Zamknąłem kampanię tak jak zacząłem: w Jarosławiu. A była to długa i dobra kampania. Pierwszy raz występowałem w wyborach jednomandatowych, z ich jasną konfrontacją postaw i przekonań. Utrudniło ją tylko jedno – moi kontrkandydaci, a szczególnie Stanisław Zając, deklamując o „silnej prawicy” uciekali przed jakąkolwiek debatą. Nie tylko zresztą bezpośrednią. Bo również pośrednio nie usłyszałem odpowiedzi na moje pytania: o przyszłość waluty narodowej i o ważność Traktatu Lizbońskiego. Łatwiej odbywać spacery z Prezydentem, niż przekonywać go do czegokolwiek. 

Dlaczego zaangażowałem się w sprawę obrony narodowego pieniądza? Bo to kwestia otwarta, którą trzeba będzie rozstrzygać, a chodzi o instrument ochrony poziomu życia rodzin, konkurencyjności przedsiębiorstw i (przy odpowiedniej polityce kursowej) zachęcania młodych z emigracji do powrotu do kraju. Mimo tego zaangażowania od czasu do czasu czytałem wśród naszych komentarzy bzdury nienawistników, że milczę o sprawie euro. Nie do zdarcia jest formacja, która potrzebuje wrogów, a nie zwolenników swoich poglądów. A jak trzeba – wrogów wymyśla. 

Za to wśród wyborców zwolenników znalazłem bardzo wielu. Wyborcy będą w niedzielę wykonywać swoją władzę. Ale już teraz widać jasno, że kampania potwierdziła poparcie społeczne dla prawicy chrześcijańsko-konserwatywnej. Wszystkim Przyjaciołom, których życzliwości doświadczyłem (również wśród czytelników tego bloga) serdecznie dziękuję.