Sierpień 2008


Religia 30 sie 2008

Na tę niedzielę obiecany wpis o trzech Papieżach. Podczas przedostatniej audiencji środowej Benedykt XVI przypomniał świętego papieża Piusa X, nawiązując jednocześnie do pielgrzymki, którą Jan Paweł II odbył dwadzieścia trzy lata temu do miejsca urodzin Giuseppe Sarto. Ojciec Święty powiedział wtedy, że św. Pius X „walczył i cierpiał za wolność Kościoła, i potrafił dla tej wolności poświęcić przywileje i honory, potrafił stawić czoła niezrozumieniu i szyderstwom, bo uważał, że wolność Kościoła to ostateczna gwarancja całości i spójności wiary”. 

Postawiłem napisać o tym, bo ta krótka charakterystyka, przedstawiona przez Jana Pawła II i Benedykta XVI, niezwykle ciekawie pokazuje nić przewodnią pontyfikatu św. Piusa X. Sprawą wolności była bowiem nie tylko nieugięta obrona suwerenności Stolicy Apostolskiej i praw Kościoła we Francji po ustawodawstwie laickim z RP 1905. Sprawą wolności była również walka Kościoła z modernizmem teologicznym, który antycypował presję współczesnej kultury na wiarę, presję wspieraną przez władze, uniwersytety i media. 

A sam św. Pius X miał rzeczywiście charakter kontestatora. Bo kto inny mógłby na groźby wywłaszczenia odpowiedzieć, że „dobro Kościoła jest ważniejsze od dóbr Kościoła”, a wobec żądań pogodzenia się z pozbawieniem Papieża suwerenności – że jeżeli to ma być warunek udziału katolików we włoskiej polityce, to katolicy nie będą ani głosować, ani kandydować. I przestrzegał z darem proroczym przed chrześcijańską demokracją, pisząc, że „cywilizacji nie trzeba wymyślać ani budować jej od podstaw z niczego, bo cywilizacja była i jest – to cywilizacja chrześcijańska, państwo katolickie”.

Blog 29 sie 2008

Tak – cały rok pisania tego bloga. Czym dla mnie jest? Po części publicznym dziennikiem, po części stałym felietonem, a właściwie – jednym i drugim jednocześnie. Dzięki jego edycji mogłem przeprowadzić kampanie w sprawie Traktatu Lizbońskiego i w sprawie Gruzji. To o tyle istotne, że w sprawach najważniejszych trzeba się wypowiadać cały czas, nie ograniczając się do jednorazowego oświadczenia. Tak jak w sprawie cywilizacji życia. Zrelacjonowałem na bieżąco swoje dwie kampanie wyborcze. Piszę z zasady o życiu publicznym, ale niedziele i święta rezerwuję – również na blogu – dla spraw wiary i Kościoła.  

Moim oponentom otwieram nieograniczoną możliwość krytyki mojej działalności i mojego stanowiska. Potrafię oczywiście odróżnić nawet radykalną krytykę od manifestacji wrogości, ale drugie przyjmuję z dobrodziejstwem inwentarza. Tolerancję trzeba praktykować, a nie tylko używać jej do pouczania innych. Jak na razie wyznaczyłem jej jedną granicę i proszę Czytelników o jej zachowanie – nie zgadzam się na żadne wulgaryzmy w dyskusji, „od siebie”, również wykropkowane. Cytaty to co innego – nie jesteśmy purytanami, po prostu chodzi o poziom debaty i stosunek do ludzi. 

Dziękuję Wszystkim Czytelnikom za głosy poparcia, przyjaźni i krytyki. A korzystając z okazji (bo nie miałem ostatnio wpisów czysto „blogowych”), fidelowi dziękuję za materialne poparcie Prawicy Rzeczypospolitej. Jego „wdowi grosz” – to całkiem sporo groszy. Bo 400 zł rocznie to bardzo konkretne osobiste poparcie. Tym cenniejsze, że fidel sam pisze, że nie ze wszystkim się z Prawicą zgadza, ale zgadza się z nami bardziej niż z innymi. Oto głos prawdziwie republikański! Bóg zapłać!

Christianitas and Prawa człowieka 26 sie 2008

Życie wraca do normy. Ostatniego dnia Olimpiady aresztowano bp. Zia Zhiguo, 73-letniego ordynariusza Zhengding w prowincji Hebei. Biskupa wywieziono w nieznanym kierunku. Wcześniej bp Zia był jedenastokrotnie aresztowany i spędził łącznie osiemnaście lat w więzieniu. Ostatnio przebywał w areszcie domowym, władze uniemożliwiały mu kontakty zewnętrzne, łącznie z koniecznymi konsultacjami lekarskimi. Bp Zia jest znany nie tylko ze „zwyczajnej” pracy duszpasterskiej, ale również z działalności charytatywnej, w ramach której opiekował się setką upośledzonych osieroconych dzieci. 

W ciągu ostatniego roku zmarł po ośmiu latach więzienia bp Han Din Xiang z Yong Nian. Okoliczności jego śmierci są do tej pory niejasne, tym bardziej że komunistyczne władze kazały go pochować natychmiast po zgonie. Nie wiadomo co dzieje się z aresztowanymi w ostatnich latach biskupami Su Zhimin z Baoding i Shi Enxiang z Yixian. 

Myślałem, że dzisiejszy świąteczny wpis poświęcę jakiemuś bardziej przyjemnemu tematowi, tym bardziej że Antonio skarży się na mój humor. Może w najbliższym świątecznym felietonie napiszę o przypomnieniu św. Piusa X podczas jednej z ostatnich audiencji Ojca Świętego. O tym, co dzieje się w Chinach, trudno pisać z olimpijskim spokojem, ale trzeba za każdym razem, gdy tylko przychodzą wieści z tamtejszego Kościoła. Zresztą, choć świata to nie obchodzi, my wierzymy – jak napisał Benedykt XVI w liście do chińskich katolików – że męczeństwo i cierpienie dadzą chińskiemu Kościołowi nowe życie.

Prawa człowieka 25 sie 2008

Cezary Michalski ma pretensje do całego świata, który przyjechał do Pekinu i obserwował Olimpiadę „milczący, z podkulonym ogonem”, zafascynowany „tym, co w Chinach jest realnym osiągnięciem cywilizacyjnym, ale także chińskimi wsiami patiomkinowskimi, fasadą, żywymi obrazami etc.”.  

Gdy jednak apelowaliśmy, by wolność prześladowanych chrześcijan stała się polskim wpisem do międzynarodowej agendy praw człowieka, byśmy sprawiedliwość i solidarność w polityce międzynarodowej zaczęli traktować serio, bo „skuteczne państwo w służbie – wygodnego życia” to za mało na tym nie bardzo doskonałym świecie – Pluszowy Rambo krzyczał, że domagamy się męczeństwa, burzymy mu spokój i chcemy go z powrotem wysłać do Wietnamu. A on nie chce! Nie chce! 

Dziwiło mnie to trochę, bo pogromca obrońców zygot groził jednak, że będzie młotem na krzywdzicieli unerwionych płodów. Ale widocznie doniesienia Kongresu USA na temat gwałtów aborcyjnych w Chinach Rambo potraktował jako jeszcze jeden trik polityków, którzy oszukali jego i jego pokolenie. 

W końcu jednak pociągnęło wilka do lasu. Dramat Lhasy przypomniał mu przygody w wietnamskiej dżungli, samotnych Buddów czekających w pluszowym gąszczu na ostateczną zagładę, po prostu – smak przygody. Szkoda, że Rambo nie rozumie, że w Chinach też budują „skuteczne państwo w służbie – wygodnego życia”, tylko w trochę innej wersji. A inność chyba należałoby uszanować?

Międzynarodowe 22 sie 2008

W dzisiejszym „Gościu Niedzielnym” drukuję artykuł o wojnie gruzińskiej, sumujący stanowisko, które na bieżąco prezentowałem na blogu. Tu przytoczę tylko fragment, w którym odpowiadam na zarzuty stawiane Gruzji, przypominając okoliczności, które poprzedziły wybuch wojny.

Południowa Osetia (z trzech separatystycznych prowincji leżąca najbliżej Tbilisi i centrum kraju) stała się bowiem bazą nieustannych prowokacji zbrojnych, które jeszcze wzmogły się latem tego roku. Operacja „przywrócenia porządku konstytucyjnego” na całym terytorium Gruzji, przywrócenia suwerennej gruzińskiej władzy w Cchinwali, podjęta przez prezydenta Saakaszwili, nie była więc żadnym romantyzmem terytorialnym. Saakaszwili potrafił wcześniej wynegocjować z separatystami w Adżarii zadowalający ich status autonomiczny. To samo proponował Południowej Osetii. Ale różnica polegała m.in. na tym, że Adżaria to region Gruzji na granicy tureckiej, najbardziej oddalony od granic Rosji. Południowa Osetia zaś leży dokładnie pomiędzy Władykawkazem, gdzie stacjonowała rosyjska 58. Armia, a Tbilisi. Dla Rosji obecność w Południowej Osetii była okazją do stałego nacisku na Gruzję, nacisku dosłownie fizycznego.

Prezydent Gruzji nie mógł dłużej tolerować ostrzału swojego terytorium, stałego zagrożenia ludności cywilnej, sytuacji, w której nie działa państwo. To nie była kwestia ambicji, ale bezpieczeństwa, wypełniania najbardziej elementarnych funkcji państwa. Ale był jeszcze drugi aspekt. Gdyby nie wyprzedzająca reakcja Gruzji – Rosja mogła swą agresję zrealizować środkami politycznymi, ogłaszając separację Abchazji i Południowej Osetii. Świat by tego od razu nie uznał. Ale po czasie sama Unia Europejska stawiałaby Gruzji warunek uregulowania stosunków z sąsiadem, jeżeli Gruzja chce w najdalszej perspektywie rozważać udział w integracji europejskiej. Opór Saakaszwiliego umiędzynarodowił problem, zapobiegając takiej właśnie „bezbolesnej” agresji i rozbiorowi jego państwa.

Międzynarodowe and Polityka 20 sie 2008

Od początku kryzysu gruzińskiego popieram politykę Prezydenta. Również wczoraj poparłem (w TVN-24) jego orędzie, gdyż dobrze określało naszą bieżącą politykę (tarcza jest bronią defensywną, nikomu nie zagraża i nie zgodzimy się, by Rosja ograniczała samodzielność naszej polityki) oraz jej długofalowy plan (zbudowanie samodzielnej polityki polskiej w ramach solidarności Zachodu, na którego działania powinny wpływać nasza perspektywa i nasze doświadczenie). 

Popieram Prezydenta, bo jego reakcje na wojnę w Gruzji były właściwe i efektywne. Ale wcześniej Prezydentowi zabrakło dalekowzroczności. Jadwiga Staniszkis dobrze definiuje proklamację Kosowa jako punkt wyjściowy dzisiejszego kryzysu. Prezydent był mądry po szkodzie, ale wcześniej (na przykład podczas wizyty prezydenta Albanii) publicznie tę separację popierał.  

Również w sprawach traktatu jednym z naszych zasadniczych zastrzeżeń winno było być – zgodnie z zasadą „tyle wspólnych instytucji i kompetencji, ile wspólnych wartości i interesów” – najpierw określić cele wspólnej polityki zagranicznej (szczególnie w dziedzinie rozszerzenia, więc Ukrainy i Gruzji), potem (proporcjonalnie do wagi uzgodnień) wzmacniać jej instrumenty i związaną z tym władzę Unii. Wielokrotnie o tym mówiłem w debacie krajowej i kontaktach zagranicznych. Unię można było wcześniej zaangażować w sprawy uregulowania stosunków gruzińsko-rosyjskich, była szansa na uniknięcie obecnego dramatu. Trzeba jednak było wtedy mieć wizję polskiej polityki europejskiej. 

Dziś Prezydent (w wywiadzie dla „Newsweeka”) chwali się, że osiągnął w traktacie wszystko, co chciał. Okazuje się więc, że również na potwierdzeniu szacunku Unii dla życia chrześcijańskiego w Europie albo na wpisaniu praw rodziny do katalogu wartości podstawowych po prostu mu nie zależało. Tych, którzy przy tym obstają, wysyła do (że zacytuję orędzie) skansenu, bo nie rozumieją współczesnego świata. Wybór Prezydenta.

Międzynarodowe 13 sie 2008

Wyjazd Prezydenta do Gruzji był oczywistym sukcesem. Jak inaczej można nazwać zgodne działanie – w trudnej sytuacji – Polski, Litwy, Łotwy, Estonii, Ukrainy? W sytuacji, gdy w imieniu dyrektoriatu kierowniczego UE odezwały się głosy przyzwolenia dla rosyjskiej agresji (Kouchner, Frattini, Erler), milczenie oznaczałoby zgodę na lekceważenie naszych interesów bezpieczeństwa, zgodę na prowadzenie polityki Unii tak, jakby państw Europy środkowej w ogóle w niej nie było. Polski interes polega na tym, by Unia działała na rzecz utrwalenia zmian, które po rozpadzie Związku Sowieckiego umożliwiły niepodległość Polski. Przyznanie Rosji nieokreślonych praw ingerencji na terenie „bliskiej zagranicy” – od kwestionowania praw Łotwy i Estonii do prowadzenia własnej polityki obywatelstwa, przez utrzymywanie wojsk na terenie Mołdawii, po „prawo” najazdu w rejonie Kaukazu – to nie tylko zgoda na niesprawiedliwość, to zgoda na życie Polski w strefie zmniejszonego bezpieczeństwa. Nie wszyscy to rozumieją, bo jak kiedyś pisałem – sami sobie ciągle musimy odpowiadać na napoleońskie pytanie – czy naprawdę chcemy mieć państwo. 

To o efekcie głównym. Do wykonania mam zastrzeżenia. Wolałbym, żeby Prezydent zamiast powtarzanych uparcie – przed wylotem, po przylocie – tez o historycznej naturze Rosji, wystąpił z konkretnymi postulatami i inicjatywami politycznymi dotyczącymi rosyjskiej polityki Unii. W kontekście misji Sarkozy’ego jest to po prostu konieczne. Szczególnie po tym, jak – w imieniu Unii – uznał za normalne, że Rosja militarnie „broni swych obywateli” na cudzym terytorium. 

Jakie działania są konieczne? Stwierdzenie faktu rosyjskiej agresji (w tej konkretnie wojnie); wycofanie wojsk rosyjskich z całego terytorium Gruzji, w tym z Południowej Osetii i z Abchazji; potwierdzenie stałego zaangażowania Unii aż do zakończenia konfliktu w poszanowaniu suwerenności gruzińskiej nad narodowym terytorium; potępienie ataków rosyjskich na legalne władze Gruzji jako politycznej kontynuacji agresji. Ciągle słychać o działaniach wojennych w rejonie Gori, ale nawet gdy ustaną, bez realizacji tych wszystkich elementów Rosja wygra nie tylko wojnę, ale i pokój.

Międzynarodowe 12 sie 2008

Rosja wstrzymała działania wojenne, do Tbilisi lecą prezydenci i premierzy z Polski, państw bałtyckich i Ukrainy. Rosja będzie teraz dążyć do podważenia władzy prezydenta Saakaszwili. To szczególnie wrażliwy moment. W Jałcie cofnięto nam uznanie dla legalnego rządu w zamian za obietnicę wyborów – i tak pozbawiono nas niepodległości. Czasy są inne, ale zasadniczym elementem suwerenności pozostaje prawowita władza. To posiadanie rządu narodowego konkretyzuje wolność polityczną. Stosunek do prezydenta Gruzji to kolejny test dla Zachodu. Wyeliminowanie go z procesu politycznego oznaczałoby zgodę na zależność Gruzji od roszczeń sąsiedniego mocarstwa. Zgoda na to dla Zachodu byłaby klęską. Jeśli ta wojna nie ma się skończyć tryumfem agresora – musi przynieść potwierdzenie suwerenności Gruzji i uruchomienie międzynarodowego procesu rozwiązania wspieranych przez Rosję konfliktów separatystycznych.  

Przygasła wojna gorąca, zacznie się propagandowa. Premier Putin już oskarżył Gruzję o zbrodnie wojenne. To stara metoda – w końcu Sowietom z zasady opór stawiali tylko bandyci. Obawiam się, że niełatwo zrozumieją to politycy tacy jak Bernard Kouchner – kombatant maja’68 i arcykapłan praw człowieka. Ale wytłumaczyć to Zachodowi mogą tylko kraje, które same żyły pod dominację czy władzą sowiecką.

Międzynarodowe 11 sie 2008

Wczoraj rozpoczął misję w Tbilisi i w Moskwie minister spraw zagranicznych Francji Bernard Kouchner, któremu towarzyszy Alexander Stubb, minister spraw zagranicznych Finlandii. Francja aktualnie przewodniczy Unii Europejskiej, Finlandia – OBWE. Obiecujące jest, że Kouchner zapowiedział gotowość Unii do realizacji mediacji, a w Moskwie może pokazać już jej formalne przyjęcie przez prezydenta Saakaszwili. Gorzej brzmi uzasadnienie. Na pytanie dlaczego Unia, a nie USA – Kouchner odpowiedział: bo Stany Zjednoczone są “niejako stroną konfliktu”. Znacznie lepiej od antyamerykańskich insynuacji (właściwie czego – „niejako” nalotów na Władykawkaz?) zabrzmiałoby stwierdzenie, że Unia traktuje pokój w Gruzji jako część swojej odpowiedzialności europejskiej, a misja jest skierowana do kraju objętego Europejską Polityką Sąsiedztwa. Co gorsza – jeszcze przed wyjazdem, w Paryżu – Kouchner potępił „obie strony konfliktu”, które wywołały „straszną, groźną wojnę z powodu mikroskopijnego problemu”. W dyplomacji jest zawsze element gry, Kouchner nie gra ładnie, a w co – to się dopiero okaże. Więcej więc jego misji teraz komentować nie będę. Będziemy oceniać po owocach.  

Nikka prosi mnie o skomentowanie wspólnej deklaracji prezydentów Polski, Litwy, Łotwy i Estonii. Ta deklaracja zawiera nie tylko trafną ocenę sytuacji, stanowiąc tym samym niezastąpiony głos w debacie europejskiej, ale również kryterium, które będzie cały czas potrzebne do realistycznej oceny procesu politycznego: kryzys osetyński wymaga międzynarodowego rozwiązania, a dramat Gruzji nie może być skwitowany „nic nie znaczącymi oświadczeniami, zrównującymi ofiary ze sprawcami”.

Międzynarodowe 9 sie 2008

Jest coraz gorzej. Wojna toczy się już na całym gruzińskim terytorium. Rosja bombarduje wąwóz Kodori, stanowiący główną drogę na wybrzeże abchaskie, a abchaskie siły separatystyczne podjęły ataki na wojska gruzińskie. To nie jest już kryzys osetyński. 

Na szczęście kryzys zbudził odpowiedzialność: wreszcie jednym głosem mówią nasze władze publiczne. W we wspólnej deklaracji prezydentów Polski i państw bałtyckich najważniejsze jest zapewnienie, że napaść na Gruzję nie może być w Unii Europejskiej „pominięta milczeniem lub nic nie znaczącymi oświadczeniami”. To dzieje się naprawdę i potrzebna jest polityka naprawdę. I konkretnym aktem jest wniosek ministra Sikorskiego o natychmiastowe posiedzenie Rady Europejskiej. 

Nasza inicjatywa jest tym potrzebniejsza, że w samym środku Europy odzywają się i inne głosy. Niemiecki wiceminister spraw zagranicznych Gernot Erler potępił Gruzję za „pogwałcenie prawa międzynarodowego” i złamanie rozejmu’92. Szkoda, że nie odzywał się, gdy ten rozejm był bez przerwy łamany, łącznie z ostrzeliwaniem z terytorium Osetii rządowych śmigłowców gruzińskich. A swoją drogą warto w tym kontekście, podobnie jak w sprawie gazociągu bałtyckiego, zastanowić się, co dla Niemiec oznacza solidarność europejska? Warto im stawiać to pytanie, a najbliższy czas wyjaśni, co solidarność oznacza dla całej Unii. Odpowiedź na to należy przede wszystkim do Nicolasa Sarkozy i do José Manuela Barroso. Sarkozy rozmawiał już z prezydentem Saakaszwilim i przedstawił plan kryzysowy: natychmiastowe przerwanie ognia, nienaruszalność niepodległości i całości terytorialnej Gruzji oraz wycofanie wojsk rosyjskich i gruzińskich na pozycje sprzed wybuchu walk, z koniecznym wsparciem międzynarodowym. 

Najważniejsze jest to ostatnie, bo Finlandia, przewodnicząca obecnie OBWE, stwierdziła faktyczne wygaśnięcie udziału Rosji w trwającej już szesnaście lat misji mediacyjnej. Oczywistości też trzeba stwierdzać, bo to dopiero pole do nowych działań. A w Gruzji potrzebna jest i nowa skuteczne mediacja, najlepiej Unii Europejskiej, i wprowadzenie wojsk rozjemczych do Osetii Południowej i do Abchazji.

Międzynarodowe 9 sie 2008

Pół roku temu pisałem o destabilizujących skutkach separacji Kosowa – uderzających m.in. w Gruzję, wskutek popierania przez Rosję separacji Osetii Południowej. W ostatnich dniach sygnałów ostrzegawczych nadciągającej burzy było coraz więcej – mnożące się prowokacje na granicy, a przede wszystkim powtarzające się deklaracje Rosji, że jest gotowa podjąć działania „w obronie swoich obywateli”. Groźnym sygnałem było też wycofanie się separatystycznych władz Abchazji z rozmów berlińskich z udziałem Gruzji, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii.  

Gruzja ze swymi problemami została zostawiona sama sobie. W południowej Osetii działała misja OBWE, ale zabrakło poważnego zaangażowania i państw Zachodu, i Unii Europejskiej. W Unii niestety o krajach takich jak Gruzja ciągle myślano jako o „bliskiej zagranicy” Rosji. 

Dziś trwa tam wojna – nie tylko o całość, ale również o niepodległość Gruzji. Tak jak rosyjskie zapowiedzi obrony „swoich obywateli” były czytelnym sygnałem nachodzącej wojny, tak deklaracje prezydenta Miedwiediewa o konieczności „ukarania winnych” pokazują jasno, że celem działań rosyjskich jest obalenie rządu w Tbilisi. Amerykanie mogą i powinni udzielić Gruzji silnej pomocy politycznej, ale działania na rzecz rozwiązania powinna też podjąć Unia Europejska, korzystając ze swych dobrych stosunków z Rosją. To takie sytuacje stanowią najlepszą weryfikację zdolności prowadzenia solidarnej polityki zagranicznej. Polska musi tych działań zdecydowanie się domagać od Komisji Europejskiej i prezydującej Unii Francji. Konieczne jest potwierdzenie nienaruszalności gruzińskiej suwerenności wobec Osetii Południowej. A dalej misja mediacyjna, zawieszenie broni, wprowadzenie niezależnych sił rozjemczych do południowej Osetii. I kontynuacja rozmów zmierzająca do rozwiązania, a nie utrwalania, problemu.

Blog and Christianitas 7 sie 2008

Subkultura nienawiści i pogardy antykatolickiej nie przejawia się, niestety, jedynie w przypadkowych, anonimowych incydentach. Parę dni temu londyński „Times” wydrukował antykatolickie brednie, za które teraz będzie musiał przepraszać. Wczoraj wspólny protest przeciw zorganizowanemu wyszydzaniu pielgrzymów katolickich musieli składać Prezydent Częstochowy i Ojciec Przeor Jasnej Góry. Takie rzeczy dzieją się praktycznie każdego dnia. Opinia publiczna jest dezorientowana, bo jak antysemityzm lubił deklamować o narodzie, tak nienawiść antykatolicka bez przerwy wyciera sobie usta wolnością. 

JurekE pyta mnie o miłość nieprzyjaciół, co począć kiedy ludzie odnoszą się do nas wrogo. Na zagrożenia dobra wspólnego i innych osób trzeba zawsze reagować stanowczo – to kwestia solidarności i odpowiedzialności. Ale na osobiste przykrości – przede wszystkim cierpliwie, zawsze zachowując życzliwość wobec ludzi. To też może być Łaska! Należy po prostu powtarzać (sobie!) słowa Pana – nie wiedzą co czynią. Bez żadnego irytującego tryumfalizmu. W końcu nikt z nas nie jest świadom całego znaczenia wszystkich swoich czynów. A może to tylko test naszej wyrozumiałości i cierpliwości? Wszystkich Czytelników podzielających moje poglądy proszę o potraktowanie tego jako apelu. 

Ale jedno jest pewne – cierpliwość i tolerancja nie zwolnią nas z nazywania rzeczy po imieniu. A na nienawiść i pogardę miejsca w życiu publicznym być nie może. Nikt z nas nie ma prawa godzić się na to w imieniu innych czy wtedy, gdy prędzej czy później uderzy to w innych. 

To tyle tytułem uzupełnienia poprzedniego felietonu. Antonia zapewniam o szybkim powrocie do problematyki ogólnej.

Blog 5 sie 2008

Katolicyzm jest religią miłości, ale koniecznym aspektem życia katolickiego jest chłosta nienawiści. Nie powinniśmy się temu dziwić (por. 1 J 3,13). Trudno być szczęśliwym, gdy czyta się takie „komentarze” jak podpisywane przez Art. 19. Szkoda każdego człowieka, który coś takiego pisze. Ale skoro nienawiść antykatolicka istnieje – lepiej w jakikolwiek sposób być wśród jej ofiar niż obok.  

Problem ludzi takich jak Art. 19 polega nie tylko na ukierunkowaniu ich nienawiści, ale na samej nienawiści. Bo człowiek może reagować złością na zagrożenie tych, których kocha. Ale w wypadku Art. 19 nie widać oznak przywiązania do czegokolwiek (może z wyjątkiem abstrakcyjnie i polemicznie przywoływanego polskiego protestantyzmu i twórczości Güntera Grassa; dobre chociaż tyle). Nie mam wrażenia, by Art. 19 traktował Irlandię jako wspólnotę, z którą chce związać swój los. By podobały mu się historia czy Konstytucja Irlandii – najbardziej katolickiego państwa w Europie. Mam wrażenie, że dla niego Irlandia to tylko jedna stacja na eurokoczowisku, gdzie można spotkać kolejne „dziewczyny z UK, Irl. i gdzieś z Azji, Afryki, dziewczyny z Pol., z krajów bałt.”.  

Nie mam ochoty pisać na ten temat więcej, bo liczne „komentarze” Art. 19 nie odnoszą się w ogóle do moich felietonów. Ani do poglądów; bo również z wykładów, które mieliśmy wspólnie z Norbertem Lammertem, przewodniczącym Bundestagu, a których Art. 19 podobno wysłuchał – nie zrozumiał nic, prócz tego, w jakim były języku i że gość przyjechał z Niemiec, z kraju Güntera Grassa. 

Skoro jednak tak bardzo Pana interesują moje kompetencje lingwistyczne – wyjaśniam, że byłem wiceprzewodniczącym polskiej grupy Frankofonii (światowej federacji parlamentarzystów języka francuskiego), w obcym języku miałem wykłady publiczne, publikacje, konferencje prasowe (m.in. w Parlamencie Europejskim), występowałem w kilku stacjach telewizyjnych. Ale nigdy nie przyszło mi do głowy, by to w czymkolwiek zwiększało lub zmniejszało wartość moich poglądów czy polityki.

Christianitas and Historia and Kultura 4 sie 2008

Aleksander Sołżenicyn nie żyje. Bez wątpienia dla świata największe znaczenie będzie miał jego „Archipelag Gułag” – książka, która wykrzyczała prawdę o sowieckich obozach koncentracyjnych. Sprawa była znana i wcześniej, ale stanowiła przede wszystkim część świadomości zachodniej prawicy. Antykomunizm coraz bardziej stawał się jej atrybutem. Tymczasem Sołżenicyn częściowo przynajmniej otworzył oczy zachodniej opinii intelektualnej na prawdę o komunizmie. Wiadomo przecież, że dla ludzi o światopoglądzie literackim – czego nie ma w powieściach, to nie istnieje. 

Dla mnie jednak decydujące znaczenie Sołżenicyna polegało na czym innym, co innego zdecydowało, że liczę go do grona swych mistrzów. Dwie zasady, który podmyły komunizm, które myśli prawosławnego pisarza zapewniły tak silny oddźwięk w polskim katolicyzmie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Trzeba „żyć bez kłamstwa”, bo świat zmienią „rewolucje moralne jednostek”. To te zasady decydowały o zaangażowaniu wielu ludzi w opozycję antykomunistyczną, o zdolności rezygnacji z kariery, o podjęciu życia opartego na odpowiedzialności – ludzkiej i chrześcijańskiej. Sołżenicyn pierwszy pisał o tym, że siła komunizmu polega na naszej uległości. Na tym, że zapominamy, że choćby zło zdobyło cały świat – nie może, bez zgody człowieka, zawładnąć jego sercem, umysłem, sumieniem.  

Bez Sołżenicyna mój świat jest znów mniejszy, ale wiek Sołżenicyna się nie kończy. Naszym dzieciom zasada życia bez kłamstwa będzie potrzebna tak samo jak była nam. Gdy zewsząd słychać „finis Christianitatis”, my musimy pokazać, że nasza cywilizacja – ludzka i chrześcijańska, jak pisał Mickiewicz – żyje. Codziennie, gdy odmawiamy milczenia, gdy nie chcemy odwracać oczu, gdy trzeba bronić życia, rodziny, tradycji, chrześcijańskiej solidarności.

Historia and Media and Polityka 1 sie 2008

Media emocjonują się wywiadem w „Dzienniku” Andrzeja Urbańskiego, prezesa TVP, który podejrzewa, że Platforma ma plan odwołania Prezydenta z urzędu. Podejrzewa, bo – jak mówi – PO miała plan impeachmentu przed wyborami. Dokumentów, o których mówi Urbański, nie znam, ale rzeczywiście podobne pomysły krążyły w środowisku Platformy. Kto wątpi – niech znajdzie wywiad obecnego premiera dla „Gazety Wyborczej” z 26 stycznia RP 2006, włączony też do książki Moniki Olejnik i Agnieszki Kublik „Dwie na jednego”. Donald Tusk groził wówczas, że gdyby „miało dojść do wyborów, to taka decyzja oznacza kryzys polityczny jakiego ostatnie piętnaście lat nie znało.” Dalej Tusk jasno mówi, że tu nie chodzi o skargi do Trybunału Stanu, „może dojść do bardzo poważnego kryzysu nie tylko konstytucyjnego. W tym parlamencie nie ma możliwości przeprowadzenia procedury impeachmentu, [PO może stanąć] w sytuacji, w której trzeba by wypowiedzieć obywatelskie posłuszeństwo takim decyzjom.” Na pytanie co to znaczy, czy wyprowadzenie ludzi na ulice – obecny premier odpowiedział tylko „trzy kropki sobie postawcie”. To było prawie trzy lata temu. Co z tego zostało – nie wiem.  

A co planuje sam prezes Urbański? O tym też opowiada w dzisiejszym „Dzienniku”, choć to już mniej wywołuje komentarzy. Deklaruje, że będzie zwolennikiem wprowadzenia do Zarządu TVP kogoś związanego z lewicą, bowiem „nadchodzi moment powrotu lewicy na scenę”. „Kiedy przyszedłem tu osiemnaście miesięcy temu – opowiada – już wtedy zapraszałem do TVP Sławka Sierakowskiego czy Kingę Dunin”. „Wrócę – obiecuje – do oferty złożonej intelektualnie ciekawemu środowisku Sierakowskiego”. Ale już dziś „mamy taką sytuację – chwali się – że przychodzą tu nowi ludzie i po kilku tygodniach chcą dziękować za pracę, bo TVP okazuje się bardziej na lewo, niż sobie wyobrażali”. I tak to się plecie w tym PO-PiS-owym świecie.