Media emocjonują się wywiadem w „Dzienniku” Andrzeja Urbańskiego, prezesa TVP, który podejrzewa, że Platforma ma plan odwołania Prezydenta z urzędu. Podejrzewa, bo – jak mówi – PO miała plan impeachmentu przed wyborami. Dokumentów, o których mówi Urbański, nie znam, ale rzeczywiście podobne pomysły krążyły w środowisku Platformy. Kto wątpi – niech znajdzie wywiad obecnego premiera dla „Gazety Wyborczej” z 26 stycznia RP 2006, włączony też do książki Moniki Olejnik i Agnieszki Kublik „Dwie na jednego”. Donald Tusk groził wówczas, że gdyby „miało dojść do wyborów, to taka decyzja oznacza kryzys polityczny jakiego ostatnie piętnaście lat nie znało.” Dalej Tusk jasno mówi, że tu nie chodzi o skargi do Trybunału Stanu, „może dojść do bardzo poważnego kryzysu nie tylko konstytucyjnego. W tym parlamencie nie ma możliwości przeprowadzenia procedury impeachmentu, [PO może stanąć] w sytuacji, w której trzeba by wypowiedzieć obywatelskie posłuszeństwo takim decyzjom.” Na pytanie co to znaczy, czy wyprowadzenie ludzi na ulice – obecny premier odpowiedział tylko „trzy kropki sobie postawcie”. To było prawie trzy lata temu. Co z tego zostało – nie wiem.  

A co planuje sam prezes Urbański? O tym też opowiada w dzisiejszym „Dzienniku”, choć to już mniej wywołuje komentarzy. Deklaruje, że będzie zwolennikiem wprowadzenia do Zarządu TVP kogoś związanego z lewicą, bowiem „nadchodzi moment powrotu lewicy na scenę”. „Kiedy przyszedłem tu osiemnaście miesięcy temu – opowiada – już wtedy zapraszałem do TVP Sławka Sierakowskiego czy Kingę Dunin”. „Wrócę – obiecuje – do oferty złożonej intelektualnie ciekawemu środowisku Sierakowskiego”. Ale już dziś „mamy taką sytuację – chwali się – że przychodzą tu nowi ludzie i po kilku tygodniach chcą dziękować za pracę, bo TVP okazuje się bardziej na lewo, niż sobie wyobrażali”. I tak to się plecie w tym PO-PiS-owym świecie.