Wczoraj rozpoczął misję w Tbilisi i w Moskwie minister spraw zagranicznych Francji Bernard Kouchner, któremu towarzyszy Alexander Stubb, minister spraw zagranicznych Finlandii. Francja aktualnie przewodniczy Unii Europejskiej, Finlandia – OBWE. Obiecujące jest, że Kouchner zapowiedział gotowość Unii do realizacji mediacji, a w Moskwie może pokazać już jej formalne przyjęcie przez prezydenta Saakaszwili. Gorzej brzmi uzasadnienie. Na pytanie dlaczego Unia, a nie USA – Kouchner odpowiedział: bo Stany Zjednoczone są “niejako stroną konfliktu”. Znacznie lepiej od antyamerykańskich insynuacji (właściwie czego – „niejako” nalotów na Władykawkaz?) zabrzmiałoby stwierdzenie, że Unia traktuje pokój w Gruzji jako część swojej odpowiedzialności europejskiej, a misja jest skierowana do kraju objętego Europejską Polityką Sąsiedztwa. Co gorsza – jeszcze przed wyjazdem, w Paryżu – Kouchner potępił „obie strony konfliktu”, które wywołały „straszną, groźną wojnę z powodu mikroskopijnego problemu”. W dyplomacji jest zawsze element gry, Kouchner nie gra ładnie, a w co – to się dopiero okaże. Więcej więc jego misji teraz komentować nie będę. Będziemy oceniać po owocach.  

Nikka prosi mnie o skomentowanie wspólnej deklaracji prezydentów Polski, Litwy, Łotwy i Estonii. Ta deklaracja zawiera nie tylko trafną ocenę sytuacji, stanowiąc tym samym niezastąpiony głos w debacie europejskiej, ale również kryterium, które będzie cały czas potrzebne do realistycznej oceny procesu politycznego: kryzys osetyński wymaga międzynarodowego rozwiązania, a dramat Gruzji nie może być skwitowany „nic nie znaczącymi oświadczeniami, zrównującymi ofiary ze sprawcami”.