Po nowej unijnej polityce wobec Białorusi, w zasadniczym stopniu realizowanej przez rząd PO, nie obiecywałem sobie za dużo. Publicznie oświadczyłem jednak, że jeżeli przyniesie jakąś realną obecność opozycji w białoruskim Parlamencie – to okaże się racjonalna. Białoruska opozycja – po latach izolacji, bez tradycji państwowo-politycznej – nie stanie się od razu alternatywą, ale może się stać propozycją. I na to dobrze byłoby „wyrobić” jej szansę. Nic jednak nie wskazywało na to, że tak będzie. Tyranie zwalnianie więźniów politycznych traktują często jako manifestację siły, ze względów humanitarnych warto to kwitować publiczną aprobatą, ale to za mało, by robić sobie wielkie nadzieje polityczne. Jedyną rękojmią zmian mogła być uczciwa kampania, z zagwarantowaniem opozycji możliwości realnej aktywności wyborczej. Nie było żadnej kampanii, a teraz Łukaszenka nie dopuścił do objęcia mandatu przez żadnego z polityków opozycyjnych. Raz jeszcze się okazało, że wiara w to, że jeśli cała Unia coś robi – to na pewno wie, co robi, jest pozbawiona zarówno politycznych, jak i logicznych podstaw. Oby tylko polityka ta nie doprowadziła do legalizacji zaboru mienia Związku Polaków przez władze łukaszenkowskie. W każdym razie naszych Polaków – skoro zostali zaangażowani w unijny „zwrot polityczny” – nie wolno nam stracić z oczu.