Nie wiem czy dziecko małej Agaty jeszcze żyje czy nie. Chcę ciągle wierzyć, że tak. Przez wiele dni milczałem w tej sprawie, przede wszystkim dlatego, że osoby opiekujące się Agatą na bieżąco informowały mnie co się dzieje oraz że publiczna debata, gdzie dziewczyna i jej dziecko traktowani byliby jako egzemplifikacja problemu, jest ostatnią rzeczą potrzebną dziewczynce i jej maleństwu. W międzyczasie Iza (moja żona) podpisała list wsparcia dla Agaty i obrońców jej dziecka, o czym nawet nie wiedziałem, bo do domu podczas kampanii wpadam rzadko.  

Dziś rano znów rozmawiałem z osobami bliskimi sprawie. I zdawało się, że wszystko będzie dobrze, że dziecko przeżyje do poniedziałku, a potem będzie bezpieczne. Ale po jedenastej przyszła wiadomość, że dziecko Agaty zostało zabite w Gdańsku. Jeśli tak – bo może jednak nie – to stałoby się coś tak podłego, że trudno o tym pisać każde kolejne zdanie. A wszystko zaczęło się od neodulszczyzny, która wczoraj żądała by państwo i szkoła zrozumiały, że młodzi „kochają się ze sobą” już w podstawówce, a potem nagle zaczęła grzmieć, że owe „kochanie” to „czyn zabroniony” i przestępstwo. Jest przestępstwo, więc musi być i kara. A że nie można karać za seks, bo koniec końców to najwyższe spełnienie „wolności”, więc ukarać zawsze można dziecko – najsłabszą, milczącą ofiarę dyrygentów rewolucji obyczajowej.