W sprawie euro premier Tusk nie ma żadnych argumentów. Powtarza w kółko – lepiej robić to co wszyscy. Jedynym argumentem za euro staje się więc grupowy konformizm, który dla PO stał się czymś w rodzaju religii. Tę neodulszczyznę „Wprost” ładnie nazwał tuszczyzną. Tak naprawdę jest to podejście wygodne, ale wcale nie realistyczne. Bo pomijając na przykład sprawę Kosowa, patrząc tylko na euro – dlaczego z „doktryny Tuska” nie korzystają Brytyjczycy, Szwedzi, Duńczycy, Czesi? Rezygnacja ze złotówki to utrata sterowności naszej gospodarki – decydujemy się na europejski dryf w przekonaniu, że inni o nas pomyślą. Ale europejski wspólny rynek, który jest faktem realnym, ma tylko częściowo wspólne interesy. Ciągle przecież istnieją narodowe rynki pracy, narodowe przedsiębiorstwa i narodowa odpowiedzialność rządów; i związana z tym wszystkim narodowa konkurencja. Trzeba zachować jej instrumenty, również we współpracy europejskiej. Naszym głównym celem gospodarczym musi być zmniejszanie różnic między Polską a zachodnimi krajami Unii. Z tej perspektywy euro będzie czynnikiem utrwalania różnic rozwoju w Europie, a my – jeśli chcemy wyrównania poziomów życia – musimy rozwijać się szybciej niż zachodnia część Unii. Euro oznacza spowolnienie, bo to instrument kontroli nad tempem naszego rozwoju i naszą konkurencyjnością. Jak zakładające wyhamowanie naszej gospodarki kwoty emisji dwutlenku węgla, czy – w poprzedniej dekadzie – restrykcje w ramach układu stowarzyszeniowego, ograniczające eksport z Polski do Unii węgla, ubrań i żywności. Więcej o tym (i o innych sprawach) mówię w bieżącym numerze „Wprost”.