikarze o kandydowanie pytali mnie od 2 kwietnia, kiedy to (bez żadnego związku z wyborami) pojechałem do Rzeszowa na obchody Narodowego Dnia Życia. A potem odbyłem serię spotkań na Podkarpaciu, przygotowując nasze wybory. Wszędzie spotkałem się z zachętami do kandydowania. Dziękuję też za poparcie moim Czytelnikom – przede wszystkim Maciejowi, bulbie, wszystkim, którzy pisali o tym wcześniej, i również fidelowi; względy, o których pisze rozważyliśmy już bardzo poważnie, ale w dzisiejszej sytuacji trzeba wystąpić jak najmocniej. Dlatego też nasi działacze podkarpaccy, których prosiłem o przedstawienie innych kandydatur, zgodnie domagali się, bym kandydował osobiście. 

Kandyduję tym bardziej, że znam Podkarpacie i dużo dla tego regionu zrobiłem. Znam też dobrze środowisko polityczne Podkarpacia. Wielu obecnych posłów PiS wprowadzałem do polityki, a potrafię też współpracować z innymi parlamentarzystami tego regionu. Przede wszystkim jednak 22 czerwca to Podkarpacie będzie mówić do całej Polski – jakich wartości i jakiej polityki chce dla naszego kraju. Szansa na pokazanie nowego kierunku polityki polskiej leży w rękach podkarpackich wyborców.

Religia 27 kwi 2008

W piątek w Jarosławiu zgłosiłem swoją kandydaturę do Senatu w czerwcowych wyborach podkarpackich. Niestety, nie mogłem napisać o tym wczoraj, a więcej napiszę jutro. Dziś niedziela. 

W ingresowym kazaniu abp. Głódzia najważniejsze wczoraj były uwagi o konieczności kształtowania przez Polskę współpracy europejskiej, o konieczności chrześcijańskiego zaangażowania w Europie. Odmowa akceptacji niechrześcijańskiej polityki Unii to nie odrzucenie Europy. Te słowa wpisują się wprost w to, co o Europie mówił wielokrotnie Jan Paweł II, szczególnie na Agrykoli w Warszawie, przed siedemnastu laty. Dobrze, że słowa te padły, bo potwierdzają moralną konieczność (politycznych właśnie) działań, by Europa odnalazła swoje powołanie. 

Po Mszy ingresowej zaskoczył mnie poziom zdziczenia dziennikarskiego. Reporter Polsatu zaatakował mnie tyradą zarzutów wobec nowego metropolity gdańskiego, ukwiecając to gazetowymi porównaniami z metropolitą odchodzącym, i zachęcając mnie do włączenia się w tej połajanki – po wybranej stronie. Młody człowiek dostał zadanie, szukał mocnych wypowiedzi i nawet nie przyszło mu do głowy, że to, co w innych okolicznościach dałoby się zakwalifikować jako „ostre” pytanie – po Mszy świętej jest (delikatnie mówiąc)  barbarzyństwem. Oczywiście stanowczo mu „podziękowałem”. Co ciekawe, reporterka TVN-24 zapytała o refleksje na temat uroczystości, a potem taktownie (bo ogólnie) przywołała przedingresowe krytyki – i to już dawało pole do rozmowy. 

I jeszcze jedna uwaga niedzielna. Dziś w tradycyjnym lekcjonarzu Apostoł Jakub uczy, że prawdziwe chrześcijaństwo polega na niepoddawaniu się wpływom świata; te słowa jakby potwierdzają sens nauki wczorajszego kazania. Ale Święty Jakub przypomina i drugi składnik prawdziwej pobożności – opiekę nad sierotami i wdowami (por. Jk 1,27). A to zawsze musi nam dźwięczeć w sercu, gdy angażujemy się w wielkie spory – nawet contra mundum.

Polityka 23 kwi 2008

Od pewnego czasu moja działalność w istotnym stopniu koncentruje się na Podkarpaciu, na przygotowaniu udziału Prawicy Rzeczypospolitej w czerwcowych wyborach. Wczoraj byłem w Miejscu Piastowym pod Krosnem, a wcześniej w Przemyślu, Jarosławiu, Przeworsku, Sanoku. Zanim podejmę decyzję o kandydowaniu, wskazaniu lub poparciu kandydata – rozmawiam z naszymi działaczami i sympatykami. 

Ostatnio nastąpiła proliferacja kandydatów, co bynajmniej nie zachęca do pośpiechu. Natomiast lider Ligi Podkarpackiej, poseł PE Andrzej Zapałowski zaapelował do PiS, Prawicy i LPR o wspólną kampanię wyborczą i wystawienie wspólnego kandydata. Apel oczywiście podjąłem; dodatkowo stanowi on ciekawy test dla PiS: czy jest jeszcze zdolny myśleć w kategoriach jedności prawicy (jak u początków), czy chce być monopolistą dyktującym warunki prawicowym wyborcom (ile cywilizacji życia, ile polityki praw rodziny, ile dekomunizacji, ile samodzielności w UE). Na wczorajszym spotkaniu zaapelowałem do PiS, by przynajmniej przestał chodzić naokoło moratorium ONZ chroniącego życie nienarodzonych i w tej choćby sprawie pokazał szacunek dla zobowiązań moralnych swoich katolickich wyborców. I myślę, że wbrew dotychczasowym dwuznacznym wypowiedziom liderów PiS, apel ten będzie skuteczny. 

Prezydent zapowiada, że Traktat ratyfikuje najpóźniej w lipcu. Miejmy więc nadzieję, że nie ratyfikuje go przynajmniej przed referendum irlandzkim. Apelowałem o to i potwierdzam, że – przy wszystkich zasadniczych różnicach w sprawie negocjacji, przyjęcia traktatu deformacyjnego i w końcu pośpiechu (oby tylko ustawowo-) ratyfikacyjnego -  ta decyzja to krok w dobrą stronę; lub raczej zatrzymanie się przed granicą, do której nie należało podchodzić, ale której na pewno nie należy przekraczać.

Christianitas 21 kwi 2008

Muszę wytłumaczyć długie milczenie; szczególnie w ostatnich dniach. Spędziłem je na Katolickim Kongresie Życia Publicznego w Bilbao i nie udało mi się stamtąd wysyłać wpisów, więc mogę Kongres zrelacjonować dopiero teraz. Kongresowi towarzyszyło powołanie Platformy Rodzina i Wolność, organizującej opór rodzin wobec wprowadzonej przez rząd Zapatero propagandy homoseksualnej do szkół. Perwersja pomysłu Zapatero polega i na tym, że zajęcia te mają być realizowane nie w ramach edukacji seksualnej, biologii czy nawet wychowania w rodzinie, ale w ramach wychowania obywatelskiego. „Pluralizm seksualny” ma zająć miejsce życia publicznego, albo – na przykład – przywiązania do przeszłości narodowej i jej tradycji. 

W Hiszpanii byłem pierwszy raz; znam południe Francji, Portugalię, Meksyk – w Hiszpanii do tej pory nie byłem. Zaskoczyła mnie naturalność i żywotność hiszpańskiego katolicyzmu. To nie żadne zideologizowane nacional catolicismo, ale życie chrześcijańskie, w którym wierność Bogu i patriotyzm łączą chrześcijan z Papieżem, biskupami i nawzajem między sobą, w jedności różnych społecznych tradycji katolickiej Hiszpanii i różnych nurtów jej życia dzisiejszego. Na Kongresie najbardziej obecne były Opus Dei i neokatechumenat. 

A Zapatero? Patrząc z bliska widać jasno, że jego działalność to ta sama rewolucja, co wcześniej Azañi i Lárgo Caballero. Tyle, że dziś skrajna lewica może korzystać z większego przyzwolenia społecznego. Ale obrońcy Christianitatis mają po swej stronie również męczenników z czasów tamtej rewolucji, sprzed siedemdziesięciu lat.

Historia 13 kwi 2008

Dziś mija okrągły rok od głosowania konstytucyjnego w Sejmie i również od mojej dymisji. Zamiast tekstu rocznicowego umieszczę tylko dwa historyczne sprostowania. (Przepraszam za skrótowość, ale inne później).  

Wojciech Romerowicz ironizuje, że potępiam prezentowanie zmiany Konstytucji jako „projektu LPR”, bo pewnie – oczywiście – wolałbym, by zmiany w Konstytucji uchodziły za “projekt Marka Jurka ;) ”. Prócz bardzo ułomnego sylogizmu, według którego w świecie wszechobecnej reklamy wszyscy dążą do autoreklamy – twierdzenie to jest kompletnie oderwane od rzeczywistości. Było bowiem dokładnie przeciwnie – robiłem wszystko, by pokazywać ten projekt jako przedsięwzięcie międzypartyjne, powstałe pod patronatem Prezydium Sejmu, które reprezentował w tej sprawie wicemarszałek Kotlinowski. To oponenci tej sprawy chętnie podjęli najpierw koncept „projektu LPR”, a potem zaczęli go łączyć ze mną, by ukryć fakt powstałej wokół niego wielkiej, potwierdzonej głosami 72 % posłów, koalicji sumień. Łatwiej bowiem jest walczyć z „Lizboną według Rydzyka” niż tłumaczyć, jak godzi się Traktat Lizboński z „Niceą wartą życia”, a porzucenie postulatów chrześcijańskich z zaangażowaniem na rzecz „Katolickiej Polski w chrześcijańskiej Europie”. 

Moją dyskrecję potwierdza w istocie opinia Rybitzkyego o „nagle wywołanej awanturze”. Właśnie – od października do lutego ubiegłego roku prace konstytucyjne przebiegały z dużym poparciem parlamentarnym, w spokoju i wielkiej powadze moralnej. Owa lutowa „nagła awantura” została wywołana jednak nie przeze mnie, ale przez wniosek o zmianę składu Komisji Konstytucyjnej, złożony w wyniku porozumienia Kaczyński-Tusk przez posłów PiS i PO. Gdyby chociaż część obrońców PiS osądziła właściwie ten akt cynizmu i nielojalności, najpierw wobec najsłabszych, potem wobec opinii chrześcijańskiej i własnych kolegów, z pewnością wyrządziłaby naprawdę dobrą przysługę PiS. Bo właśnie wskutek moralnej ratyfikacji takich kolejnych działań ta partia, moja była partia, brnie.

Blog 9 kwi 2008

Poseł Bałażak, niezbyt znany polityk LPR, zaatakował mnie na e-stronie swojej partii zarzucając mi publiczne poświadczenie nieprawdy. Rzecz polega na tym, że podczas Radomskiego Tygodnia Społecznego wziąłem w obronę posła Andrzeja Czumę przed agresywnym dyskutantem zarzucającym mu działanie w Sejmie przeciw prawu do życia. Ów pobudzony dyskutant do jednego z bohaterów niepodległości zwracał się per „panie Czuma”, osładzając to uwagami „znam zasługi pana rodziny, ale…”.

Andrzej Czuma był jednym z dwudziestu czterech posłów PO, którzy głosowali za wnioskiem Komisji Stefaniuka o potwierdzenie w Konstytucji praw człowieka przysługujących każdemu dziecku od momentu poczęcia, z tytułu przyrodzonej godności. Również dzięki jego głosowi osiągnęliśmy – imponującą na tle opinii europejskiej – liczbę 60 % głosów za prawem do życia. Potwierdziłem publicznie, że liczyłem na głos Andrzeja Czumy – i się nie zawiodłem. Nie sądzę przy tym bym w czymkolwiek obraził tych, którzy posła Czumę zaatakowali. Prócz tego, że go broniłem.

Kiedyś pan Wierzejski z LPR zarzucił mi naiwność. Przyznam, że liczyłem, że LPR zmądrzeje i czegoś się nauczy; że zrozumieją ile zła wyrządzili sprawie ochrony życia przedstawiając ją jako „projekt LPR” (dla którego to projektu, przedstawionego przez jedną trzecią Sejmu, nie zebrali nawet połowy potrzebnych do zgłoszenia podpisów); albo atakując posłów popierających sprawę za każdy, chytrze wypatrzony, objaw chwiejności; myślałem, że głupi epizod fuzji w ramach partii LiS z autentycznymi aborcjonistami z Samoobrony nauczy ich pokory i nieatakowania pochopnie bliźnich. Jak widać – niczego się nie nauczyli i niczego nie zrozumieli.

W każdym razie, żeby było jasne: w imię solidarności narodowej będę bronił każdego polityka, gdziekolwiek by należał, który w sposób jasny stanął po stronie dobra publicznego. I będę protestował przeciw zachowaniom obrażającym godność ludzką oraz godność naszej narodowej kultury i norm naszego języka. A Panu Posłowi Bałażakowi naprawdę szczerze, bez ironii, dziękuję za cenną naukę.

Traktat Reformujący 5 kwi 2008

Szansa, ale na co – zdaje się pytać Profesor Sadurski o racje postulatu niedokonywania przez Prezydenta ratyfikacji przed połową czerwca. Profesor oczywiście inaczej ocenia sam traktat, ale pytanie czy zwłoka ratyfikacyjna tylko odwlecze to, co nieuchronne, czy rzeczywiście będzie ważyć na pozycji politycznej Polski – jest bardzo zasadne. 

Po pierwsze – jest oczywiste, że nawet odrzucenie traktatu (konkretnie w Irlandii) nie zamknie debaty o organizacji Unii. Ta debata będzie trwała dalej. Kwestią otwartą będzie czy będziemy brali w niej realny udział. Możliwość podniesienia na nowo polskich postulatów i warunków jest nie do przecenienia.  

Po drugie – mamy doświadczenia z procesu ratyfikacji Konstytucji dla Europy. Podczas „czasu refleksji”  – między referendami we Francji i w Holandii a prezydencjami Niemiec i Portugalii – pozycję podmiotową zachowały te państwa, które nie ratyfikowały wcześniej traktatu konstytucyjnego. Inne praktycznie wyłączyły się z dyskusji. Twierdzenie, że Polska miałaby silniejszą pozycję przez ostatnie lata, gdyby wcześniej ratyfikowała Konstytucję dla Europy, jest absurdalne. Zatrzymanie ostatniego ratyfikacyjnego kroku na wypadek niewejścia traktatu w życie – to ochrona resztek pozycji Polski. Z perspektywy euromanii czy eurofobii to są sprawy obojętne, ale dla pozycji Polski w Europie – zupełnie kluczowe.

Traktat Reformujący 4 kwi 2008

Wyjazd przeszkodził mi w regularnych wpisach. W Rzeszowie uczestniczyłem w bardzo udanych obchodach Narodowego Dnia Życia. Nie myślałem cztery lata temu, że zaproponowane przez nas obchody mogą przybrać kiedyś takie rozmiary. Tego samego dnia w Rzeszowie i wczoraj w Kielcach miałem też duże spotkania publiczne na temat traktatu. Sprzeciw wobec jego przyjęcia to już autentyczny ruch społeczny. I nie można go hamować, mimo zgody na ratyfikację w Parlamencie. 

Bo jest jeszcze szansa. Jeżeli Prezydent chciał ustawy ratyfikacyjnej przed szczytem NATO w Bukareszcie – to teraz nie powinien spieszyć się z samą ratyfikacją. Przynajmniej do połowy czerwca, do referendum w Irlandii. Jeżeli tam traktat zostanie odrzucony – Polska zyska możliwość ponownego podnoszenia swoich postulatów w procesie dalszych negocjacji.  

Oczywiście to tylko szansa. Irlandia będzie obiektem zmasowanej presji, by „nie przeszkadzała”. Wynik jednak jest otwarty, bo główny motyw irlandzkiego sprzeciwu przy poprzedniej ratyfikacji – zastrzeżenia do wspólnej polityki zagraniczno-obronnej – teraz będzie o wiele bardziej aktualny. Nie mniej aktualne będą też chrześcijańskie zastrzeżenia do traktatu. Nawet jednak koniunktura otwarta odrzuceniem traktatu w Irlandii wymagałaby od naszych polityków odwagi ponownego podniesienia polskich postulatów: obrony pozycji Polski, potwierdzenia szacunku Unii dla życia chrześcijańskiego w Europie, dowodów wzrostu solidarności (w energetyce, rolnictwie i polityce rozszerzenia), uzasadniających wyposażenie Unii w nowe kompetencje. Tylko szansa – ale rezygnować z niej nie wolno.

Traktat Reformujący 1 kwi 2008

Jeśli traktat zostanie przyjęty większość mediów będzie mogła wreszcie uznać, że hasło „Nicea albo śmierć” Rokita/Tusk rzucili ze strachu przed Ojcem Tadeuszem Rydzykiem. Strach był wielki – więc i wycofać się nie było łatwo. Na szczęście się udało i zbliża się ostateczne wyzwolenie. Naprawdę, bez ironii – wyzwolenie od złudzeń. 

Jeśli traktat lizboński wejdzie w życie będzie to oznaczać, że po tej klasie politycznej nie możemy spodziewać się żadnej realnej polskiej polityki europejskiej. Wielkie partie interesuje: w kraju – władza, a w Unii – pewien udział w zarządzaniu w zamian za płynące z tego korporacyjne korzyści. Jedno i drugie nie stanowi polityki polskiej w Europie. Z tą należy się pożegnać – z działaniem na rzecz właściwej geopolitycznej orientacji Unii, z rozstrzyganiem jej wyborów cywilizacyjnych (i budową opinii chrześcijańskiej w Europie), nawet z efektywną polityką rozwoju, a więc wyrównywania różnic materialnych między Polską i Europą środkową a Zachodem. 

Nie piszę, że należy pożegnać się na zawsze. Ale w każdym razie – na czas działania systemu PO-PiS. Tracimy na zewnątrz wszelką wiarygodność, gdy nawet ci, którzy najbardziej dramatycznie deklarowali obronę pozycji Polski, kontrolę władzy Unii, zaangażowanie chrześcijańskie – dziś krzyczą, że zreformowana Unia będzie dobra bez tego wszystkiego. Będzie dobra – bo będzie dalej można „wywierać wpływ”, czyli o tym wszystkim opowiadać wyborcom. Do następnej kapitulacji, przepraszam – sukcesu.