Jeden z przywódców europejskiej socjaldemokracji powiedział mi przed dwu laty, że „od Waszego [czyli Europy środkowej] wejścia do Unii, politykę jest prowadzić o wiele trudniej, sprawy już ustalone trzeba dyskutować na nowo”. Trzeba dyskutować nawet – jak widać – z takimi przywódcami jak Vaclav Klaus, który otwarcie przed swym wyborem mówił, że nie chce przyszłości, w której „małżeństwo będzie instytucją zagrożoną wymarciem, a na Ratuszu pojawiać się będą wyłącznie pary w celu rejestracji związków partnerskich, gdzie starych i chorych będziemy z litości pozbawiać życia”, ani „przyszłości, w której Republika Czeska nie ma bronić swoich interesów, a tylko biernie poddawać się woli urzędników z tej czy innej instytucji międzynarodowej”. Co więcej, wraz z zaczynającą się za parę dni czeską prezydencją w Unii – prezydent Klaus będzie mógł podobne rzeczy mówić i proponować (!) Europie. Nie ma sensu przeceniać półrocznej prezydencji, ale to jest szansa na jakiś krok ku rzeczywistej jedności. Choć na chwilę urzędowa Europa zobaczy kawałek rzeczywistej Europy, która jest – choć w marzeniach eurokratów powinno jej nie być.  

Na taśmach Klausa Cohn-Bendit niczym mnie nie zdziwił. Ale zaskoczył mnie bardzo Brian Crowley z irlandzkiej Partii Republikańskiej, jeden z przywódców Unii Europy Narodów w Brukseli. Jego twierdzenie, że spotkanie prezydenta Klausa z Declanem Ganleyem, przywódcą referendalnego „nie” dla traktatu lizbońskiego, obraża naród irlandzki, bo Ganley nie zasiada w Parlamencie – to rzeczywiście wprowadzenie standardu dyplomatycznego, którego do tej pory Europa nie znała. Wobec tego twierdzenia, wykluczającego z debaty europejskiej społeczeństwo cywilne, uwaga prezydenta Klausa, że to język, którego u nas nie słyszeliśmy od dziewiętnastu lat, traci zupełnie retoryczny charakter. Szkoda, bo Fianna Fáil to partia o pięknej tradycji, a Brian Crowley to sympatyczny człowiek. Szkoda, ale lepiej wiedzieć, jaką w Parlamencie Europejskim mamy prawicę.  

Więcej w bieżącym numerze „Gościa Niedzielnego”.