„Rzeczpospolita” ogłosiła pod koniec ubiegłego tygodnia wywiad z Jarosławem Kaczyńskim „Na prawo od nas tylko ściana”. Kaczyński przypisuje te słowa Adenaureowi, który może je powtarzał, ale z pewnością pierwszy wypowiedział je Władimir Puryszkiewicz, jeden z przywódców Czarnej Sotni. Prezes PiS mówi o tym, że nie może – jeśli chce rządzić – dopuścić do powstania jakiejkolwiek prawicy obok swojej partii. Przy czym nie chodzi o to, by reprezentować opinię katolicką, ale blokować, bo w PiS obowiązuje doktryna „jednakowo dobrych” (katolicy popierający świąteczny charakter niedzieli, prawo do życia, czy zakaz pornografii są „jednakowo dobrzy” jak ci, których to w ogóle nie obchodzi). Już na początku lat 90-tych Jarosław Kaczyński powtarzał w rozmowach z ludźmi „Gazety Wyborczej”, że tylko jego PC może zapobiec pojawieniu się „partii Polaka-katolika”. Teraz więc, by kanalizować opinię prawicową, będzie swoim posłom rozdawał koncesje na opowiadanie dowolnych pseudoprawicowych andronów, byle nie domagali się niczego od własnej partii w sprawach ważnych. Pani Sobecka będzie mogła wszędzie (oczywiście poza własną partią) ścigać Judaszów, którzy zgodzili się na traktat lizboński. Artur Górski będzie mógł walczyć w obronie białej rasy z komunistycznymi krypto-Murzynami. W ten sposób oboje skutecznie zagwarantują (mimo oficjalnego bojkotu) obecność PiS-u w TVN-ie. „Skrajna prawica” będzie mogła wyżywać się w soczystym werbalizmie, który, nawisem mówiąc, dla pewnej części opinii może być bardzo podniecający. W tym czasie szef PiS będzie mógł spokojnie prowadzić swoje polityczne manewry. A gdy publiczność zmęczy się panią Sobecką i Górskim – wówczas Jacek Kurski przypomni o prawie do nierodzenia dzieci poczętych przez uczennice ze szkolnymi kolegami. I będzie jasne, że PiS jest partią naprawdę całego narodu. Z bardzo małymi i zupełnymi wyjątkami.