Miała być lawina, ale nie spadła.  Amerykańskie wybory pokazały tradycyjnie dwie Ameryki. Mimo zapowiedzi miażdżącego zwycięstwa Baracka Obamy – senator McCain wygrał w wielu konserwatywnych stanach, od Karoliny Południowej przez Teksas po Montanę. Okazało się, że sondaże, które Obamie dawały miesiąc przed wyborami nawet kilkunastoprocentową przewagę i prognozowały zwycięstwo we wszystkich stanach, bardziej „robiły” atmosferę niż rzeczywiste prognozy. Inna rzecz, że produkcja Obamanii się powiodła. Zaraziła nawet większość naszych korespondentów i to wcale nie poglądami prezydenta-elekta, ale klimatem jego kampanii. A Cezary Michalski, arbiter bezstronności, w „Dzienniku” obwieścił, że „Barack Obama jest obyczajowym konserwatystą”. Swego czasu Michalski odgrażał się, że z równą zaciekłością będzie tępił i obrońców zygot, i krzywdzicieli unerwionych płodów. I co? Barack Obama obyczajowym konserwatystą jest, bo bąknął coś w kampanii o rodzinie. A jego aborcyjna polityka w Senacie, popieranie  najbardziej makabrycznych pomysłów późnej aborcji przez częściowe urodzenie? Zastanawiam się czasem gdzie są granice liberalnej obłudy, ale zaczynam przypuszczać, że daleko poza horyzontem mojej wyobraźni.