Kupiłem sobie „Buntowników”, amerykańskiej historyczki Lynn Olson, o czterdziestu posłach, którzy nakłonili Wielką Brytanię do czynnego oporu wobec Hitlera. Przeciwstawili się premierowi i własnej partii, która była zachwycona Monachium i wcale nie domagała się podjęcia realnej walki, gdy nasi zachodni alianci prowadzili „dziwną wojnę”. Duża część opinii publicznej traktowała ich jako mącicieli i histeryków, straszących najpierw urojonym zagrożeniem, a potem – domagających się skrajnych i przesadnych reakcji. 

Niektórzy zapłacili za to odejściem z polityki. Dzisiejszy pragmatyk powiedziałby, że nie ma się czym chwalić – usprawiedliwia ich tylko to, że im się udało; i to że było ich przynajmniej czterdziestu.  Gdyby Londyn zdecydował się na rozmowy z Niemcami, gdyby pogodził się z rządami hitlerowskimi na kontynencie – pragmatycy dziś traktowaliby ich jak głupców. Najodważniejszy z nich – Ronald Cartland – zapłacił cenę najwyższą, jednak nie polityczną i nie za politykę, ale po prostu za patriotyzm. Poszedł z Izby na wojnę i poległ we Francji. 

Naprawdę na uznanie zasługuje nie ich nonkonformizm, ale przekonania: to, że szukali prawdy politycznej – narodowej racji stanu zgodnej z dobrem powszechnym – i że uważali za konieczne podjąć w jej imię działanie. Skąd bierze się to, że dziś polityki dobra publicznego i odwagi cywilnej nie tylko się nie oczekuje, ale nawet nie rozumie? To nie tylko kwestia kryzysu zasad; również ogólnego kryzysu kultury. Russell Kirk napisał kiedyś, że bez nauczania historii nie wychowamy prawdziwych mężów stanu. Bo wielu ludzi nigdy się nie dowie, jak skuteczne w istocie są zasady. I jak naiwny – cynizm.