W dzisiejszym „Gościu Niedzielnym” drukuję artykuł o wojnie gruzińskiej, sumujący stanowisko, które na bieżąco prezentowałem na blogu. Tu przytoczę tylko fragment, w którym odpowiadam na zarzuty stawiane Gruzji, przypominając okoliczności, które poprzedziły wybuch wojny.

Południowa Osetia (z trzech separatystycznych prowincji leżąca najbliżej Tbilisi i centrum kraju) stała się bowiem bazą nieustannych prowokacji zbrojnych, które jeszcze wzmogły się latem tego roku. Operacja „przywrócenia porządku konstytucyjnego” na całym terytorium Gruzji, przywrócenia suwerennej gruzińskiej władzy w Cchinwali, podjęta przez prezydenta Saakaszwili, nie była więc żadnym romantyzmem terytorialnym. Saakaszwili potrafił wcześniej wynegocjować z separatystami w Adżarii zadowalający ich status autonomiczny. To samo proponował Południowej Osetii. Ale różnica polegała m.in. na tym, że Adżaria to region Gruzji na granicy tureckiej, najbardziej oddalony od granic Rosji. Południowa Osetia zaś leży dokładnie pomiędzy Władykawkazem, gdzie stacjonowała rosyjska 58. Armia, a Tbilisi. Dla Rosji obecność w Południowej Osetii była okazją do stałego nacisku na Gruzję, nacisku dosłownie fizycznego.

Prezydent Gruzji nie mógł dłużej tolerować ostrzału swojego terytorium, stałego zagrożenia ludności cywilnej, sytuacji, w której nie działa państwo. To nie była kwestia ambicji, ale bezpieczeństwa, wypełniania najbardziej elementarnych funkcji państwa. Ale był jeszcze drugi aspekt. Gdyby nie wyprzedzająca reakcja Gruzji – Rosja mogła swą agresję zrealizować środkami politycznymi, ogłaszając separację Abchazji i Południowej Osetii. Świat by tego od razu nie uznał. Ale po czasie sama Unia Europejska stawiałaby Gruzji warunek uregulowania stosunków z sąsiadem, jeżeli Gruzja chce w najdalszej perspektywie rozważać udział w integracji europejskiej. Opór Saakaszwiliego umiędzynarodowił problem, zapobiegając takiej właśnie „bezbolesnej” agresji i rozbiorowi jego państwa.