lipiec 2008


Międzynarodowe 30 lipca 2008

Jeżeli turecki Trybunał Konstytucyjny zdelegalizuje rządzącą Partię Sprawiedliwości i Rozwoju – Europa stanie przed poważnym dylematem. Bronić demokracji i wolności politycznej czy poprzeć jej ograniczenie w imię przymusowego laicyzmu? Rzecz tym trudniejsza, że zarzuty kierowane do AKP nie dotyczą ani propagowania, ani praktykowania żadnych form przymusu, ale prawa do zachowań religijnych, zakrywania chustką włosów (nie twarzy) przez kobiety, na przykład matki na przysiędze wojskowej synów albo studentki na zajęciach uniwersyteckich. Politycy AKP, z którymi rozmawiałem w Turcji, zainteresowani byli przede wszystkim integracją europejską i szacunkiem Europy dla islamu. Unia Europejska, z jej swobodą wyznaniową, jest dla nich autentyczną alternatywą dla militarnego i antyreligijnego nacjonalizmu. Znacznie spokojniej od nacjonalistycznych republikanów reagują też na żałobę Chrześcijaństwa wobec ludobójstwa, którego ofiarą padli Ormianie u schyłku Imperium Ottomańskiego, a także na społeczne rewindykacje Kurdów.  

Jadwiga Staniszkis trafnie pisze, że wolność w liberalizmie jest ideą funkcjonalną. Ma generować określony porządek społeczny. Wolność liberalna jest zatem jak urządzenie, które – jeśli źle działa – można chwilowo usunąć i przeczyścić, a może i wymienić na inne. Tak niestety jest, ale manifestowanie tego przez Zachód, poprzez przyzwolenie na ograniczanie wolności politycznej w kraju, w którym – według naszych oficjalnych standardów – w ogóle nie jest zagrożona, może zaowocować jedynie wzrostem antyzachodniego islamizmu. Turcja nie jest Algierią, a Partia Sprawiedliwości i Rozwoju to nie Islamski Front Ocalenia. Jeśli więc Francja i Niemcy będą przychylnie czekać na delegalizację AKP, by dopiero potem wykorzystać to jako ostateczny dowód nieprzystawalności Turcji do standardów zachodnich – z kolei wojsko i obóz nacjonalistyczno-republikański, tracąc ostatecznie unijną perspektywę, może przejść na pozycje antyzachodnie. I to w warunkach wyraźnie widocznego od pewnego czasu energetycznego zbliżenia rosyjsko-tureckiego. 

Najrozsądniejsza polityka Zachodu wobec Turcji to traktowanie serio swoich standardów – moralno-cywilizacyjnych i prawnych, zawartych w kopenhaskich kryteriach integracji europejskiej. A tu – obok funkcjonowania pluralistycznej demokracji – najważniejsza jest wolność religijna, prawa chrześcijan, najlepiej testujące zdolność Turcji do akceptacji, a nie tylko wykorzystywania, Europy.

Polityka 28 lipca 2008

Bardzo cenię Rafała Ziemkiewicza i cieszę się, że pomału staje się instytucją narodową. Gdyby nie on – debaty nad zaniechaniem potępienia ludobójstwa na Wołyniu praktycznie by nie było. Ten sam mądry nonkonformizm słychać w jego wypowiedziach o państwie PO-PiS.W piątkowej „Rzeczpospolitej” ogłosił o tym bardzo dobry tekst, jasno stwierdzając, że „brutalizacja polskiej polityki jest kwestią świadomego wyboru podjętego przez obie partie”. Palikot zaś „jest ważną częścią starannie przemyślanej medialnej strategii PO”. Ziemkiewicz konkluduje, że „po żadnej ze stron nie należy się więc spodziewać uspokojenia”, wręcz przeciwnie „skutkiem tego starcia radykalizmów [będą kolejne] przekraczane bariery”. Trafna analiza, cenna przestroga. Muszę jednak opatrzyć artykuł Ziemkiewicza swoim sed contra. Nie rozumiem bowiem, dlaczego widząc tak jasno destrukcję już nie życia publicznego (jako formy społecznej komunikacji), ale polityki polskiej (jako sposobu osiągania koniecznych celów narodowych), Ziemkiewicz w te celne oceny wrzuca i takie twierdzenie: „Polityka jest zajęciem dla graczy cynicznych i brutalnych, i trudno się na taki sposób jej prowadzenia oburzać”. Można się oburzać albo nie, ale trzeba mieć świadomość, jakie są skutki takiej „polityki”. A są właśnie takie, jakie Ziemkiewicz opisał. 

Polityk musi brać pod uwagę okoliczności. Polityka jest odpowiedzią na bezład świata (choć ma sens o tyle, o ile rekonstruuje ład). Ale dziennikarze – jeśli chcą uczciwie korzystać z nadzwyczajnej pozycji moralnej, jaką mają w liberalnym społeczeństwie – powinni śmiało i niezależnie krytykować źle funkcjonujący system polityczny, a nie zachowywać się jak jego funkcjonariusze. Polityka polska nie zmieni się na lepsze, dopóki krytyka polityczna (a raczej to, co nią być powinno) będzie tolerować konformizm, karierowiczostwo i agresję. Rafał Ziemkiewicz jest jednym z niewielu publicystów, którzy polityce i politykom stawiają wymagania. Większość „komentatorów” żyje z deszyfrowania pochodów i podchodów wyborczych warlordów i bezideowych graczy. Niby tę „politykę” krytykują, ale w gruncie rzeczy bez niej żyć by nie mogli. Gdyby polityka odzyskała godność – nie mieliby co robić, bo pisać o polityce jako sporze przekonań nawet by nie potrafili. Jednak im bardziej polityka byłaby normalna, im bardziej nastawiona na dobro publiczne – tym bardziej rosłoby znaczenie takich publicystów, jak Ziemkiewicz. Po co więc powtarza banały, którym skwapliwych rzeczników długo jeszcze nie zabraknie?

Prawa człowieka and Polityka 26 lipca 2008

Dakota Południowa, uchwalając zwykłą ustawę nakładającą obowiązek informowania w szpitalach o człowieczeństwie dziecka poczętego (pisze o tym dzisiejszy „Nasz Dziennik”), spowodowała na swoim terytorium likwidację wszystkich gabinetów śmierci. Oto przykład skutecznej polityki cywilizacji życia. Szpital za szpitalem, przepis za przepisem, kraj za krajem, aż po międzynarodowe regulacje praw człowieka. Nasi posłowie mogą (w drodze rezolucji) – o co zabiegam od początku roku – spowodować, by nasz kraj wystąpił w ONZ o międzynarodowe potępienie zbrodni aborcji. Partyjne centrale manewrują, co zrobić, żeby nic nie zrobić. Wczoraj, podczas debaty o odwołaniu minister Kopacz, wyegzekwowały od swych posłów haniebne milczenie w sprawie dziecka Agaty. Kibice sejmowej bijatyki mogą zgodnie zaśpiewać „Nic się nie stało, PO-PiS-ie, nic się nie stało!” 

Tymczasem potrzeba niewiele: małej, międzypartyjnej inicjatywy posłów. Wystarczy piętnastu posłów PiS, PO, PSL (są jeszcze niezależni), którzy nie oglądając się na swoje partyjne centrale zgłoszą międzypartyjny projekt uchwały i naprawdę w konkretnej sprawie „zjednoczą prawicę” rozrzuconą po różnych partiach. Tym samym utrudnią centralom stawianie sprawy w kategoriach walk i kalkulacji partyjnych. I wezwą Sejm do decyzji, której trudno będzie przeszkodzić. W końcu za rządów Belki ustanowiliśmy Narodowy Dzień Życia, a w poprzedniej kadencji mieliśmy 82 % głosów za odmową finansowania przez Polskę eksperymentów na dzieciach w embrionalnej fazie życia oraz 60 % głosów za zmianą Konstytucji. Dlaczego dziś, w najbardziej chrześcijańskiej Izbie od odzyskania niepodległości (najwięcej posłów prosiło Boga o pomoc w ślubowaniu poselskim), nie mielibyśmy tej sprawy wygrać? Trzeba tylko mieć odwagę postawić kwestię. 

Profesor Tadeusz Styczeń napisał, że prawa nienarodzonych są miarą demokracji. Dziś ta sprawa staje się również testem polskiego parlamentaryzmu. Czy mamy jeszcze posłów zdolnych do samodzielnej inicjatywy i poczuwających się do odpowiedzialności za przyszłość Polski, gotowych pracować dla świata bezpiecznego dla naszej wolności? Jak pisał Ronald Cartland: „Wolność każdego obywatela zależy od tego, czy członkowie Izby mają wolność słowa i prawo do niezależnych opinii”. Powtórzę jeszcze raz: niech działają licząc na Boga. W końcu to Jego prosili o pomoc w wypełnieniu mandatu, a nie Przemka Gosiewskiego i Sławka Nowaka.

Historia and Polityka 24 lipca 2008

Sejmowa awantura to taki splot złych intencji, że nie chce się po prostu o tym pisać; ale trzeba. Nie ulega wątpliwości, że PO skutecznie użyła ataku na Zbigniewa Ziobro, by odwrócić uwagę opinii publicznej od afery sopockiej. To pierwszy akt złej woli. 

Drugi to groteskowe oburzenie na skrajne zachowania opozycji. Bo przecież to, co się przez ostatnie dwa dni działo w Sejmie, nie nawiązuje do Siczy Zaporoskiej czy Samoobrony, ale do stylu opozycji Platformy Obywatelskiej. To PO w poprzedniej kadencji z krzyku uczyniła formę „debaty”, nie podejmowała pracy w legalnie powołanych komisjach sejmowych, czynnie poparła pucz Giertycha w styczniu’2006, wymyśliła horrendalną doktrynę, że obowiązek obecności i głosowania dotyczy tylko większości parlamentarnej. Pamiętam tę dziką radość demonstrowaną przed setkami tysięcy widzów, gdy Sejm nie mógł podejmować decyzji, bo 5 % posłów większości było nieobecnych (a więc przy absencji całkowicie usprawiedliwionej w każdym kolegium). Pamiętam ten ubaw obecnych-nieobecnych na sali posłów PO, którzy nie mieli nawet tyle przyzwoitości, by wyjść z bojkotowanego głosowania. To nie był jednorazowy wypadek. To była metoda – tym skuteczniejsza, że mieli po swojej stronie dużą część mediów. Ci sami, którzy wczoraj bawili się poniżaniem Sejmu jako instytucji, dziś stroją się w cycerońskie togi. A dopóki nie usuną Palikota z partii – nie mają żadnego tytułu do pouczania kogokolwiek o kulturze politycznej. Każdy odpowiedzialny przywódca nie ekscytuje, ale kontroluje skrajne zachowania w swoich szeregach. A gdy przekraczają – jakościowo bądź ilościowo – dopuszczalną miarę, po prostu ich sprawców usuwa. Wyborcy mają prawo (na swoją moralną odpowiedzialność) wybierać Palikota do Sejmu, ale żadna partia nie ma obowiązku rekomendować jego działalności. 

A PiS? Wymyślił metodę zajazdu komisyjnego, materialnie uprawnioną (znacznie bardziej niż bojkot komisji), ale trudno prawo poszczególnych posłów do udziału w pracach każdej komisji (art. 154 ust. 1 Regulaminu) traktować jako prawo do grupowych najść. W każdym razie taka dezinterpretacja tego przepisu na dłuższą metę zupełnie unicestwi gwarantowane w nim prawo. I patrząc na PiS zdziwiłem się jeszcze jednej sprawie – jak to się dzieje, że tak emocjonalni posłowie, tak nie mogący opanować słusznego gniewu i oburzenia, potrafili jednocześnie być tak opanowani i wyrachowani milcząc o dziecku Agaty we wniosku o odwołanie min. Kopacz? I nawet po komentarzach prasowych żadna reakcja nie wybuchła! Spontaniczność na rozkaz?

Media and Historia and Blog 22 lipca 2008

Na moim blogu pojawił się czterotysięczny komentarz. Autorem jest fidel, który – mam wrażenie – przyłączył się do partii poddającej w wątpliwość autorstwo mojego bloga. Przy czym fidel broni praw autora, niezależnie od tego, kto jest redaktorem. Jak rozumiem, uważa, że jest czego bronić. To bardzo miłe. Ale ostrzegam przed hipotezą, którą fidel zaczął rozważać. Jest bardzo wątpliwa. Więcej nie napiszę, zachowując swoją tajemnicę. Autora jubileuszowego komentarza pozdrawiam.

Dziś rano byłem na rozmowie w TVN-24, m.in. o mediach. W komentarzach do tego programu znalazłem zgryźliwe zdziwienie, że krytykuję skład Krajowej Rady RTV, mimo że jestem jednym z twórców osławionej noweli adwentowej z grudnia’2005, rzekomo uchwalonej w jedną noc. Oczywiście, ta noc to nieprawda. Komentatorom pomyliło się z niedawnym przyjęciem lizbońskiej ustawy ratyfikacyjnej w Senacie. A że trzeba było ustawę znowelizować w grudniu, to oczywiste. Zwłoka spowodowałaby powołanie przez Radę min. Waniek nowych, zdominowanych przez postkomunistów, władz mediów publicznych zaraz po Nowym Roku. Takie niebezpieczeństwo niósł kadencji Rad ustępujących. I system Roberta Kwiatkowskiego działałby do tej pory. Bezpośrednim następstwem nowelizacji było powołanie Bronisława Wildsteina na prezesa TVP. Jego krótka prezesura była najlepszym okresem telewizji publicznej w ciągu ostatnich dwunastu lat.

A do krytyki składu Krajowej Rady mam mocny tytuł. Wbrew atakom oceniam poprzednią przewodniczącą Elżbietę Kruk jako osobę dobrej woli i samodzielnego sądu, który nie raz manifestowała. Za składem Rady jednak nie głosowałem, jako bodaj jedyny poseł PiS. I mówiłem o tym publicznie. Włączenie do tego grona pana Borysiuka otworzyło tylne drzwi zaciągowi Kwiatkowskiego, maszerującemu tym razem pod flagą Samoobrony. Próbowałem przekonać PiS i PO do kompromisu i wyboru do Rady redaktora Arabskiego z Radia Plus, zgłoszonego przez Platformę, obecnego ministra. Po stronie PO nie znalazłem żadnej woli kompromisu. Oni chcieli konfliktu. Albo całej telewizji, jak w ustawie, którą teraz przegłosowali.

Blog 21 lipca 2008

Antonio poddaje w wątpliwość autorstwo moich wpisów, szczególnie tych ostatnich: „zupełnie nie w moim stylu” i „naprawdę bardzo dobrych”. Dziękuję, ale skąd Antonio wie, że to te felietony pisał mi dubler blogowy, a nie odwrotnie? Profesor Sadurski podejrzewał, że poprzednie nie były moje, ale chyba uznał, że ostatnie są. Antonio pyta, gdzie jestem? U siebie, na wsi, ale jeszcze miesiąc temu byłem na kampanii wyborczej. Kto pisze? To pozostanie moją słodką tajemnicą. W końcu w życiu publicznym przyjemnie jest zatrzymać coś dla siebie. A wpisy Antonia (którego pozdrawiam) są z reguły ciekawe, choć sam jego ciekawości tym razem nie zaspokoję.

Prawa człowieka 17 lipca 2008

Z ogromnym przygnębieniem przeczytałem długi wniosek PiS o votum nieufności dla minister Kopacz. Czego tam nie ma? Bo jest gabinet cieni PO, Beata Sawicka, ubezpieczenia komplementarne i suplementarne, koszyk świadczeń gwarantowanych, Biały Szczyt, Białe Miasteczko, a nawet liczne sondaże opinii społecznej. Nie ma tylko dziecka Agaty. 

Zapyta ktoś, jakie to ma znacznie, skoro i tak zapewne minister Kopacz nie zostanie odwołana. Otóż to! Votum nieufności wobec rządu dysponującego silną większością parlamentarną ma przede wszystkim znaczenie dla opinii publicznej, kształtuje ocenę rządu i oczekiwania społeczne. Milczenie o tragedii Agaty i jej dziecka wygląda jak przyzwolenie na to, co ich spotkało. A biorąc pod uwagę, że minister Kopacz była źle oceniana w samym rządzie – ten wniosek może raczej pomóc jej utrzymać stanowisko, przynajmniej przez pewien czas. Inaczej niż wniosek, w którym upomniano by się o życie dziecka. Przeciw takiemu wnioskowi trudno byłoby głosować wielu posłom PO i PSL, bo takie uzasadnienie odwoływałby się nie do walki PO-PiS o władzę, ale do wspólnoty zasad, deklarowanych przez wielu posłów, niezależnie od stosunku do rządu. Ale może PiS właśnie chce mieć takiego ministra? 

Gdy Lech Kaczyński został prezydentem Warszawy, jeden z reporterów zapytał go o opinię na temat jego następcy parlamentarnego, posła Andrzeja Lissa. Prezydent odpowiedział lakonicznie: „To jest człowiek z kategorii wiernych”. Posłowie, którzy podpisali wniosek milczący zarówno o dziecku Agaty, jak i o zaniechaniu sprawdzenia, czy młoda matka nie padła ofiarą molestowania aborcyjnego, też należą „do kategorii wiernych”. Wiernych wywodom Jarosława Kaczyńskiego o „zgwałconej czternastolatce”.

Traktat Reformujący and Polityka 16 lipca 2008

Wiecie, jaki jest szczyt bezczelności? Nie jestem w nastroju do żartów, więc napiszę krótko: ust. 2c art. 87 (obowiązującego!) Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską. A drugi szczyt bezczelności? Straszyć Polskę zwrotem pomocy publicznej dla naszych stoczni, mimo że w Unii obowiązuje ust. 2c art. 87 Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską. 

Art. 87 ust. 2 mówi, że państwa mają prawo udzielać pomocy – najbiedniejszym, jeżeli przekazywane towary nie są faworyzowane w oparciu o kryterium narodowe, ofiarom katastrof naturalnych oraz – w pkt. c – Niemcom ze wschodnich landów, po to, by usuwać gospodarcze skutki komunizmu w Niemczech. Streszczam te przepisy, więc przeczytać możecie sami. Streszczam i interpretuję, bo oczywiście brzemienne nienawiścią określenie „komunizm” nie pada w Traktacie. Mowa tam o regionach „dotkniętych podziałem Niemiec, w zakresie, w jakim jest niezbędna do skompensowania niekorzystnych skutków gospodarczych spowodowanych tym podziałem”. I rzeczywiście do końca nie wiadomo czy tylko chodzi o to samo, czy o coś jeszcze więcej. Bo albo „podział Niemiec” to tylko eufemistyczne określenie marionetkowych rządów komunistycznych w NRD (by nie ranić „lewicy”), albo należy to czytać wprost, że podział Niemiec był znacznie większym nieszczęściem niż pozbawienie niepodległości całych narodów, skazanych na życie pod dominację sowiecką. W tym narodów takich, jak Czesi, którzy stracili niepodległość przez Niemcy, a nawet Polacy – którzy zatrzymali ekspansję Hitlera i pierwsi bronili wolności Europy przed agresją niemiecko-sowiecką. 

Niemcy biorą, co chcą. I nie wstydzą się do traktatów wpisywać narodowych kłopotów, których sami sobie narobili, jako europejskich tragedii. Pora, by nasi przywódcy zaapelowali do Europy o przyzwoitość. Śmiało, w ramach standardu Sarkozy’ego. To naprawdę nie jest kwestia polityki, to kwestia moralności!

Traktat Reformujący and Historia 15 lipca 2008

Prezydent przywiózł z Paryża tajny plan europejski, który ma być ujawniony w stosownym czasie. Czego dotyczy plan, można tylko spekulować. Rzecz jest tym bardziej tajemnicza, że miał być raport, a jest plan. Jarosław Kaczyński już miesiąc temu deklarował, że ratyfikacja zależy od wyjaśnienia, „jaka jest sytuacja prawna”. Nie wiemy, czy prezes PiS wie już, „jaka jest sytuacja prawna”. Być może tak, a raport „jaka jest sytuacja prawna” zostanie ujawniony razem z planem w stosownym czasie. Stwierdzając bowiem bezprzedmiotowość ratyfikacji traktatu lizbońskiego Lech Kaczyński potwierdził, że traktatu – jako umowy, która może stać się prawem wzajemnie wiążącym państwa Unii Europejskiej – już nie ma. Czyżby miał być wskrzeszony? Mnie osobiście Opération Résurrection nie kojarzy się najlepiej. Mało kto ją pamięta (choć mija okrągłe pół wieku). Warto więc przypomnieć, bo to jedno z największych oszustw ubiegłego stulecia. 

Kończyła się we Francji Czwarta Rzeczpospolita. Francuzi oddali pół Wietnamu komunistom (na szczęście ratując drugą połowę), trwała wojna w Algierii. De Gaulle obiecał walkę do końca w obronie Francji od Dunkierki po Tamanrasset. Po cichu zachęcał dowódców prowadzących wojnę w Algierii do przewrotu wojskowego. Plan był gotowy – kryptonim Operacja Zmartwychwstanie. Przerażony prezydent Coty oddał de Gaullowi władzę. Generał władzę wziął – i skutecznie (!) zrealizował program dekolonizacji, który zwalczał, gdy parł do władzy.  

Czy w sprawie traktatu będziemy mieli Nouvelle Opération Résurrection? Lech Kaczyński gra, choć w tej grze już zgubił wiele, bardzo wiele, atutów (teraz nie czas na wyliczenia). Próbował wyjść z sytuacji, teraz stoi w wyjściu i rozgląda się na boki. Prezydentowi należy się kredyt zaufania tak długo, jak długo jest nadzieja, że prowadzi grę przeciw zmowie ratyfikacyjnej. Choć niewiele wskazuje na to, by w Paryżu powiedział jasno Prezydentowi Francji „jaka jest sytuacja prawna”.

Nekropolis 14 lipca 2008

Byłem zawsze przeciwnikiem politycznym profesora Geremka, począwszy od naszych pierwszych sporów o ślubowanie poselskie w Sejmie kontraktowym, czy bodaj pierwszej krytyki telewizyjnej, jaka go spotkała w bezpośredniej debacie z innym posłem Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. Jednocześnie pracowałem z nim razem w Komisji Spraw Zagranicznych i jej Prezydium (którym przewodniczył) i z przekonaniem mogę powiedzieć, że nie było do tej pory przewodniczącego tej Komisji, który jej znaczenie polityczne podniósłby tak wysoko. Nadał jej ton, dzięki któremu praca w niej była jednym z najbardziej satysfakcjonujących zajęć parlamentarnych. Nie pora dziś na przytaczanie wszystkich spraw, o które się tam spieraliśmy. Profesor był niezwykle ciekawym rozmówcą, stosując pewien tradycyjny podział, jeśli chodzi o stosunek do ludzi – zdecydowanie wolał tych (o ile wiem, również we własnej partii), którzy czytają książki. Był znakomitym mówcą. Kiedy, po przeprowadzonej przez prawicę zmianie władz, odszedł z Klubu OKP – cieszyłem się ze zmiany politycznej, ale naprawdę brakowało mi jego mów. Kiedy usłyszałem go ponownie, przemawiającego w imieniu Unii Demokratycznej, odetchnąłem, że Sejm staje się na nowo ciekawszy. Więcej już nie przemówi, Bóg nagle powołał go na swój sąd. Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie!

Traktat Reformujący 12 lipca 2008

Prezydent jedzie świętować 14 lipca. Defilada na Polach Elizejskich to nie okazja do polemik, ale mam nadzieję, że Lech Kaczyński znajdzie okazję, by z prezydentem Francji porozmawiać poważnie.   

Apele Sarkozy’ego do moralności Lecha Kaczyńskiego to coś więcej niż wyskok polityczny w stylu Chiraca, który zachęcał kraje środkowoeuropejskie, by w czasie kryzysów międzynarodowych siedziały cicho i cieszyły się, że nikt nie pyta ich o zdanie. „Nowa moralność” Sarkozy’ego to – mimo groteskowej formy – poważna i groźna doktryna polityczna. Otwarcie sformułowana doktryna, według której przywódców Europy bardziej od praw własnych narodów (również praw zapisanych w traktatach europejskich) zobowiązywać powinny wzajemne osobiste uzgodnienia; uzgodnienia, które powinni wykonywać – niezależnie od racji prawa i demokracji – na terenie swoich państw. I wbrew pozorom nie jest to doktryna ani nowa, ani utopijna. Jej pierwszą dużą realizacją była zmowa antyreferendalna, by nigdzie w Europie nie przeprowadzać referendum na temat traktatu lizbońskiego. Układ ten wykonano z żelazną konsekwencją, Irlandia zaś była założonym z góry i nieuniknionym (ze względów konstytucyjnych) wyjątkiem potwierdzającym regułę. Jak się okazało – szczęśliwym wyjątkiem. 

Doktryna Sarkozy’ego to również recepta na wyzucie z treści zasady jednomyślności (kluczowych decyzji) w Unii Europejskiej. Zadaniem przywódców unijnych będzie, na terenie swoich państw, tak długo – per fas et nefas – forsować unijne ustalenia, aż te nie zostaną wykonane w sposób zadowalający dla kierownictwa Unii. Ostateczne będą tylko decyzje zgodne z oczekiwanym wynikiem, wszelkie sprzeczne – będą podlegać obowiązkowej rewizji. Ta doktryna w konsekwencji zmienia Unię ze związku państw w sui generis Imperium, wzmacniające swą władzę nie dla realizacji wolnych uzgodnień tworzących je państw, ale w istocie w opozycji do nich. I nie dajmy się zwieść pozorom zgody w Europie. Kamieniem węgielnym tej zgody jest zgoda, by nie pytać narodów o zdanie – w referendum.

Pytanie Ojca Mądela 5 lipca 2008

Dziś końcowy wpis w odpowiedzi na kwestię podniesioną przez Ojca Mądela. Ustawa o ochronie życia z RP 1993 to było wiele szczegółowych głosowań kolejnych przepisów  ustawy,  rozpatrujących (w formie poprawek) różne szczegółowe problemy, a nie jedno głosowanie całości projektu. Niestety, część posłów, którzy poparli całość ustawy – poparło ją dlatego, że wcześniej osobiście skutecznie wystąpili przeciw prawu do urodzenia dzieci chorych albo poczętych wskutek współżycia szkolnych par. W żadnym wypadku nie można powiedzieć – ot, tak – że ci posłowie „postąpili dobrze”, tak jak rzeczywiście postąpili dobrze ci, którzy we wszystkich szczegółowych głosowaniach konsekwentnie popierali prawo do życia. Dobrze, że ci pierwsi gotowi byli poprzeć chociaż taki zakres ochrony życia. Ale to nie usprawiedliwia tego, że osobiście, w konkretnych głosowaniach, odmówili całym kategoriom dzieci gwarancji prawa do urodzenia. A porządek moralny jest tu bardzo jasny – jest rzeczą dobrą, bardzo dobrą, działać na rzecz każdego rozszerzenia prawnej ochrony życia. Ale obowiązkiem każdego polityka jest osobiste, absolutne, jasne i znane wszystkim zaangażowanie w tę sprawę. To jest obowiązek niepodzielny i nieredukowalny, i dokładnie te cztery jego znamiona formułuje „Evangelium vitae” (art. 73). 

I drugie zastrzeżenie. Ojciec Mądel pisze, że celem właściwego zaangażowania na rzecz prawa do życia powinien być „kompromis przynajmniej trochę lepszy niż wcześniejsze prawo”, a nie „niekończąca się obstrukcja” (to ostatnie określenie to chyba przejęzyczenie, chodzi chyba raczej o kontestację). Otóż nie. Owszem, należy zmierzać do uzyskania tego, co możliwe w danym czasie, etapowość tego zaangażowania jest jak najbardziej właściwa. Powiem więcej – każdy polityk ma obowiązek myśleć, jakie konkretne postulaty cywilizacji życia można przeprowadzić w danych okolicznościach. Ale nigdy – ani w teorii, ani w praktyce – nie można zaakceptować ustawodawstwa aborcyjnego, nawet w złagodzonej wersji. Bo nigdy nie wolno akceptować niesprawiedliwości. Polityka cywilizacji życia jest równie niezbędna jak polityka wzrostu gospodarczego, zresztą obie się łączą. I nie można jej zastąpić czym innym, tak jak niepodległości Polski nie można było zastąpić ani rozwojem gospodarczym, ani zachowywaniem i upowszechnieniem kultury narodowej, ani maksymalizacją wpływów politycznych w państwach zaborczych. Wszystko to było dobre, ale nie uchylało konieczności pracy dla najważniejszego celu dobra wspólnego.  

Jan Paweł II uczył, że „niezbędnego sprzeciwu wobec zamachów na życie” nie zastąpią nawet pozytywne działania, realizowane w ramach ustawodawstwa państwa aborcyjnego. Mówił to wspólnie z kardynałem Ratzingerem o udziale katolików w systemie niemieckich konsultacji przedaborcyjnych. Taki bowiem „pozytywizm życia” – jeśli nie towarzyszy mu walka o publiczne uznanie prawa do życia – prowadzi najpierw do osłabienia owego „niezbędnego sprzeciwu”, a na koniec „niepostrzeżenie do coraz powszechniejszego ulegania permisywnej logice” (EV 74).

Traktat Reformujący 4 lipca 2008

Na wczorajszej konferencji prasowej przedstawiłem deklarację poparcia dla wszystkich działań Prezydenta, które naprawdę będą bronić zasady jednomyślności kluczowych decyzji Unii, pod warunkiem oczywiście – że nie będą jedynie obroną pozorów przestrzegania tej zasady. Potrzebne jest mocne poparcie, bo Prezydent nie ratyfikując nieważnego Traktatu realizuje interes narodowy, a to, co zapowiada PO, SLD i PSL – presja parlamentarna w kierunku ratyfikacji nieważnego traktatu, podważająca zasadę chroniącą nasze suwerenne kompetencje we współpracy europejskiej – to praktyki nawiązujące do najgorszego dziedzictwa czasów saskich, niszczenia państwa i budowania własnej pozycji politycznej na poparciu zagranicy. Co więcej – jest to polityka godząca w solidarność europejską, bo wyzywanie od „antyeuropejskich” wszystkich opinii krytycznych wobec propozycji dyrektoriatu kierowniczego UE to niszczenie, a nie łączenie  Europy. 

A teraz wyjaśnienie wstępnego zastrzeżenia. Prezydent podjął najlepszą decyzję europejską od roku i należy ją mocno popierać, choć ostateczny kierunek tej polityki do końca jasny nie jest. Przede wszystkim prezydent Kaczyński przyłącza się do chóru traktującego decyzję irlandzką jako chwilową. Jego minister Michał Kamiński oświadcza, że Prezydentowi zależy na wejściu Traktatu w życie, a chodzi tylko o to, by Irlandczykom dać czas na zmianę decyzji. Pół miesiąca temu Jarosław Kaczyński – mijając się z wcześniejszymi wypowiedziami ministra Kamińskiego – twierdził w „Sygnałach Dnia”, że Prezydent traktatu nie popiera, a ratyfikacja zależy od wyjaśnienia, „jaka jest sytuacja prawna”. Przedwczoraj w jednym z serwisów telewizyjnych Jolanta Szczypińska potwierdziła, że wyjaśnienia trwają dalej. Natomiast Adam Bielan w „Dzienniku” mówi (nadal chwaląc Traktat Lizboński), że Prezydent „jest gotowy ratyfikować traktat, jeżeli sytuacja polityczna ulegnie zmianie”. Nie wiadomo więc, co będzie przesłanką decyzji Prezydenta: zasada jednomyślności czy polityka innych państw, niezależnie od prawa europejskiego? Jarosław Kaczyński mija się Bielanem czy mija się (wedle własnego określenia) z prawdą? A może prawda mija się ze zmieniającą się sytuacją polityczną? Nie wiadomo, choć „jaka jest sytuacja prawna” wiadomo od początku, a kto nie wiedział – przez pół miesiąca dowiedzieć się powinien. Nieważne, czas rozjaśni zamiary i intencje. Ważne jest jedno: by bezprawie nie zatryumfowało w Europie.

Pytanie Ojca Mądela 3 lipca 2008

Wracam do kwestii postawionej przez Lorkanina, a wcześniej Ojca Krzysztofa Mądela SJ. W głosowaniu nad całością ustawy’93 wstrzymałem się od głosu, gdyż z jednej strony uważałem (podobnie do zacytowanej późniejszej opinii Prymasa Glempa), że dokonuje się ważny krok naprzód, z drugiej strony widziałem jasno, że ustawa ta otwiera drogę do takich zamachów na życie, jak ostatnio śmierć dziecka Agaty. Nałożyło się to też na debatę w Klubie ZChN, gdzie „pragmatycy” zapowiadali z góry, że poprą każdą wersję nowej ustawy o ochronie życia, a „fundamentaliści”, że zagłosują przeciw każdej niekompletnej – twierdząc, że nie tyle otworzy drogę do dalszych korzystnych zmian, co spetryfikuje stan ułomny. Osobiście oba stanowiska uważałem za skrajne. Zresztą, gdyby prace te toczyły się już po „Evangelium vitae”, zapewne zagłosowałbym za całością projektu ustawy. Tamto głosowanie jednak było nie tyle odmową poparcia ustawy, co votum separatum wobec wyraźnie ukształtowanej (w głosowaniu poprawek) większości, która wprawdzie (co zasługuje na pochwałę) uznała potrzebę pewnej ochrony życia (w czym również mieliśmy bardzo duży udział), ale odmówiła (czego nie można akceptować) prawno-karnej ochrony dzieciom chorym, poczętym wskutek oszustwa matrymonialnego czy – jak się okazuje – szkolnej swobody obyczajowej. O ciężarze tego dylematu świadczy to, że Jan Paweł II zakwalifikował go do kategorii „szczególnych problemów sumienia” (EV 73). Bowiem problemy sumienia polegają nie tylko na tym, że ludzie nie wiedzą, czy wolno im zrobić to, co wygodne, ale że – również – wzbraniają się zrobić coś wygodnego, ale zaprzeczającego temu, co uważają za obowiązek czy nakaz odpowiedzialności. 

Ojciec Mądel pisze, że „posłowie głosujący za polską ustawą z 7 stycznia 1993 postąpili dobrze”. W swych kategorycznych osądach moralnych ma wiele racji w stosunku do głosowania nad całością ustawy, ale już na pewno nie w ocenie działań wszystkich uczestników dramatu. Mam bowiem wrażenie, że swe oceny sformułował w oparciu o niepełną znajomość toczących się przed piętnastu laty prac i niepełną znajomość procedury parlamentarnej. Jest to jednak o tyle usprawiedliwione, że sama „Evengelium vitae” stanowi zupełnie pionierski dokument w zakresie politycznej etyki demokracji, w tym szczegółowej etyki prac parlamentarnych. Problem bowiem w tym, że zachowań posłów, którzy wtedy głosowali za ustawą, nie można ujmować w jedną wspólną kategorię. Nie było ani jednego głosowania, ani jednej polityki, ani jednej postawy. Ale w tej sprawie cdn.

Christianitas and Blog 1 lipca 2008

Wojciech Sadurski poświęcił długi komentarz mojemu wpisowi „w kwestii ekskomuniki”. Mam do niego trzy żale. Pierwszy, iż nie napisał, że nikomu nie życzę ekskomuniki, ani – na szczęście – nie ja muszę w tej sprawie wyrokować. Profesor Sadurski czyni mi zarzut, że samą karę ekskomuniki uważam za uprawnioną i leczącą. Szczególnie to drugie wywołało jego konsternację. I w rzeczy samej – strasznie to śmieszne. Właśnie tak, straszne i śmieszne jednocześnie, jak retrybutywna koncepcja kary jako zadośćuczynienia. Dostojewski napisał nawet książkę o tym, że człowiek potrzebuje kary, że po „zbrodni” nie może po prostu spokojnie żyć – bez kary. Oczywiście, wiemy dziś, że zarówno Dostojewski, jak i zaprojektowany przez niego bohater byli ofiarami represyjnego chrześcijaństwa, co potwierdzają zarówno kompromitujące monarchistyczne poglądy samego Dostojewskiego, jak i to, że Raskolnikowa do obsesji kary doprowadza prawosławny prokurator. Właściwie ani poglądami, ani Raskolnikowem nie warto by się dziś zajmować, gdyby nie to, że Dostojewski w swoich książkach uparcie sugerował, że ateizm może być przyczyną zbrodni. A to pogląd nie tylko groźny, ale naprawdę karygodny. Problem Dostojewskiego mógłby właściwie być już rozwiązany, bo autor „Zbrodni i kary” znalazł się na pierwszej liście Giertycha. Niestety, w tej sprawie – i to jest mój drugi żal – Wojciech Sadurski zachował neutralność. To zrozumiałe, że nikt nie jest wolny od ideologicznych ograniczeń. Gdyby jednak profesor Sadurski wykazał się większą otwartością i bezkompromisowością jednocześnie – miazmaty jurodiwego pisarza nie zatruwałyby już coraz szerzej otwieranych umysłów naszej szkolnej młodzieży. 

A trzecia pretensja dotyczy stosunku profesora Sadurskiego do mojego Kościoła. Bo mój polemista mógłby jednak zrozumieć, że przez dwa tysiące lat Kościół Katolicki wypracował swój acquis communautaire i – z dużą cierpliwością – oczekuje jego akceptacji przez tych, którzy weszli do jego wspólnoty. I ma do tego prawo – jak (nie porównując) Unia Europejska. Nawet ma prawo oczekiwać zmiany poglądów od tych, którzy chcą być katolikami. Tak jak profesor Sadurski oczekuje nawrócenia Irlandii.