Czerwiec 2008
Miesiąc
O czasach, gdy Sejm zajmował się „tylko aborcją” w ogóle się nią nie zajmując
Lorkanin poprosił mnie o komentarz do ważnej wypowiedzi ojca Krzysztofa Mądela SJ, który krytycznie ocenił postawę części polityków opowiadających się za prawem do życia. Chodzi o posłów, którzy piętnaście lat temu nie głosowali za całością ustawy wprowadzającej częściową ochronę życia nienarodzonych. Wypowiedź ojca Mądela jest ważna ze względów zarówno historycznych, jak i moralno-ustrojowych. Ojciec Mądel w swych – dość kategorycznych ocenach – wydaje się nie dostrzegać paradoksu tamtych prac. Wielu bowiem posłów, którzy nie udzielili poparcia końcowej wersji ustawy, zrobiło więcej dla jej uchwalenia niż wielu tych, którzy za tą końcową wersją głosowali. Nie byłoby bowiem tego głosowania i tej ustawy, gdyby nie upór polityków, którzy przez ponad trzy lata walczyli nie tylko z oporem aborcjonistów, ale z obstrukcją licznych środowisk centrowych, a nawet centroprawicowych, które blokowały podjęcie samych prac. Utarty wówczas obiegowy pogląd – „Sejm zajmuje się tylko aborcją” – był właśnie dziełem tamtych obstrukcyjnych działań, które starały się nie dopuścić do jakichkolwiek realnych prac ustawowych.
Dziękuję również za głos Antoniego, który zwrócił uwagę, że zasady, do których nawiązuje ojciec Mądel, zostały ostatecznie sformułowane już po przyjęciu ustawy, o której pisze. Sama bowiem encyklika „Evangelium vitae”, a w każdym razie jej art. 73, jest komentarzem do prac nad ustawowymi gwarancjami prawa do życia, które prowadziliśmy dwa lata wcześniej. Tak właśnie pięknie w tradycji katolickiej doświadczenie życia chrześcijańskiego splata się z porządkującym i wspierającym je Magisterium Kościoła. Historia dzieje się dalej – a ja temat postawiony przez ojca Mądela będę kontynuował jeszcze w tym tygodniu.
Kultura and Polityka
28 cze 2008
Media: agresja i chaos czy porządek i wolność?
Dziś wspólnie z Jarosławem Sellinem wystąpiliśmy do Prezydenta w sprawie konieczności przywrócenia ładu w mediach, o aktywne działania na rzecz nowej umowy medialnej. W tej sprawie pisałem zresztą do Prezydenta już 30 kwietnia, więc prawie dwa miesiące temu.Dobrze, że prezydent Kaczyński zawetował (o co apelowałem) przeprowadzoną przez rząd PO nowelizację ustawy radiowo-telewizyjnej. Każdy inny rząd, który ujawniłby takie apetyty na władzę w mediach, zostałby za sam pomysł oskarżony o zamach na wolność słowa. Ale kuriozalne pomysły PO nie mogą usprawiedliwiać tego, co dziś dzieje się w TVP pod władzą prezesa Urbańskiego, b. szefa Kancelarii Prezydenta i b. wiceprezydenta Warszawy, w obu rolach u boku prezydenta Lecha Kaczyńskiego. TVP staje się bowiem coraz bardziej kondominium PiS-SLD. Zresztą zwiastunem tego był powrót do telewizji publicznej – pod piękną flagą Samoobrony – całej młodej kwiatkowszczyzny, z ministrem Borysiukiem z Krajowej Rady RTV na czele. A dziś w nowej sytuacji mamy ewolucję od Kwiatkowskiego do Urbana. Właśnie jego zastępca z „Nie” – Piotr Gadzinowski – został wybrany przez „prawicową” Radę Programową TVP na wiceprzewodniczącego. I krótko potem na antenie telewizji publicznej zagościł sam Urban. Tak otwarta TVP zignorowała natomiast – jako jedyna stacja ogólnopolska – Marsz Życia i Rodziny. Włączyła się za to w najlepszym czasie antenowym w roztrząsania, ile czasu może jeszcze żyć dziecko Agaty, dając trybunę rzecznikom aborcji.
Żaden realizm polityczny, „jedność prawicy” czy „prawo obrony” (które prezesowi Urbańskiemu przyznał publicznie Jarosław Kaczyński) nie może usprawiedliwiać tego wszystkiego. Dlatego zaapelowaliśmy do Prezydenta, by niezwłocznie zainicjował poważną debatę narodową, która mediom publicznym (i w ogóle ładowi medialnemu w Polsce) przywróci przynajmniej takie zaufanie, jakim cieszyły się do połowy lat 90-tych.
W kwestii ekskomuniki
Pytanie o to, czy minister Kopacz zaciągnęła karę ekskomuniki stało się faktem publicznym, więc wymaga publicznego stanowiska. Najpierw jednak trzeba zacząć od zasadniczych zastrzeżeń: (1) orzekanie ekskomuniki należy do władzy duchownej (co nie zdejmuje z wiernych powinności troski o prawo Kościoła), (2) entuzjazmować należy się pokojem, a nie siłą użytą w jego obronie. Nikomu nie życzę ekskomuniki. Pani minister Kopacz życzę – powiem to otwarcie – nawrócenia, bo zarówno pomoc w zabiciu dziecka jest oczywistym złem, jak i koncepcja autonomii sumienia, którą prezentuje Ewa Kopacz, jest zupełnie fałszywa. Sumienie – sanktuarium Boga w sercu człowieka albo droga rozpoznawania dobra powszechnego – jest osobiste, ale nie prywatne. Sumienie, które nie widzi powodu wykładania własnych racji, dowodzi raczej, że ich po prostu nie ma. Do tej pory formułowałem to znacznie oględniej, ale zawziętość minister Kopacz domaga się postawienia sprawy jasno.
Sama ekskomunika nie jest zemstą, ale karą leczącą. Jest rodzajem ostrzeżenia: „człowieku, jesteś śmiertelnie, a do tego zakaźnie, chory; musisz natychmiast się leczyć, bo umrzesz i ty, i inni przez ciebie.” Ekskomunikę wydaje Kościół wtedy, gdy zwyczajny udział w życiu Kościoła człowiekowi w jakimś sensie szkodzi, ale również – przez przykład – szkodzi innym. Rezygnacja z władzy ekskomuniki byłaby – w życiu Kościoła – rezygnacją z troski o zbawienie dusz. Gdyby było inaczej – nie byłoby tej kary w Kodeksie Jana Pawła II.
Inicjatywa czytelników „Frondy” być może jest radykalna, ale nie zasługuje na lekceważące komentarze. Bo chodzi w niej o to, by władze Kościoła serio traktowały naukę i prawo Kościoła; by ewidentne naruszenia chrześcijańskiej sprawiedliwości nie były zbywane wzruszeniem ramion: katechizm katechizmem, a pluralizm pluralizmem. A tu konkretnie chodzi nie o abstrakcyjny spór poglądów, ale o sytuację, gdy maleńki, bezbronny człowiek zginął zaszczuty na oczach całej opinii publicznej.
Znacznie bliżsi prawdy są wierni stawiający kwestię ekskomuniki niż autorytety uważające, że sama kwestia jest absurdalna. Już bowiem ze Starego Testamentu wiemy, że bezkarność zła bezcześci ziemię. Publiczne lekceważenie nauki Kościoła – bezcześci Kościół.
Liberalizm bez wątpliwości
Wczorajsze „Konfrontacje” w „Polsacie” miały być poświęcone sprawie ekskomuniki minister Kopacz. Niestety, dyskusja poszła w innym kierunku, śladem początkowego wywiadu Doroty Gawryluk z minister zdrowia. W wywiadzie tym pani Kopacz przedstawiła się jako bezkompromisowy obrońca prawa – na co musiałem zareagować, bo po pierwsze prawo nie zobowiązywało jej do pomocy w zabiciu dziecka, po drugie – nawet jeżeli kierowała się błędnym rozeznaniem, ciekawe, że akurat takie prawo sobie upodobała. W ogóle, pani Kopacz, jak na liberała, ma bardzo mało wątpliwości. Bo najoczywistszym łamaniem prawa o ochronie życia jest przestępczość aborcyjna, którą obóz PO nie tylko się nie emocjonuje, ale wręcz patrzy na nią z obojętną tolerancją. A drugim – przymus aborcyjny, bo przecież powszechnie wiadomo, że Agata była ofiarą presji ze strony najbliższych. Minister powinna była raczej zwrócić uwagę wszystkich zainteresowanych, że zachodzi możliwość wymuszenia zgody na zabicie dziecka – może więc dojść do podwójnego przestępstwa. Nic o takich staraniach o zachowanie prawa ze strony pani Kopacz nie wiadomo. Abstrahując w tym momencie od faktu, że casus niekaralności nie oznacza prawa do czegokolwiek, nawet ów casus niekaralności zabicia dziecka poczętego w wyniku przestępstwa nigdy nie dotyczył – w założeniach jakiegokolwiek ustawodawcy – dzieci nieletnich dziewcząt, poczętych w wyniku seksu ze szkolnymi kolegami. Ten nowy krwawy purytanizm, krzyczący, że seks nieletnich to po prostu przestępstwo, to zupełnie świeża inwencja „Gazety Wyborczej”, bez żadnego związku z debatą na temat zakresu ochrony życia w ciągu ostatnich kilkunastu lat. A do całej sprawy wywołanej żądaniem ekskomuniki – wrócę w najbliższych dniach.
Dialogi powyborcze 2
fidel, którego opinie cenię, nie powinien tak nerwowo reagować na słowa, które go drażnią; zresztą drażnią niepotrzebnie. Wierząc w to, że naród ma zarówno prawa, jak i obowiązki (wobec poszczególnych ludzi, rodzin, wspólnot tworzących społeczność Rzeczypospolitej i całej rodziny ludzkiej) – uważam zaangażowanie Polski na rzecz opinii chrześcijańskiej w Europie za nakaz jednocześnie uniwersalizmu i pragmatyzmu.
Z realizmem oceny Antonio się zgadzam, aczkolwiek zwracam uwagę, że te wybory pokazały jasno, że 20 % wyborców prawicy popiera naszą politykę. To o wiele więcej niż liczba wyborców, którzy zadecydowali w RP 2005 o wygranej PiS z PO, więc jeszcze jeden mocny dowód na potwierdzenie naszej doktryny politycznej: po okresie bezwarunkowego poparcia opinii katolickiej dla PiS przyszedł czas na warunkową współpracę. 20 % wyborców prawicy poparło naszą strategię, ale wyborców, którzy zgadzają się z naszymi poglądami, jest znacznie więcej, o czym świadczy lęk PiS przed bezpośrednią debatą czy nawet wyborczą polemiką; i ograniczenie kampanii do straszenia Platformą. Tak naprawdę to PiS w ostatnim tygodniu kampanii podjął gigantyczny wysiłek, by ratować drugi wynik PO w tych wyborach. Niestety, udało się nabrać wielu wyborców, którzy myśląc, że głosują przeciw PO – naprawdę walczyli o jej drugie miejsce. Ale realizm – jak pisze sacdjo – będzie z czasem rósł. Oczywiście – to o czym piszę, to tylko koniunktura, a koniunktury nie działają automatycznie. Ale zobowiązują do działania.
Asystent i Jan pytają – z perspektywy czasu – o racje podjęcia tej kampanii. Partie PO-PiS rzuciły do tej kampanii wielkie siły (PiS – wszystkie). Było rzeczą ważną, by prawica chrześcijańsko-konserwatywna też zaangażowała się na całego. Kampania była ciężka, ale podjęliśmy ją – proszę wybaczyć, że napiszę tak po prostu – dla Polski. Z całą świadomością, że zderzymy się z aparatem wielkich partii, że PiS może poprzeć Radio Maryja, że Stanisław Zając ma (nie-do-odebrania) poparcie dziesiątków osobistości lokalnych, również tych, które z racji ideowych powinny popierać prawicę chrześcijańsko-konserwatywną. Na początku mojej kampanii mili komentatorzy łączyli moje nazwisko z pp. Wrzodakiem, Rutkowskim i Orzechowskim. Tego w ogóle nie warto komentować. Natomiast wynik, który zdobyłem, to więcej niż kandydaci SLD, Partii Demokratycznej i Samoobrony razem wzięci. I Polsce ten wynik będzie dobrze służył. Bo Polska to więcej niż PO-PiS.
Dialogi powyborcze
Roman pyta mnie, czy sobie żartuję, czy naprawdę myślę, że senator Zając może mieć jakikolwiek wpływ na PiS? Stawianie sprawy na planie wiary nie jest właściwe. Dziś senator Zając został wiceprzewodniczącym Klubu PiS – przyjmuje więc jeszcze większą odpowiedzialność za politykę partii. Również za działalność swego przywódcy. Gdy rok temu Jarosław Kaczyński rozprawiał o „zgwałconej czternastolatce”, reagowałem jak umiałem – Staszkowi życzę, by reagował lepiej i osiągnął więcej dla sprawy cywilizacji życia. I skoro przyjmuje taką władzę, nie powinien w Parlamencie zachowywać się jak lider jakiegoś ruchu separatystycznego, który do Warszawy pojechał „walczyć o sprawy Podkarpacia”. Podkarpacie zasługuje, by mieć wpływ na sprawy Polski.
W komentarzu apr jest nieporozumienie – nie jestem apologetą rządu Hanny Suchockiej, przeciwnie – we władzach ZChN reprezentowałem stanowisko krytyczne wobec tego gabinetu, a po jego upadku kierowana przeze mnie Rada Polityczna ZChN postulowała koalicję wyborczą z PC i ROP. Co nie zmienia faktu, że głosowanie za odwołaniem rządu Suchockiej otworzyło komunistom drogę na dwanaście lat do władzy, a do dziś mamy odziedziczone po tym okresie – Konstytucję i Kodeks Karny. Z mediami sobie poradziliśmy – najpierw w opozycji (to ja byłem pomysłodawcą śledztwa parlamentarnego w sprawie Rywina i autorem stosownego projektu Uchwały), a potem u władzy (zmieniając w grudniu’2005 ustawę RTV, co również opozycja policzyła na mój rachunek). Nie były to działania wyłącznie „aksjologiczne”. Choć wiem, że to nic nie zmienia, bo najbardziej pragmatyczna polityka, jeśli tylko będzie kierować się prymatem „aksjologii” (by już pozostać przy określeniu apr), zawsze uchodzić będzie za politykę „jednej sprawy”. Polityk zajmować się musi wszystkim, ale nie może (z lęku przed rosnącym garbem „jednej sprawy”) tracić autentycznych narodowych priorytetów.
apr przypominam też, że działania Sejmu poprzedniej kadencji zostały przerwane przez koalicję PiS-PO-SLD. Potem koalicja się rozeszła – PiS z PO poprowadził sprawy europejskie, a z SLD kieruje telewizją publiczną.
Dziękuję za wszystkie głosy powyborcze, na kolejne odpowiem w najbliższych dniach.
Komu służy Platforma?
Wczoraj wieczorem, a właściwie już w nocy, podziękowałem w Przemyślu przyjaciołom, którzy wykonali niesamowitą pracę w kampanii wyborczej. Trzecie miejsce, które zdobyłem, sytuuje nas bezpośrednio za wielkimi partiami. To już drugi taki wynik w ciągu roku, bo w ubiegłorocznych wyborach do Senatu też byłem tylko za kandydatami PiS i jednym kandydatem PO (drugiego wtedy pokonałem). Tak więc mandat społeczny Prawicy Rzeczypospolitej został potwierdzony, choć nie mam wątpliwości, że nie ma on większego znaczenia dla tych, którzy w polityce widzą jedynie grę o władzę, a nie debatę i po prostu reprezentację narodu. Ale w końcu z tymi, którzy uznają nasz mandat trzeba rozmawiać, a z tymi, którzy go negują – walczyć o jego uznanie.
W końcowej fazie kampanii politycy PiS gwałtownie zaatakowali moją kandydaturę, twierdząc, że „służy Platformie”. Gosiewski stwierdził wręcz, że przez sam fakt startu w wyborach. Oczywiście, Gosiewski ma rację, że nie każdy musi kandydować – ale nie rozumie, że ilość kandydatur redukuje się w drodze rozmów, porozumień, których PiS odmówił, a nie poprzez zastrzeżenie prawa prezentacji kandydatów dla kilku partii. Bo swoją drogą ciekawe, że Platformie Gosiewski prawa prezentacji nie odmawiał. I również wynik wyborów zaprzeczył twierdzeniu o „dzieleniu głosów”, bo PiS wygrał pewnie. Okazało się natomiast, że przez sam fakt ataków na mnie PiS chronił Platformę jako partnera w systemie PO-PiS, a przy okazji wygodny straszak. Jeśliby bowiem część wyborców prawicy nie zdecydowała się głosować na PiS (na co wskazują sondaże Estymatora) – wówczas wynik PO i Prawicy Rzeczypospolitej byłyby jeszcze bardziej porównywalne. Ale nie o walkę z Platformą tu chodziło. W końcu gdyby Platformy nie było – Jarosław Kaczyński musiałby ją wymyślić.
Po lekturze Wildsteina
Zaczynając „Dolinę Nicości” obawiałem się, że to cała Polska. A jednak to tylko Warszawa, czy raczej nowa, albo wręcz najnowsza Warszawa. To ta Dolina Nicości wsysa przeszłość i przyszłość, wciągając w nicość każdego, kto za długo w nią patrzy. Jak młodego Czułnę: „Patrzył łakomie w ekran telewizora na stolicę, w której decydowano o ich życiu, o losach nudnych mieszkańców Świdra skazanych, aby chodzić po tych samych ulicach, do szkoły, pracy, domu i z powrotem. (…) Wiedział, że wyrwie się stąd do miasta, które jest nieustanną ferią wydarzeń i gdzie żaden dzień nie jest podobny do poprzedniego. Stanie się jednym z tych, których oglądał na ekranie, nonszalancko uśmiechających się do tłumu i bez tremy patrzących w oko kamery, tych, w słowa których wsłuchiwali się wszyscy w kraju. Nie będzie musiał śledzić ukradkiem pięknych, niezwykle ubranych kobiet, bo one oglądały się będą za nim. (…) I dlatego już na dziennikarskich studiach wyrywał się na wszystkie staże, uczestniczył we wszystkich możliwych konkursach, krok za krokiem próbując zahaczyć się w coraz ważniejszych redakcjach.”
Czym różnią się tacy Czułnowie, biegający po Warszawie w poszukiwaniu newsów i coraz lepszych redakcji, od tych prymusów, którzy pięćdziesiąt czy trzydzieści lat temu marzyli o „awansie społecznym”, zapominając pomału kim są, bo to, kim naprawdę byli, zdawało się nic nie warte wobec tego, kim mogli się stać w tym wielkim, kolorowym świecie? To oni są może największym fiaskiem kolejnych prób rewolucji moralnej.
Ja sam mieszkam na wsi pod Warszawą i tak od lat żyję w pobliżu Doliny Nicości, chodząc nieraz po jej skraju. I Bogu dziękuję, że w nią nie wpadłem.
Koniec kampanii
Zamknąłem kampanię tak jak zacząłem: w Jarosławiu. A była to długa i dobra kampania. Pierwszy raz występowałem w wyborach jednomandatowych, z ich jasną konfrontacją postaw i przekonań. Utrudniło ją tylko jedno – moi kontrkandydaci, a szczególnie Stanisław Zając, deklamując o „silnej prawicy” uciekali przed jakąkolwiek debatą. Nie tylko zresztą bezpośrednią. Bo również pośrednio nie usłyszałem odpowiedzi na moje pytania: o przyszłość waluty narodowej i o ważność Traktatu Lizbońskiego. Łatwiej odbywać spacery z Prezydentem, niż przekonywać go do czegokolwiek.
Dlaczego zaangażowałem się w sprawę obrony narodowego pieniądza? Bo to kwestia otwarta, którą trzeba będzie rozstrzygać, a chodzi o instrument ochrony poziomu życia rodzin, konkurencyjności przedsiębiorstw i (przy odpowiedniej polityce kursowej) zachęcania młodych z emigracji do powrotu do kraju. Mimo tego zaangażowania od czasu do czasu czytałem wśród naszych komentarzy bzdury nienawistników, że milczę o sprawie euro. Nie do zdarcia jest formacja, która potrzebuje wrogów, a nie zwolenników swoich poglądów. A jak trzeba – wrogów wymyśla.
Za to wśród wyborców zwolenników znalazłem bardzo wielu. Wyborcy będą w niedzielę wykonywać swoją władzę. Ale już teraz widać jasno, że kampania potwierdziła poparcie społeczne dla prawicy chrześcijańsko-konserwatywnej. Wszystkim Przyjaciołom, których życzliwości doświadczyłem (również wśród czytelników tego bloga) serdecznie dziękuję.
Dlaczego?
Nie wiem czy dziecko małej Agaty jeszcze żyje czy nie. Chcę ciągle wierzyć, że tak. Przez wiele dni milczałem w tej sprawie, przede wszystkim dlatego, że osoby opiekujące się Agatą na bieżąco informowały mnie co się dzieje oraz że publiczna debata, gdzie dziewczyna i jej dziecko traktowani byliby jako egzemplifikacja problemu, jest ostatnią rzeczą potrzebną dziewczynce i jej maleństwu. W międzyczasie Iza (moja żona) podpisała list wsparcia dla Agaty i obrońców jej dziecka, o czym nawet nie wiedziałem, bo do domu podczas kampanii wpadam rzadko.
Dziś rano znów rozmawiałem z osobami bliskimi sprawie. I zdawało się, że wszystko będzie dobrze, że dziecko przeżyje do poniedziałku, a potem będzie bezpieczne. Ale po jedenastej przyszła wiadomość, że dziecko Agaty zostało zabite w Gdańsku. Jeśli tak – bo może jednak nie – to stałoby się coś tak podłego, że trudno o tym pisać każde kolejne zdanie. A wszystko zaczęło się od neodulszczyzny, która wczoraj żądała by państwo i szkoła zrozumiały, że młodzi „kochają się ze sobą” już w podstawówce, a potem nagle zaczęła grzmieć, że owe „kochanie” to „czyn zabroniony” i przestępstwo. Jest przestępstwo, więc musi być i kara. A że nie można karać za seks, bo koniec końców to najwyższe spełnienie „wolności”, więc ukarać zawsze można dziecko – najsłabszą, milczącą ofiarę dyrygentów rewolucji obyczajowej.
Władza dla władzy czy polityka dla Polski?
Jarosław Kaczyński mówi, że próbuję „stworzyć sytuację, by raz na zawsze przekreślić szanse prawicy na jednoznaczne zwycięstwo i na to, żeby jej program był rzeczywiście realizowany”. Staram się zrozumieć o co mu chodzi. Kaczyński w istocie chyba sugeruje, iż trzeba wybierać: albo zmiana władzy, albo zmiana polityki. Żeby odebrać władzę PO trzeba realizować politykę PO.
Bo taka też jest historia polityki Jarosława Kaczyńskiego: (1) koalicja samorządowa PO-PiS w RP 2002 (jedynie ja „wyjąłem” Podkarpacie z tej koalicji, realizując politykę jedności prawicy, z czego nota bene skorzystał Stanisław Zając), (2) blokowanie wspólnie z PO prac konstytucyjnych (słynny wniosek kierownictw parlamentarnych PO-PiS o zmianę składu Komisji Konstytucyjnej w przeddzień uchwalenia sprawozdania), (3) rozwiązanie Sejmu w koalicji PO-PiS-SLD, (4) układ Kaczyński-Tusk w Juracie i wspólne przyjęcie ustawy ratyfikacyjnej Traktatu Lizbońskiego i (5) popieranie ratyfikacji przez Prezydenta traktatu, kosztem chroniącej polską suwerenność zasady jednomyślności kluczowych decyzji UE.
W tych wyborach chodzi o nakłonienie Prezydenta do odrzucenia traktatu lizbońskiego i podjęcie aktywnej polskiej polityki w UE. A na dłuższą metę o pokazanie alternatywy ideowej dla PO-PiS, o zastąpienie bezsensownej agresji – zaangażowaniem na rzecz prawdziwych wyzwań przyszłości: aktywnej polityki suwerennej Polski w Unii Europejskiej, polityki praw rodziny, obrony polskiej przedsiębiorczości przez obronę waluty narodowej i uzdrowienia polityki polskiej. Choć Donald Tusk i Jarosław Kaczyński zgadzają się, że w zasadzie nie ma czego uzdrawiać. Karuzela PO-PiS kręci się w najlepsze.
Dla kogo Polska jest problemem?
Prezydencki minister Michał Kamiński uparcie zapowiada, że Prezydent ratyfikuje Traktat mimo odrzucenia go przez państwo, którego zgoda była konieczna do przyjęcia Traktatu. Co więcej – w dzisiejszym „Dzienniku” Kamiński mówi, że „Polska nie będzie problemem, bo Prezydent jest zwolennikiem traktatu”. Brzmi to równie mądrze, jak zapowiedź, że „wybory nie będą problemem, bo Prezydent jest zwolennikiem PiS”. Już wczoraj wezwałem prezydenta Kaczyńskiego do jak najszybszego zdementowania wypowiedzi jego ministra i potwierdzenia bezprzedmiotowości ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. Niestety, od Prezydenta nie usłyszeliśmy niczego uspokajającego. Dziś w Wilnie powiedział, że „Irlandczycy mieli prawo powiedzieć to, co powiedzieli, a my mamy prawo ich przekonywać”. Brzmi to lepiej niż wypowiedzi Kamińskiego, ale co w istocie oznacza? Bo Prezydent Rzeczypospolitej nie ma prawa wspólnie z przywódcami innych państw „przekonywać” do faktycznego wyzucia z treści zasady jednomyślnej zmiany traktatów UE. Zasady, która zawiera w sobie nie tylko prawa Irlandii, ale istotną część polskiej suwerenności. Obowiązkiem Prezydenta wg art. 126 Konstytucji jest strzeżenie suwerenności Rzeczypospolitej i Prezydent nie może podważać żadnego z jej elementów.
Jednomyślność gwarantuje nie tylko prawa państw do zgody na zmiany traktatów Unii Europejskiej. W samym traktacie lizbońskim jednomyślność dotyczyła m.in. określania kierunków wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, stworzenia sił zbrojnych Unii czy zgody państw na podjęcie przez Unię środków niezbędnych w celu zwalczania dyskryminacji ze względu na orientację seksualną (gej Fay kłania się Jackowi Kurskiemu), co może prowadzić do pozbawienia państwa prawa głosu w instytucjach Unii. Warto wiedzieć, że w razie czego jednomyślność w tych sprawach nie będzie żadnym problemem.
Irlandia przemówiła za Europę
Warto było czekać na Irlandię. Dlatego apelowałem już w ubiegłym roku o zwłokę ratyfikacyjną i porzucenie nieodpowiedzialnej taktyki „prymusa Europy” przez rząd PO, wsparty (mimo wszystko – nieoczekiwanie) przez Prezydenta i PiS. Oczywiście, protagoniści tej taktyki uważać ją będą za słuszną, bo dzięki temu będą dobrze widziani przez Dyrektoriat kierowniczy Unii. Niestety, ceną ich pozycji polityczno-towarzyskiej była rezygnacja z odwoływania się do polskich postulatów, które mogli przypominać choćby jako dowód swojego kompromisu. Przypominać, by wznowić w wypadku upadku traktatu. Ale honor zastąpiła propaganda sukcesu.
Dziś ciągle jest czas na wznowienie stanowiska polskiego. Warto zadeklarować prostą doktrynę polskiej polityki europejskiej: tyle wspólnych instytucji i kompetencji, ile wspólnych wartości i interesów. Warto przypomnieć nasze postulaty podstawowe: potwierdzenie pozycji Polski określonej przez Traktat Nicejski i szacunku Unii dla życia chrześcijańskiego narodów Europy. Wreszcie trzeba wyraźnie powiedzieć, że warunkiem wstępnym debaty na temat reformy Unii jest pełna realizacja jej zasad: w zakresie solidarności energetycznej (zaniechanie budowy gazociągu bałtyckiego), w dziedzinie Wspólnej Polityki Rolnej (100 % dopłat bezpośrednich dla polskich rolników), na rynku pracy – przez jego pełnej otwarcie we wszystkich krajach.
Dobrze, że Prezydent do tej pory nie dokonał ratyfikacji. Niepokojące są głosy, że zamierza to zrobić mimo upadku Traktatu. To w ogóle nie wchodzi w grę. Kwestionowanie konsekwencji referendum irlandzkiego oznaczałoby nie tylko lekceważenie praw Irlandii. Oznaczałoby zanegowanie zasady zgody wszystkich państw na zmianę traktatów, a więc fundamentalnych gwarancji naszej suwerenności w ramach Unii. Tego żadna władza w Rzeczypospolitej legalnie zrobić nie może.
Gdzie ten wynik?
Wszyscy jesteśmy zmartwieni zakończeniem meczu z Austrią; zwycięstwem i szansą zgubioną (skradzioną?) na paredziesiąt sekund przed końcem.
Ale to nie jedyne dziwne wydarzenie tego dnia. Po meczu przełączyłem najpierw na TVN-24, potem na Euronews, ale okazało się, że nigdzie nie ma wyników referendum irlandzkiego. Pamiętam wieczór akcesyjny, w niedzielę punktualnie o 22.00, tak jak zresztą przy każdych wyborach, podano wstępny wynik na podstawie sondaży wyborców odchodzących od urn. Jak zawsze. Ale nie tym razem.
Miałem nadzieję na wynik rano – a tu znowu nic. Czy to takie trudne policzyć niespełna pół miliona głosów na tak lub nie, w obwodach gdzie pewnie głosowało po kilkaset osób? Normalnie biorąc w noc wyborczą Komisja Wyborcza podaje kolejno wstępne wyniki wyborów już po zliczeniu – najpierw 10 %, potem 25 %, potem połowy obwodów do głosowania itd. Tym razem jednak nie.
Czekamy na wynik referendum jak na rezultat międzypartyjnych negocjacji za zamkniętymi drzwiami. Czy tak się rodzi europejska demokracja?
Apel: Polska w ONZ przeciw zbrodni aborcji
Spotkałem się dziś z marszałkiem Komorowskim, aby przekazać mu Apel dwudziestu uczonych, polityków, dziennikarzy i działaczy społecznych o wystąpienie przez Polskę na forum ONZ o oficjalne potępienie zbrodni aborcji. Skoro Sejm nie działa sam, trzeba skłonić go do działania. Marszałek zapowiedział, że wyśle Apel do klubów parlamentarnych, ale ja zaproponowałem mu podjęcie sprawy w Prezydium Sejmu i przekazanie Apelu do Komisji sejmowych: Sprawiedliwości, Polityki Społecznej oraz Zagranicznej. Skuteczne zajęcie stanowiska przez Sejm wymaga wstępnego międzypartyjnego porozumienia, które można zrealizować w jednym z organów Sejmu. W każdym razie Apel przynosi konkretną propozycję międzynarodowej inicjatywy Polski. I czekamy na tych, którzy ją podejmą.
Jedność pod kluczem
Podsumowując ostatni nalot dywanowy na Podkarpacie anonimowy strateg PiS mówi w dzisiejszej „Gazecie Wyborczej”, że jeden z dwóch celów tej kampanii to „ostatecznie pokonać Jurka”. A na Podkarpaciu PiS dużo mówi o jedności prawicy, choć – jak widać – jej realizacja ma polegać na jedności przez eliminację. Dobrowolnych amatorów takiej jedności chyba wielu by nie było, ale jedność pod groźbą eliminacji to brzmi już poważniej; jak „propozycja nie do odrzucenia”.
Ja w tej kampanii nie walczę ani z PiS, ani z PO, ale o przywrócenie zasad, przekonań i odwagi cywilnej w polskiej polityce. A to służyć będzie wszystkim. Najbardziej natomiast mój sukces przyda się politykom PiS deklarującym przekonania prawicowo-katolickie, jak Stanisław Zając. Bo powołując się na mój wynik będą mogli skuteczniej twierdzić w partii, że ich poglądy mają mocny i bezpośredni mandat społeczny. Dziś są potrzebni tylko do „ostatecznego pokonania” samodzielnej prawicy chrześcijańsko-konserwatywnej. A robiąc to uzyskują obietnice awansów, nie domagając się żadnego wpływu na politykę PiS jako taką. Niestety, Rada Polityczna PiS nie przyniosła żadnej odpowiedzi na Apel o rzeczywiste zaangażowanie w realizację niedawno ogłoszonych katolickich postulatów cywilizacji życia i praw rodziny.
Oczywiście walczę również o potwierdzenie mandatu społecznego prawicy chrześcijańsko-konserwatywnej. Nie o zanegowanie mandatu radykalnej centroprawicy typu PC, bo przecież jest wielu ludzi o takich poglądach. Im jednak trzeba udowodnić w praktyce, że bez prawicy katolickiej większości na prawo od centrum zbudować się nie da. Stawką zresztą nie jest nasza pozycja polityczna, ale wpływ naszych poglądów na politykę kraju.
Kampania mimo nalotów
Siłą naszej kampanii jest przede wszystkim poświęcenie ludzi. Nie jesteśmy aparatem mobilizującym politycznych klientów, nie mamy wielkich pieniędzy, które zastąpią dobrowolną pracę. Nasza kampania rozwija się dzięki wspólnocie poglądów ludzi, którzy ją prowadzą, dzięki temu, że bardzo wielu Polaków chce odzyskać wiarę w sens polityki.
Na spotkaniu w Dubiecku mówiłem o potrzebie obrony wiejskiego szkolnictwa, zagrożonego zapaścią demograficzną. Wiejskie szkoły, z ich bibliotekami i nauczycielami, to równocześnie placówki kultury, wsparcie dla rodzin i czynnik zdrowej struktury społecznej.
Mówiliśmy też o zniesieniu abonamentu radiowo-telewizyjnego, który może być zastąpiony akcyzą od reklam w mediach komercyjnych. To stary projekt, aprobowany przez prywatnych nadawców. Zapewnia jednocześnie pewność dochodów, zwolnienie z obciążeń nie tylko słabszych grup, ale wszystkich odbiorców, a przede wszystkim przyszłość mediów publicznych. Choć teraźniejszość jest odstręczająca. W Telewizji Urbańskiego jest miejsce dla Urbana i Gadzinowskiego, ale nie ma dla Marszu Życia i Rodziny. Tego po prostu bronić się nie da. Jak potrwa to dłużej – prezes Urbański doprowadzi do prywatyzacji upadłościowej nowego typu: przez bankructwo autorytetu. Ja tego nie chcę, więc apelowałem do Prezydenta o podjęcie prac na rzecz nowej umowy medialnej, która pozwoli na zakończenie wojny o zabór publicznych RTV.
W Żurawicy zapewniłem uczestników spotkania, że jestem jedynym kandydatem, który może zobowiązać się do prowadzenia aktywnej polityki w obronie waluty narodowej przeciw euro. Wieczorem w siedzibie przemyskiego ROP rozmawialiśmy jeszcze o wsparciu polskich środowisk i instytucji na Ukrainie. A na Podkarpacie naloty non stop. Wczoraj wicepremier Schetyna, dziś wicemarszałek Niesiołowski. A jutro w Przemyślu desant na całe Podkarpacie: Nelly Rokicina, Jacek Kurski, Adam Lipiński, Krzysztof Jasiński, Krzysztof Putra i inni. Jak widać – my z wolontariuszami, oni ze spadochroniarzami.
Przeciw haniebnej kampanii antyrodzinnej
Dziś prowadziłem kampanię w Jarosławskiem, w Rokietnicy i w Radymnie. Przypomniałem zasadę, że każdym rokowaniom w Unii Europejskiej musi towarzyszyć domaganie się równości w zakresie rolnictwa (100 % dopłat bezpośrednich) i otwarcia rynków pracy. Oczywiście, wyjaśniłem zaniepokojonym rozmówcom, że przede wszystkim jestem zwolennikiem polityki na rzecz przedsiębiorczości krajowej (niski kurs złotego, wspierający eksport i zachęcający do inwestowania zarobionych za granicą pieniędzy w kraju, oraz tani kredyt, odrzucenie euro), ale skoro młodzi Polacy są za granicą (a mogą tam wyjechać w każdej chwili) powinni wiedzieć, że Polska efektywnie broni ich praw.
Mówiłem też o brutalnej kampanii antyrodzinnej podjętej przez rząd PO pod pretekstem walki z przemocą rodzinną. Liberalni urzędnicy niechcący ujawnili swoje intencje. Na plakacie z zaciśniętą pięścią z błyszczącą obrączką widnieje apel: „jeżeli jesteś ofiarą lub świadkiem przemocy w rodzinie…”. Charakterystyczne, że nie piszą o przemocy ani wobec kobiet, ani wobec dzieci. Jak widać nie bardzo ich obchodzi przemoc w konkubinatach i przemoc rówieśnicza. Zdarzają się patologie życia rodzinnego. Zachęciłem wszystkich, by natychmiast reagować na odgłosy przemocy za ścianą. Ale nie zmienia to faktu, że to rodzina jest najbezpieczniejszym środowiskiem dla dziecka, a brak wzajemnych zobowiązań rodziców sam w sobie narusza prawa ich dzieci. Podobnie jak prawa dzieci podważają wszelkie ataki na rodzinę.
Oczywiście, dzisiejsza opozycja nie jest alternatywą moralną, skoro w ubiegłym roku władze PiS kazały swoim posłom wycofać z Sejmu ustawę o zakazie pornografii. Mimo, że subkultura pornografii to kolejne źródło przemocy domowej.
Na granicy
Przejechałem wczoraj granicę od Medyki po Budomierz. Schengen otworzyło granicę ze Słowacją, ale zaryglowało z Ukrainą. Od usprawnienie działania granicy, począwszy od pracy konsulatu we Lwowie, zależy wykorzystanie gospodarczych szans pogranicza. Tymczasem granica stoi. Najgorzej w Korczowej – sześciokilometrowy korek ciężarówek. Korek również w Medyce. Ludzie na przejściu dla pieszych wczoraj wyjątkowo zadowoleni, bo na odprawie pracowały cztery osoby, więc przechodzenie szło sprawnie. Ale sytuacja, w której mieszkańcy Lubaczowskiego muszą jechać 100 km do Medyki, by pieszo przejść na Ukrainę, jest całkowicie nienaturalna.
Pilnie potrzebne są i nowe przejścia, i rozbudowa dotychczas działających, i ich lepsza obsługa. Tych spraw trzeba pilnować na bieżąco. Jak również sprawnej budowy przejść w Malhowicach i w Budomierzu. Obiecałem to mieszkańcom Narola (na północnym krańcu okręgu).
W Narolu mówiłem też, że trzeba skończyć z państwem partyjnym. Polacy muszą przestać być zależni od partyjnych nominacji i rekomendacji. Gdziekolwiek bowiem jeżdżę – widzę i słyszę ludzi, którzy się boją lokalnych bossów partyjnych. Partie, które z powołania powinny być ciałami pośredniczącymi, umożliwiającymi Polakom udział w życiu politycznym, stają się feudalnymi aparatami reglamentacji przywilejów, paraliżującymi życie publiczne. Dwie rzeczy, które trzeba zrobić – zniesienie przymusowego finansowania partii politycznych i wprowadzenie wyborów większościowych (zniesienie głosowania na listy) – mają poparcie wręcz powszechne. Ludzie pytają tylko – czy partyjne centrale na to pozwolą. Ta granica możliwości naprawy Polski i jej polityki to jeszcze jedna, którą trzeba otworzyć.
Po pierwszym nalocie dywanowym
Pierwszy nalot Podkarpacie już przeżyło, teraz trwają rozliczenia kosztów przelotu. PiS i PO nawzajem zarzucają sobie centralną ingerencję w kampanię wyborczą. Przylot Prezydenta na Podkarpacie na czytanie dzieciom bajek i grill u Stanisława Zająca PO podlicza na ponad 60 tys. zł. Wizyta premiera Tuska celem otwarcia boiska w Izdebkach i poparcia Macieja Lewickiego kosztować miała sześć razy mniej. Znowu jest świetny temat do poważnej debaty politycznej. A kandydaci najbardziej powołujący się na swoją „lokalność” – Maciej Lewicki i Stanisław Zając – jakoś nie protestują przeciw warszawskiej ingerencji w ich kampanie. Smacznego!
A co za kulisami? Nie wiadomo. Zapewne Stanisław Zając wykorzystał wizytę Lecha Kaczyńskiego na Podkarpaciu do przekonywania go do potrzeby moratorium ONZ chroniącego nienarodzonych. Poseł Zając zaznacza, że nie chce o tym mówić podczas kampanii wyborczej. Ale to nie znaczy, że po cichu nie przekonuje bez przerwy Prezydenta i kierownictwa PiS. Może oni coś dobrego powiedzą.
A o merytorycznej – w założeniu – wizycie Donalda Tuska też w sumie niewiele wiadomo. Nie wiadomo, co premier merytorycznie obiecał zrobić, by za dwadzieścia lat, kiedy rodzice uczniów z Izdebek będą mieć wnuki – gimnazjum ciągle miało uczniów, którzy będą mogli grać na otwartym w niedzielę boisku. Ani co obiecał ludziom troszczącym się o bliższą przyszłość – by powstała najważniejsza droga na Euro’2012 – autostrada z Wrocławia, aglomeracji górnośląskiej i Krakowa przez Podkarpacie do Lwowa i Kijowa. Polskie Euro daleko – wybory podkarpackie blisko.