Aleksander Sołżenicyn nie żyje. Bez wątpienia dla świata największe znaczenie będzie miał jego „Archipelag Gułag” – książka, która wykrzyczała prawdę o sowieckich obozach koncentracyjnych. Sprawa była znana i wcześniej, ale stanowiła przede wszystkim część świadomości zachodniej prawicy. Antykomunizm coraz bardziej stawał się jej atrybutem. Tymczasem Sołżenicyn częściowo przynajmniej otworzył oczy zachodniej opinii intelektualnej na prawdę o komunizmie. Wiadomo przecież, że dla ludzi o światopoglądzie literackim – czego nie ma w powieściach, to nie istnieje. 

Dla mnie jednak decydujące znaczenie Sołżenicyna polegało na czym innym, co innego zdecydowało, że liczę go do grona swych mistrzów. Dwie zasady, który podmyły komunizm, które myśli prawosławnego pisarza zapewniły tak silny oddźwięk w polskim katolicyzmie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Trzeba „żyć bez kłamstwa”, bo świat zmienią „rewolucje moralne jednostek”. To te zasady decydowały o zaangażowaniu wielu ludzi w opozycję antykomunistyczną, o zdolności rezygnacji z kariery, o podjęciu życia opartego na odpowiedzialności – ludzkiej i chrześcijańskiej. Sołżenicyn pierwszy pisał o tym, że siła komunizmu polega na naszej uległości. Na tym, że zapominamy, że choćby zło zdobyło cały świat – nie może, bez zgody człowieka, zawładnąć jego sercem, umysłem, sumieniem.  

Bez Sołżenicyna mój świat jest znów mniejszy, ale wiek Sołżenicyna się nie kończy. Naszym dzieciom zasada życia bez kłamstwa będzie potrzebna tak samo jak była nam. Gdy zewsząd słychać „finis Christianitatis”, my musimy pokazać, że nasza cywilizacja – ludzka i chrześcijańska, jak pisał Mickiewicz – żyje. Codziennie, gdy odmawiamy milczenia, gdy nie chcemy odwracać oczu, gdy trzeba bronić życia, rodziny, tradycji, chrześcijańskiej solidarności.