Listopad 2008


Prawa człowieka 28 lis 2008

Najważniejsza nie jest – wbrew nazwie – probówka. Problem polega na tym, że tu chodzi o ludzkie życie. Życie, które się zaczyna, ale które ma szanse na dalszy rozwój tylko za cenę zniszczenia życia innych ludzi, których rozwój się przerwie. W tym wypadku to rzecz zupełnie oczywista, nawet bardziej niż w wypadku tzw. aborcji. Bo in vitro chodzi o życie jako wartość, o doprowadzenie życia do urodzenia, tyle że nie każdego. Chodzi o wartość, tyle, że nie taką, którą uznajemy, ale o której sami decydujemy. Życia nie można jednak przekazywać na zasadzie selekcji; taka procedura – w której z kilku żyjących osób wybieramy jedną – jest po prostu nieludzka. Żeby bronić metody in vitro – trzeba zanegować ludzki charakter życia, które się niszczy. Aborcjoniści są w tej sprawie konsekwentni. Ale za kogo uważa owe „zarodki” premier Tusk? Obiecał je chronić – w miarę możności. Niestety, zapowiadając, że nie będzie kierował się tu żadną ortodoksją, rozumianą jako płynące z zewnątrz nakazy i zakazy. Wytyczną będą mu jedynie szczęście i oczekiwania wyborców. Mało brakowało, a obiecałby im, że będą jako bogowie.

Polityka 25 lis 2008

„Rzeczpospolita” ogłosiła pod koniec ubiegłego tygodnia wywiad z Jarosławem Kaczyńskim „Na prawo od nas tylko ściana”. Kaczyński przypisuje te słowa Adenaureowi, który może je powtarzał, ale z pewnością pierwszy wypowiedział je Władimir Puryszkiewicz, jeden z przywódców Czarnej Sotni. Prezes PiS mówi o tym, że nie może – jeśli chce rządzić – dopuścić do powstania jakiejkolwiek prawicy obok swojej partii. Przy czym nie chodzi o to, by reprezentować opinię katolicką, ale blokować, bo w PiS obowiązuje doktryna „jednakowo dobrych” (katolicy popierający świąteczny charakter niedzieli, prawo do życia, czy zakaz pornografii są „jednakowo dobrzy” jak ci, których to w ogóle nie obchodzi). Już na początku lat 90-tych Jarosław Kaczyński powtarzał w rozmowach z ludźmi „Gazety Wyborczej”, że tylko jego PC może zapobiec pojawieniu się „partii Polaka-katolika”. Teraz więc, by kanalizować opinię prawicową, będzie swoim posłom rozdawał koncesje na opowiadanie dowolnych pseudoprawicowych andronów, byle nie domagali się niczego od własnej partii w sprawach ważnych. Pani Sobecka będzie mogła wszędzie (oczywiście poza własną partią) ścigać Judaszów, którzy zgodzili się na traktat lizboński. Artur Górski będzie mógł walczyć w obronie białej rasy z komunistycznymi krypto-Murzynami. W ten sposób oboje skutecznie zagwarantują (mimo oficjalnego bojkotu) obecność PiS-u w TVN-ie. „Skrajna prawica” będzie mogła wyżywać się w soczystym werbalizmie, który, nawisem mówiąc, dla pewnej części opinii może być bardzo podniecający. W tym czasie szef PiS będzie mógł spokojnie prowadzić swoje polityczne manewry. A gdy publiczność zmęczy się panią Sobecką i Górskim – wówczas Jacek Kurski przypomni o prawie do nierodzenia dzieci poczętych przez uczennice ze szkolnymi kolegami. I będzie jasne, że PiS jest partią naprawdę całego narodu. Z bardzo małymi i zupełnymi wyjątkami.

Blog 13 lis 2008

Przerwy w umieszczaniu na blogu moich felietonów wynikają głównie z licznych podróży. Nie zawsze w ich trakcie znajdę czas i komputer. Teraz jestem w Bydgoszczy, gdzie wczoraj spotkałem się z sympatykami Prawicy Rzeczypospolitej i występowałem w audycji „U nas, czyli w Europie” TV Bydgoszcz, a dziś będę brał udział w debacie podczas Tygodnia Kultury Chrześcijańskiej.  

maro skarży się na moje „pokrętne i mdłe dla prawicowego czytelnika” felietony i jednocześnie oburza się moim stanowiskiem w sprawie posła Artura Górskiego i jego jasnej i soczystej (jak wnioskuję) deklaracji o cywilizacji białego człowieka. Mam wrażenie, że maro mnie nie zrozumiał. Działalność posła Górskiego w PiS mnie niewiele obchodzi, to sprawa jego i jego partii. Ja tylko mówię jasno, że jego wypowiedź uważam za obłędną i takich wypowiedzi w swojej partii bym nie tolerował. maro uważa, że to kwestia „poprawności politycznej”. Nie, to kwestia zasad, które w świecie katolickim utrwaliły się od czasów Pawła Włodkowica i Francisco de Vitoria. I poważnego stosunku do polityki, której nie wolno wykorzystywać dla werbalnego wyżycia bez żadnej odpowiedzialności moralnej i społecznej. Poglądy Baracka Obamy, jego senacką politykę uderzającą w prawo do życia, ostro krytykuję na przykład w bieżącym numerze „Niedzieli”. Ale po wypowiedzi posła Górskiego intencje koniecznej krytyki Obamy nie będą już – przynajmniej dla polskiej opinii publicznej – tak jasne.

Polityka 10 lis 2008

W sprawie euro premier Tusk nie ma żadnych argumentów. Powtarza w kółko – lepiej robić to co wszyscy. Jedynym argumentem za euro staje się więc grupowy konformizm, który dla PO stał się czymś w rodzaju religii. Tę neodulszczyznę „Wprost” ładnie nazwał tuszczyzną. Tak naprawdę jest to podejście wygodne, ale wcale nie realistyczne. Bo pomijając na przykład sprawę Kosowa, patrząc tylko na euro – dlaczego z „doktryny Tuska” nie korzystają Brytyjczycy, Szwedzi, Duńczycy, Czesi? Rezygnacja ze złotówki to utrata sterowności naszej gospodarki – decydujemy się na europejski dryf w przekonaniu, że inni o nas pomyślą. Ale europejski wspólny rynek, który jest faktem realnym, ma tylko częściowo wspólne interesy. Ciągle przecież istnieją narodowe rynki pracy, narodowe przedsiębiorstwa i narodowa odpowiedzialność rządów; i związana z tym wszystkim narodowa konkurencja. Trzeba zachować jej instrumenty, również we współpracy europejskiej. Naszym głównym celem gospodarczym musi być zmniejszanie różnic między Polską a zachodnimi krajami Unii. Z tej perspektywy euro będzie czynnikiem utrwalania różnic rozwoju w Europie, a my – jeśli chcemy wyrównania poziomów życia – musimy rozwijać się szybciej niż zachodnia część Unii. Euro oznacza spowolnienie, bo to instrument kontroli nad tempem naszego rozwoju i naszą konkurencyjnością. Jak zakładające wyhamowanie naszej gospodarki kwoty emisji dwutlenku węgla, czy – w poprzedniej dekadzie – restrykcje w ramach układu stowarzyszeniowego, ograniczające eksport z Polski do Unii węgla, ubrań i żywności. Więcej o tym (i o innych sprawach) mówię w bieżącym numerze „Wprost”.

Międzynarodowe 5 lis 2008

Miała być lawina, ale nie spadła.  Amerykańskie wybory pokazały tradycyjnie dwie Ameryki. Mimo zapowiedzi miażdżącego zwycięstwa Baracka Obamy – senator McCain wygrał w wielu konserwatywnych stanach, od Karoliny Południowej przez Teksas po Montanę. Okazało się, że sondaże, które Obamie dawały miesiąc przed wyborami nawet kilkunastoprocentową przewagę i prognozowały zwycięstwo we wszystkich stanach, bardziej „robiły” atmosferę niż rzeczywiste prognozy. Inna rzecz, że produkcja Obamanii się powiodła. Zaraziła nawet większość naszych korespondentów i to wcale nie poglądami prezydenta-elekta, ale klimatem jego kampanii. A Cezary Michalski, arbiter bezstronności, w „Dzienniku” obwieścił, że „Barack Obama jest obyczajowym konserwatystą”. Swego czasu Michalski odgrażał się, że z równą zaciekłością będzie tępił i obrońców zygot, i krzywdzicieli unerwionych płodów. I co? Barack Obama obyczajowym konserwatystą jest, bo bąknął coś w kampanii o rodzinie. A jego aborcyjna polityka w Senacie, popieranie  najbardziej makabrycznych pomysłów późnej aborcji przez częściowe urodzenie? Zastanawiam się czasem gdzie są granice liberalnej obłudy, ale zaczynam przypuszczać, że daleko poza horyzontem mojej wyobraźni.

Christianitas and Religia 1 lis 2008

Swoją pierwszą encyklikę – „Summi pontificatus” –  papież Pius XII wydał zaraz po wybuchu wojny. Hitler ze Stalinem wymazali Polskę z mapy Europy; dla nich Rzeczpospolita była „pokracznym bękartem” Traktatu Wersalskiego, jeszcze jedną anomalią świata, w którym sprawiedliwość miała zastąpić siłę. Dla Piusa XII, który naszej Ojczyźnie poświęcił w „Summi pontificatus” osobny fragment, Polska była szczególnie „drogim narodem”, krajem „niezłomnej wierności dla Kościoła” i zasług dla „chrześcijańskiej kultury i cywilizacji”, narodem, który „ma prawo do ludzkiego i braterskiego współczucia całej ludzkości”. Papież w imię „zasad sprawiedliwości i prawdziwie trwałego pokoju” domagał się niepodległości Polski. Jak echo tych słów zabrzmiały czterdzieści lat później, w Warszawie, słowa jego następcy: „nie może być Europy sprawiedliwej bez Polski niepodległej na jej mapie”. Tej myśli Pius XII pozostanie wierny również po zakończeniu wojny, bo Watykan będzie jednym z niewielu państw zachowujących uznanie dyplomatyczne dla reprezentującego sprawę niepodległości legalnego rządu polskiego na wygnaniu.  

Pod koniec życia Pius XII udzielił moralnego wsparcia powstaniu węgierskiemu. Liczył na reakcję Zachodu. Z melancholią przypominał, że w „czasach, gdy religia była żywym dziedzictwem dla naszych przodków, ludzie traktowali jako krucjatę każdą walkę, do której zmuszała ich niesprawiedliwość nieprzyjaciół”. Niestety, do krucjaty w obronie Węgier rozjeżdżanych przez sowieckie czołgi nikt się nie kwapił. Bez sensu jest zakładać, że gdyby Papież zażądał tego wprost – amerykańskie wojska z Niemiec ruszyłyby na pomoc węgierskim powstańcom. 

Pius XII był świadkiem obłędu, który doprowadził ludzkość do mordu, tyranii i totalnej wojny. Robił wszystko (niektórzy mogą uważać, że nawet za wiele), by jej uniknąć. Już w październiku 39’roku napisał, że dla świata przyszła „godzina ciemności”. Te zapisane przez ewangelistę Łukasza słowa Zbawiciela oznaczają Wielki Piątek, czas męki, bezsilności, czasowego tryumfu zła. A Pius XII powtarzał uparcie, że jedyną nadzieją ludzkości jest Bóg, jednocześnie ucząc, jak mu służyć w każdej dziedzinie życia. Był świadkiem prawdy, którą głosił Adam Mickiewicz: cywilizacja prawdziwie ludzka musi być chrześcijańska. Nie uległ pokusie, by zastąpić ją czym innym. Dlatego atakowany jest po dziś dzień. 

Więcej w bieżącym numerze „Gościa Niedzielnego”. W niedzielę o 10.55 będę występował w „Kawie na ławę” w TVN.