Pół roku temu pisałem o destabilizujących skutkach separacji Kosowa – uderzających m.in. w Gruzję, wskutek popierania przez Rosję separacji Osetii Południowej. W ostatnich dniach sygnałów ostrzegawczych nadciągającej burzy było coraz więcej – mnożące się prowokacje na granicy, a przede wszystkim powtarzające się deklaracje Rosji, że jest gotowa podjąć działania „w obronie swoich obywateli”. Groźnym sygnałem było też wycofanie się separatystycznych władz Abchazji z rozmów berlińskich z udziałem Gruzji, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii.  

Gruzja ze swymi problemami została zostawiona sama sobie. W południowej Osetii działała misja OBWE, ale zabrakło poważnego zaangażowania i państw Zachodu, i Unii Europejskiej. W Unii niestety o krajach takich jak Gruzja ciągle myślano jako o „bliskiej zagranicy” Rosji. 

Dziś trwa tam wojna – nie tylko o całość, ale również o niepodległość Gruzji. Tak jak rosyjskie zapowiedzi obrony „swoich obywateli” były czytelnym sygnałem nachodzącej wojny, tak deklaracje prezydenta Miedwiediewa o konieczności „ukarania winnych” pokazują jasno, że celem działań rosyjskich jest obalenie rządu w Tbilisi. Amerykanie mogą i powinni udzielić Gruzji silnej pomocy politycznej, ale działania na rzecz rozwiązania powinna też podjąć Unia Europejska, korzystając ze swych dobrych stosunków z Rosją. To takie sytuacje stanowią najlepszą weryfikację zdolności prowadzenia solidarnej polityki zagranicznej. Polska musi tych działań zdecydowanie się domagać od Komisji Europejskiej i prezydującej Unii Francji. Konieczne jest potwierdzenie nienaruszalności gruzińskiej suwerenności wobec Osetii Południowej. A dalej misja mediacyjna, zawieszenie broni, wprowadzenie niezależnych sił rozjemczych do południowej Osetii. I kontynuacja rozmów zmierzająca do rozwiązania, a nie utrwalania, problemu.