Najważniejsza nie jest – wbrew nazwie – probówka. Problem polega na tym, że tu chodzi o ludzkie życie. Życie, które się zaczyna, ale które ma szanse na dalszy rozwój tylko za cenę zniszczenia życia innych ludzi, których rozwój się przerwie. W tym wypadku to rzecz zupełnie oczywista, nawet bardziej niż w wypadku tzw. aborcji. Bo in vitro chodzi o życie jako wartość, o doprowadzenie życia do urodzenia, tyle że nie każdego. Chodzi o wartość, tyle, że nie taką, którą uznajemy, ale o której sami decydujemy. Życia nie można jednak przekazywać na zasadzie selekcji; taka procedura – w której z kilku żyjących osób wybieramy jedną – jest po prostu nieludzka. Żeby bronić metody in vitro – trzeba zanegować ludzki charakter życia, które się niszczy. Aborcjoniści są w tej sprawie konsekwentni. Ale za kogo uważa owe „zarodki” premier Tusk? Obiecał je chronić – w miarę możności. Niestety, zapowiadając, że nie będzie kierował się tu żadną ortodoksją, rozumianą jako płynące z zewnątrz nakazy i zakazy. Wytyczną będą mu jedynie szczęście i oczekiwania wyborców. Mało brakowało, a obiecałby im, że będą jako bogowie.