Październik 2008
Miesiąc
Prezydent Dutkiewicz
W swoim komentarzu pan Sebastian Nowok wyraża żal, że Prawica Rzeczypospolitej „w wyścigu ogląda plecy Polski XXI”. Jedno sprostowanie – budujemy poparcie społeczne dla Prawicy (zweryfikowaliśmy je w wyborach do Senatu jesienią ubiegłego roku i „uzupełniająco” w tym roku), prowadzimy czynną politykę w odniesieniu do zasadniczych i bieżących spraw, wywarliśmy – jak sądzę – istotny wpływ na proces ratyfikacyjny traktatu lizbońskiego, odniesieniem dla naszej działalności jest położenie kraju, polityka rządu i opozycji parlamentarnej, a nie wyścig z nowymi inicjatywami politycznymi.Oczywiście interesuje nas działalność wszystkich środowisk, które mogą przyczynić się do odnowy życia publicznego. Niedawno odbyłem na ten temat interesującą dyskusję z Kazimierzem Ujazdowskim w redakcji „Christianitas”. Natomiast porównując zainteresowanie mediów stanowiskami politycznymi nie można abstrahować od ich treści. Łatwiej jest głosić – jak prezydent Rafał Dutkiewicz w niedawnym wywiadzie w „Dzienniku” – „pogoń za resztą Europy”, „modernizację”, „silne zdecentralizowane instytucje” i „wysokie standardy” (kto z tym się nie zgodzi?), niż walczyć z kryzysem demograficznym, o prawa rodziny, w obronie narodowej waluty, czy o polską politykę europejską. Czas pokaże czym będzie Polska XXI – uczciwą wersją polityki w obowiązującym paradygmacie „skuteczne państwo w służbie – wygodnego życia”, czy czymś więcej. Oby czymś więcej. Jak mówi przysłowie ludowe: kiedyś dziewczyny czerwieniły się jak się wstydziły, dziś się wstydzą jak się czerwienią. Politycy dziś też niechętnie mówią o swych najgłębszych przekonaniach, nawet gdy są dla nich ważne. Jednak tylko przekonania i weryfikujące je działania pozwalają poważnie oceniać politykę.
Spokój panuje w opozycji
Na Radzie Gabinetowej Prezydent uznał, że perspektywa wprowadzenia euro „jest dobrą rzeczą” i „ważnym sygnałem dla partnerów Polski”. Nasi partnerzy otrzymują nawet dwa sygnały: jak mają rozumieć dramatyczne spory wewnątrz PO-PiS o termin likwidacji złotówki – 2011 czy 2012, no i drugi sygnał – żeby potrafili odróżnić Euro’2012 od euro’2012. A uspokoi ich perspektywa: rząd i opozycja zakładają porzucenie narodowej waluty.
Miał rację fidel w pretensjach o to, że przerwałem pisanie bloga, bo był to moment, gdy właśnie należało pisać. PO – praktycznie w trzydziestą rocznicę wyboru Kardynała Wojtyły na papieża – odrzuciła ledwie zgłoszoną społeczną propozycję ustawy przywracającą w pełni świąteczny charakter uroczystości Trzech Króli. Odrzucili projekt, którego przyjęcie mogło stać się votum za pontyfikat Jana Pawła II. Ogłosili, że Polski na święta nie stać. Ta logika podważa nienaruszalność świątecznego charakteru nie tylko szczątków dawnych oktaw (jak drugi dzień świąt Bożego Narodzenia i Poniedziałek Wielkanocny), ale nawet samo Boże Narodzenie, bo tylko w 30 % chroni je weekend. A teraz PO postanowiła ukarać dziesięciu posłów, którzy głosowali nie tyle za przyjęciem ustawy, co po prostu za podjęciem nad nią prac. Oto mamy przykład „liberalizmu”, który nie jest w stanie uszanować nawet tak oczywistej wolności jak popieranie przez katolika prawa do święta katolickiego, którego nawet stalinowcy nie ośmielili się Polsce odebrać i które ma uznanie publiczne w wielu krajach zachodnich. A w dodatku – co za piękna koincydencja – zbiega się z juliańskim Bożym Narodzeniem u większości katolików rytu bizantyjskiego i u chrześcijan prawosławnych (którzy też świętują Epifanię, tylko później).
A z jaką to sie spotkało opozycją? Kilkunastu posłów PiS z Jarosławem Kaczyńskim i Jackiem Kurskim na czele nie raczyło przyjść na głosowanie. Bez żadnych usprawiedliwień wobec opinii publicznej. Bo i po co się usprawiedliwiać? W końcu to nie opinia publiczna wypłaca diety.
Zmowa
O tym, czy została już sfinalizowana, wie najwyżej kilka osób w Polsce, ale że zmowa się już zaczęła – widzimy wszyscy. Zmowa, żeby rzucić na szalę referendum posiadanie przez Polskę własnego pieniądza, przy okazji raz jeszcze wmawiając Polakom, że państwo PO-PiS reprezentuje całą opinię publiczną.
Różnica między Prawicą a PiS polega na tym, że PiS chce referendum – my chcemy zachowania złotówki. Jarosław Kaczyński nie proponuje referendum w sprawach, na których naprawdę mu zależy. Nie chce na przykład rzucać na szalę referendum finansowania partii politycznych albo wprowadzenia wyborów większościowych, co odebrałoby partyjnym centralom wyłączne prawo zgłaszania kandydatów do Sejmu. Grać swoją władzą nie chce. Ale atrybutami suwerenności – owszem.
Pomijając fakt, że narodowy pieniądz jest jedną z wartości konstytucyjnych i jako taki nie pozostaje w dyspozycji jednorazowej większości – nie ma dziś żadnych warunków uczciwej kampanii. Gdzie gwarancje wolnej debaty o euro? W „Dzienniku”, który z góry zapowiedział, że nie zamierza nawet udawać, że dyskutuje z obrońcami złotówki? Która gazeta odpowiedziała na tę bezprecedensową deklarację zapowiedzią, że w takiej sytuacji musi dać szczególne pole wypowiedzi obrońcom polskiego pieniądza?
W najbliższych dniach rozstrzygnie się też, kim chcemy być, my Polacy o prawicowych poglądach: kibicami referendalnego igrzyska czy obywatelami, którzy chcą wpływać na przyszłość kraju, korzystając ze swoich praw. Bo owszem – lepsze jest referendum niż narzucenie przez PO-PiS unijnego pieniądza. Ale jeśli PiS, tak jak mówi, chce go bronić – ma niezbywalny obowiązek używać władzy, którą dali mu wyborcy: władzy kontroli zmian konstytucyjnych, do której Jarosław Kaczyński dysponuje najzupełniej wystarczającą liczbą głosów w Sejmie.
Prace i święta
Jest czas zwycięstw i czas oporu. Taka jest natura życia. Myślałem o tym w ciągu weekendu. W sobotę najpierw uczestniczyłem w sesji IPN na temat „nurtu narodowego opozycji demokratycznej”. Słuchałem referatów o naszej działalności w Ruchu Młodej Polski i w studenckim Związku Pro Patria. Istotnie, zarówno uczestniczyliśmy w oporze antykomunistycznym, jak i przygotowywaliśmy przyszłość, odbudowując prawicę – na (ówczesne) dziś, by pracować dla niepodległości i dla Polski katolickiej, jak i na jutro – by prawica rekonstruowana prawie od podstaw stała się realnym czynnikiem polityki polskiej. W dyskusji panelowej (uczestniczyli również Paweł Milcarek, Antoni Macierewicz i Krzysztof Kawęcki) profesor Maciej Giertych tłumaczył, że trzydzieści lat temu należało się troszczyć, żeby przez opozycję nie oddziaływały na Polskę (przeciwne Związkowi Sowieckiemu) czynniki zagraniczne. Tymi obawami tłumaczył swoją ówczesną politykę. Ja mówiłem, że należało się troszczyć, żeby przede wszystkim polityka polska, a w niej prawica, była, by wykorzystać szansę zmian dla Polski.
Wieczorem miałem okazję rozmawiać z profesorem Miguelem Ayuso, najważniejszym dziś autorytetem intelektualnym hiszpańskiej prawicy katolickiej. Don Miguel mówił o barierach rozwoju prawicy katolickiej u nich – my po prawie dwudziestu latach niepodległości jesteśmy zupełnie gdzie indziej.
A w niedzielę byliśmy na warszawskiej prymicji ks. Grzegorza Śniadocha IBP, pierwszego polskiego kapłana wyświęconego w tradycjonalistycznym Instytucie Dobrego Pasterza. Kościół Świętego Benona był pełen. Duchowieństwo w prezbiterium bez wyjątku młode. Jak mówił Jan Paweł II w Sejmie: „Ale nam się wydarzyło!”
Po 21.00 (poniedziałek) występuję w TVN-24.
Po przerwie
Naraziłem niewątpliwie na próbę cierpliwości Czytelników, tym bardziej dziękuję tym, którzy ją wykazali. Czas jest niepodzielny, nie można robić wszystkiego naraz, czasem blog pada też tego ofiarą. Tymczasem podzielę się z Czytelnikami innymi wypowiedziami, mianowicie opublikowanym ostatnio artykułem w „Niedzieli” oraz wywiadem z „Rzeczpospolitej”. Proponuję dziś ich lekturę, bo tematyka nie naruszy niedzielnego odpoczynku. A jutro następny wpis.
O Radzie Europejskiej poważnie
Trwa „afera przelotowa”. Minister obrony zapowiedział niewpuszczenie Prezydenta Rzeczypospolitej na pokład rządowego samolotu. Trudno w tej sprawie mówić o jakiejkolwiek symetrii win, bo po stronie Prezydenta leżeć może najwyżej nie dość zabiegów o utrzymanie dialogu i ustalenie modus cooperandi z obozem rządowym. Ale premier Tusk i jego obóz nie mają na tym polu żadnych zasług. I wszystko pozostałe obarcza ich odpowiedzialność. Nie potrafią uszanować zwierzchniej władzy Prezydenta, reprezentującego konstytucyjnie Rzeczpospolitą. Ignorują art. 133 Konstytucji, dający Prezydentowi wyłączną kompetencję w dziedzinie zawierania umów międzynarodowych (nawet jeśli ich ratyfikacja wymaga częściowo zgody Parlamentu). Sprowadzają demokrację wyłącznie do poziomu demagogicznej gry o władzę. Ale – abstrahując od „afery przelotowej” – sprawy czekają. Dlatego dziś zwróciłem się – tym razem poprzez list otwarty – do Prezydenta i premiera zarówno o jedność działania w kluczowych sprawach interesu narodowego (obrona jednomyślności kluczowych decyzji Unii, obrona stoczni, podniesienie – a raczej urealnienie – kwot emisji dwutlenku węgla, konsekwentna pomoc polityczna dla Gruzji), jak również o poparcie na forum Unii interwencji dyplomatycznych dla zahamowania antychrześcijańskiej przemocy w Indiach. Ta sprawa wymaga wyłącznie konsekwentnej reakcji polityczno-dyplomatycznej. To niewiele. To, że do tej pory nawet na tyle nie było stać Unii, podważa jej zdolność wspólnego działania na polu międzynarodowym, nie tylko w imperialnych ramach Traktatu Lizbońskiego, ale nawet w oparciu o dzisiejsze zasady współpracy europejskiej. Solidarność – jako odpowiedzialność za zbiorowe bezpieczeństwo – jest niepodzielna. Nasi przedstawiciele mogą to dobitnie poświadczyć już w tym tygodniu. Ale na razie zajmują się czymś zupełnie innym.
Ok. 21.15 występuję dziś (w poniedziałek) w TVN-24.
Nonkonformizm zawsze aktualny
Na dziś proponuję mój tekst z „Gościa Niedzielnego” o nonkonformizmie katolickim; i jego realizmie. Oczywiście – z życzeniami Dobrej Niedzieli!
Blog and Historia
10 paź 2008
Pan Zulus
Muszę poświęcić jeden wpis zulusowi, choć jest komentatorem chwiejnym. Chwiejnym, a momentami zawianym, bo pod wypływem jednego złoszczącego go słowa, jednego niemiłego nazwiska – traci zupełnie zdolność percepcji i równowagę sądu. Oczywiście, cholerycy są wśród nas i należy bronić ich miejsca w społeczeństwie. Ale, niestety, uleganie takim cholerycznym nastrojom prowadzi zupełnie do utraty kontaktu z rzeczywistością. Bo traktowanie jako jedynie istotnych słów, albo skojarzeń, które wywołują – a całej rzeczywistości jako mało ciekawej – świadczy o idealizmie, nie o realizmie. Szczególnie niebezpieczne jest to w wypadku historyka, bo historia opiera się w znacznie większym stopniu na faktach, niż na spekulacji – w każdym razie ta druga musi mieć za punkt wyjścia fakty, a nie wyobraźnię.
Zulus się zastanawia nad moimi poglądami: „jestem ciekaw jakie miał stanowisko w sprawie wejścia Polski do UE, czy w trakcie zaatakowania Jugosławii”. Zulus na temat mojej działalności politycznej ma bardzo kategoryczne poglądy, więc powinien ją znać, a jak chce wiedzieć – niech sięgnie do „Christianitas” albo do mojej książki „Reakcja jest objawem życia”. I niech weryfikuje biogramy, to dowie się na przykład, że nigdy nie byłem politykiem AWS. Niestety, zulus jest potwierdzeniem faktu, że za prawicową retoryką kryje się nierzadko stanowisko mieszczące się najzupełniej w populistyczno-liberalnym paradygmacie: żyjemy w czasach post-historycznych, po co traktować politykę poważnie, skoro (powie populista) dziś nie ma polityki – jest tylko PR. PR? Dla jednych propaganda, dla innych – pretensje i roszczenia.
Ok. 21.30 dziś występuję w TVN-24.
Po „wyborach” białoruskich
Musiałem napisać o dramacie hinduskich chrześcijan, więc nie mogłem włączyć się w dyskusję wokół wyborów białoruskich. Wracam więc dziś do sprawy. Zacznę od zasady generalnej: zasadniczym interesem Polski jest utrwalenie niepodległości państw powstałych po rozpadzie Związku Sowieckiego. Szerzej zresztą napisałem o tym w „Naszym Dzienniku”, w odniesieniu do sprawy gruzińskiej, w artykule, który sygnalizowałem w jednym z wrześniowych wpisów. To kwestia racji stanu, nie marzeń. Mamy nową sytuację geopolityczną – te państwa są, ich trwałość i charakter to kwestie otwarte, więc właśnie dlatego – polityczne. Kto tego nie widzi w ogóle nie powinien wypowiadać się na temat realizmu. Chyba, że chodzi o surrealizm polityczny: realizm niezależny od rzeczywistości.
Pisze zulus – „Łukaszenka cieszy się poparciem własnego narodu. Tak to trudno zrozumieć? Już kiedyś Austriacy wybrali nieprawomyślnych polityków.” Słusznie, Łukaszenka prawdopodobnie by wygrał również wolne wybory. Żadne jednak „poparcie własnego narodu” nie stanowi mandatu do eliminacji opozycji. Białoruska opozycja jest zaś szansą na zbudowanie białoruskiej tożsamości, co stanowi warunek konieczny autentycznego charakteru państwowości białoruskiej. Dobrze, że przypomniał Pan Austrię (choć chyba chodzi Panu o Haidera). Jednak jako historyk ma Pan pamięć dłuższą i wie Pan zapewne, że siedemdziesiąt lat temu Austria była państwem o nieokreślonej tożsamości, jego likwidacja była zgodna z wolą większości jego mieszkańców („tak trudno to zrozumieć?), ale jego trwałość była koniecznym elementem bezpieczeństwa środkowej i całej Europy.
Pyta mnie Antonio – czy choć raz byłem na Białorusi? W ciągu ostatnich kilku lat byłem tam trzy raz, choć przyznam – ostatni raz bodaj trzy lata temu. Już wtedy widziałem w Mińsku ponad jedną trzecią prywatnych szyldów po białorusku – tylko tyle? aż tyle? Po prostu – kraj na cywilizacyjnym rozdrożu.
Moich polemistów zachęcam do spokojnej, powtórnej lektury wpisu. Przypomnę więc raz jeszcze – publicznie oświadczyłem, że jeżeli poparcie Polski dla nowej polityki Unii wobec Białorusi przyniesie jakąś realną obecność opozycji w białoruskim Parlamencie – to okaże się racjonalne. Nie przyniosło, więc za racjonalne go nie uważam; kropka.
Wieczorem zapraszam na mój wywiad do TV Trwam, o godz. 21.40.
Prawica egzotyczna
Czytając komentarz zulusa odnoszę wrażenie, że należy do tego rodzaju prawicy, która z zamiłowania do „porządku” gotowa byłaby zaakceptować system kastowy. Tak bardzo go zabolała moja obrona hinduskich chrześcijan, że nie są żadnymi spadkobiercami kolonializmu, ale raczej współuczestnikami dzieła Mahatmy Gandhiego – społecznej emancypacji najbardziej pogardzanych kast hinduskiego społeczeństwa. Taka jest prawda – większość katolików w Orissa to pariasi, w dosłownym znaczeniu tego słowa. I prawdą jest, że Gandhi zginął zamordowany przez hinduistycznego terrorystę przede wszystkim dlatego, że „profanował” pogańskie świątynie wprowadzając do nich niedotykalnych. Kościół otwierał im nasze świątynie zawsze – przed Gandhim, za jego życia i po nim. Ale prawdą jest również, że świadectwem dzieła Stworzenia jest jedność natury ludzkiej – sam ten fakt świadczy o Jedynym Bogu. Gotów jestem bronić każdej z tych prawd, natomiast zupełnie nie mam ochoty ich kosztem udowadniać swojej prawicowości. O koniecznej reakcji Polski i Europy na wydarzenia w Indiach mówiłem dziś w Radio Maryja, o czym nie zdążyłem przed zaproszeniem zawiadomić Czytelników. A po 21.15 (piątek) występuję w TVN-24.
O ratunek dla hinduskich chrześcijan
W „Naszym Dzienniku” mówię dziś o dramatycznej sytuacji w Indiach, na którą Europa musi reagować – to dla niej kolejny (i zdawałoby się, że „łatwy”) test zdolności do wspólnej polityki zagranicznej. A nawiasem mówiąc – hinduscy chrześcijanie są nie tyle spadkobiercami kolonializmu, co pielgrzymami na drodze, którą szedł Mahatma Gandhi, bo Kościół (jeszcze przed nim i dalej tak jak on) stoi w obronie najbiedniejszych i wykluczonych, pariasów, niedotykalnych. Czynem więc wyraża prawdę wiary o jedności rodzaju ludzkiego, o wspólnej naturze ludzkiej, która sama świadczy o Bogu. Ale dziś my musimy poświadczyć zwykłą ludzką solidarność, która z kolei (w uniwersum wszystko się łączy) pomoże nam samym zachować naszą ludzką godność.
I jeszcze zaproszenie: jutro po 9.05 występuję w Tok FM.
Europa wystrychnięta na dudka
Po nowej unijnej polityce wobec Białorusi, w zasadniczym stopniu realizowanej przez rząd PO, nie obiecywałem sobie za dużo. Publicznie oświadczyłem jednak, że jeżeli przyniesie jakąś realną obecność opozycji w białoruskim Parlamencie – to okaże się racjonalna. Białoruska opozycja – po latach izolacji, bez tradycji państwowo-politycznej – nie stanie się od razu alternatywą, ale może się stać propozycją. I na to dobrze byłoby „wyrobić” jej szansę. Nic jednak nie wskazywało na to, że tak będzie. Tyranie zwalnianie więźniów politycznych traktują często jako manifestację siły, ze względów humanitarnych warto to kwitować publiczną aprobatą, ale to za mało, by robić sobie wielkie nadzieje polityczne. Jedyną rękojmią zmian mogła być uczciwa kampania, z zagwarantowaniem opozycji możliwości realnej aktywności wyborczej. Nie było żadnej kampanii, a teraz Łukaszenka nie dopuścił do objęcia mandatu przez żadnego z polityków opozycyjnych. Raz jeszcze się okazało, że wiara w to, że jeśli cała Unia coś robi – to na pewno wie, co robi, jest pozbawiona zarówno politycznych, jak i logicznych podstaw. Oby tylko polityka ta nie doprowadziła do legalizacji zaboru mienia Związku Polaków przez władze łukaszenkowskie. W każdym razie naszych Polaków – skoro zostali zaangażowani w unijny „zwrot polityczny” – nie wolno nam stracić z oczu.