O tym, czy została już sfinalizowana, wie najwyżej kilka osób w Polsce, ale że zmowa się już zaczęła – widzimy wszyscy. Zmowa, żeby rzucić na szalę referendum posiadanie przez Polskę własnego pieniądza, przy okazji raz jeszcze wmawiając Polakom, że państwo PO-PiS reprezentuje całą opinię publiczną. 

Różnica między Prawicą a PiS polega na tym, że PiS chce referendum – my chcemy zachowania złotówki. Jarosław Kaczyński nie proponuje referendum w sprawach, na których naprawdę mu zależy. Nie chce na przykład rzucać na szalę referendum finansowania partii politycznych albo wprowadzenia wyborów większościowych, co odebrałoby partyjnym centralom wyłączne prawo zgłaszania kandydatów do Sejmu. Grać swoją władzą nie chce. Ale atrybutami suwerenności – owszem.   

Pomijając fakt, że narodowy pieniądz jest jedną z wartości konstytucyjnych i jako taki nie pozostaje w dyspozycji jednorazowej większości – nie ma dziś żadnych warunków uczciwej kampanii. Gdzie gwarancje wolnej debaty o euro? W „Dzienniku”, który z góry zapowiedział, że nie zamierza nawet udawać, że dyskutuje z obrońcami złotówki? Która gazeta odpowiedziała na tę bezprecedensową deklarację zapowiedzią, że w takiej sytuacji musi dać szczególne pole wypowiedzi obrońcom polskiego pieniądza?

W najbliższych dniach rozstrzygnie się też, kim chcemy być, my Polacy o prawicowych poglądach: kibicami referendalnego igrzyska czy obywatelami, którzy chcą wpływać na przyszłość kraju, korzystając ze swoich praw. Bo owszem – lepsze jest referendum niż narzucenie przez PO-PiS unijnego pieniądza. Ale jeśli PiS, tak jak mówi, chce go bronić – ma niezbywalny obowiązek używać władzy, którą dali mu wyborcy: władzy kontroli zmian konstytucyjnych, do której Jarosław Kaczyński dysponuje najzupełniej wystarczającą liczbą głosów w Sejmie.