Prezydent jedzie świętować 14 lipca. Defilada na Polach Elizejskich to nie okazja do polemik, ale mam nadzieję, że Lech Kaczyński znajdzie okazję, by z prezydentem Francji porozmawiać poważnie.   

Apele Sarkozy’ego do moralności Lecha Kaczyńskiego to coś więcej niż wyskok polityczny w stylu Chiraca, który zachęcał kraje środkowoeuropejskie, by w czasie kryzysów międzynarodowych siedziały cicho i cieszyły się, że nikt nie pyta ich o zdanie. „Nowa moralność” Sarkozy’ego to – mimo groteskowej formy – poważna i groźna doktryna polityczna. Otwarcie sformułowana doktryna, według której przywódców Europy bardziej od praw własnych narodów (również praw zapisanych w traktatach europejskich) zobowiązywać powinny wzajemne osobiste uzgodnienia; uzgodnienia, które powinni wykonywać – niezależnie od racji prawa i demokracji – na terenie swoich państw. I wbrew pozorom nie jest to doktryna ani nowa, ani utopijna. Jej pierwszą dużą realizacją była zmowa antyreferendalna, by nigdzie w Europie nie przeprowadzać referendum na temat traktatu lizbońskiego. Układ ten wykonano z żelazną konsekwencją, Irlandia zaś była założonym z góry i nieuniknionym (ze względów konstytucyjnych) wyjątkiem potwierdzającym regułę. Jak się okazało – szczęśliwym wyjątkiem. 

Doktryna Sarkozy’ego to również recepta na wyzucie z treści zasady jednomyślności (kluczowych decyzji) w Unii Europejskiej. Zadaniem przywódców unijnych będzie, na terenie swoich państw, tak długo – per fas et nefas – forsować unijne ustalenia, aż te nie zostaną wykonane w sposób zadowalający dla kierownictwa Unii. Ostateczne będą tylko decyzje zgodne z oczekiwanym wynikiem, wszelkie sprzeczne – będą podlegać obowiązkowej rewizji. Ta doktryna w konsekwencji zmienia Unię ze związku państw w sui generis Imperium, wzmacniające swą władzę nie dla realizacji wolnych uzgodnień tworzących je państw, ale w istocie w opozycji do nich. I nie dajmy się zwieść pozorom zgody w Europie. Kamieniem węgielnym tej zgody jest zgoda, by nie pytać narodów o zdanie – w referendum.